Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Szkoła bez klasy (robotniczej). Nie uczymy o prawach pracowniczych

Zarówno autorytarny PRL, jak i neoliberalna III RP potrzebowały dokładnie tego samego: pracownika karnego, nieświadomego swoich zbiorowych praw i przekonanego, że wszelki opór jest bezcelowy.

Publicysta
W tle fabryka z buchającym z kominów ciemnym dymem, w jej kierunku idą dzieci w wieku szkolnym z plecakami
Walka

1 września kilka milionów dzieci i młodzieży po raz kolejny przekroczy progi szkół. Dla kilkuset tysięcy z nich będzie to ostatni rok edukacji, zanim zaczną szukać pierwszej pracy.

Zdecydowana większość (blisko 87 proc.) stanie się w niedalekiej przyszłości pracownikami najemnymi, a nie właścicielami firm. Nie ma w tym nic dziwnego, taka jest po prostu struktura nowoczesnej gospodarki: w Polsce pracodawcy i samozatrudnieni stanowią zaledwie 13 proc. rynku, a w dojrzałych kapitalistycznych gospodarkach, takich jak Niemcy czy Japonia, odsetek pracowników najemnych jest jeszcze wyższy.

Czytaj także „Młodzież nasza należy do rodziców, potem do Kościoła, a dopiero później do państwa”. Kościelna wizja oświaty w Polsce Robert Herzyk

Zaplanuj swoją ścieżkę

Jednym z głównych zadań powszechnej edukacji jest przygotowanie młodzieży do dorosłości, w tym do sprawnego funkcjonowania na rynku pracy. I choć szkoła próbuje kształcić umiejętności techniczne i miękkie kompetencje, a niekiedy wręcz przyucza do konkretnego zawodu, to konsekwentnie pomija merytoryczne przygotowanie ucznia do roli pracownika. Nie wyposaża młodzieży w wiedzę o prawach pracowniczych, w umiejętność bronienia się przed nadużyciami ze strony przełożonych i nie buduje choćby elementarnej świadomości klasowej.

Od 1 września 2023 roku za przekazywanie wiedzy z tego obszaru odpowiada nowy przedmiot: biznes i zarządzanie. Już sama jego nazwa zdradza perspektywę, z jakiej pisane są podręczniki – to wyraźny ukłon w stronę optyki kapitału i neoliberalnej narracji o wolnym rynku. W popularnym podręczniku wydawnictwa WSiP bez trudu znajdziemy obszerne działy w całości poświęcone wyzwaniom stawianym przyszłym przedsiębiorcom:

Osoba przedsiębiorcza we współczesnym świecie (5 lekcji)
Zarządzanie projektami (4 lekcje w podstawie + 7 w rozszerzeniu)
Gospodarka rynkowa (10 lekcji)
Przedsiębiorstwo (6 lekcji w podstawie + 6 w rozszerzeniu)

A co z perspektywą ponad ośmiu na dziesięciu uczniów, którzy zostaną pracownikami najemnymi? Dla nich przeznaczono zaledwie jeden dział: Osoba przedsiębiorcza na rynku pracy (5 lekcji w podstawie i 2 kolejne w rozszerzeniu). Zamiast oswojenia z prawem pracy młodzież uczy się tam głównie planowania ścieżki rozwoju zawodowego, selekcji i analizy ofert pracy, pisania CV i listów motywacyjnych, zachowania na rozmowie kwalifikacyjnej i rozróżniania zatrudnienia od samozatrudnienia, co na poziomie rozszerzonym uzupełniono jeszcze o przegląd form zatrudnienia oraz systemów wynagrodzeń.

Ten zestaw zagadnień traktuje potrzeby przyszłych pracowników niezwykle powierzchownie. W zestawieniu z godzinami poświęconymi zasadom działania firm i rynków uderza całkowity brak miejsca na naukę o negocjowaniu płac, instytucjach chroniących pracowników, prawach zbiorowych czy prawie do strajku. Młodzież pozbawia się wiedzy o jej kluczowych prawach i to w kraju, w którym patologie rynku pracy, od darmowych nadgodzin po wymuszone śmieciówki, wciąż stanowią codzienność.

Wymazany ruch pracowniczy

Nie dość, że uczniowie nie otrzymują praktycznej wiedzy o rolach związków zawodowych we współczesnych zakładach pracy, to jeszcze karmi się ich wykoślawioną narracją na temat samych organizacji pracowniczych na lekcjach historii czy edukacji obywatelskiej.

Czytaj także Czego uczy polska szkoła? Katarzyna Przyborska

Wielkie zrywy robotnicze z czasów PRL sprowadza się w programach szkolnych niemal wyłącznie do geopolitycznego i antykomunistycznego starcia z aparatem państwowym. Szkoła milczy o tym, że u podstaw niemal każdego z tych protestów leżały bardzo konkretne postulaty socjalne: sprzeciw wobec drastycznych podwyżek cen żywności, brutalności milicji, zwolnień działaczy czy po prostu ponadzakładowa walka o godne warunki życia. Sprowadzenie tej historii wyłącznie do wymiaru ustrojowego buduje w głowach młodych ludzi fałszywy przekaz: zrzeszanie się w związki zawodowe czy organizowanie strajków miało sens w represyjnym PRL-u, ale w demokratycznym kapitalizmie stało się zbędnym przeżytkiem, bo przecież jeśli komuś nie odpowiada etat, zawsze może założyć własną firmę.

Ta edukacyjna amnezja sięga jednak znacznie głębiej. Polski ruch pracowniczy – od dziewiętnastowiecznych strajków w Łodzi, przez PPS i walkę o niepodległość połączoną z prawami socjalnymi w 1918 roku, aż po rewolucyjną podmiotowość robotniczą – zostaje w szkole całkowicie przemilczany lub skrupulatnie wydrążony i pozbawiony z ideologicznego rdzenia. Szkoła nie uczy, że to właśnie walka ruchów pracowniczych i socjalistycznych przyniosła nam ośmiogodzinny dzień pracy, prawo do urlopu czy powszechną ochronę zdrowia. Zamiast tego serwuje się młodzieży historię w wersji czysto narodowo-martyrologicznej, w której dla tradycji walki klasowej i robotniczej solidarności po prostu nie ma miejsca.

Czytaj także Zacznijmy od elementarza: nie jesteśmy przedsiębiorcami Tomasz S. Markiewka

Długa historia posłusznego pracownika

To, że szkoła nie uczy właściwie o prawach pracowniczych i wypacza rolę związków zawodowych, nie jest dziełem przypadku. To stan, który trwa od dekad, bo po prostu komuś jest wyjątkowo na rękę.

Na niewiedzy młodych ludzi żerują biznes i wolny rynek, maksymalizując zyski z pracy najemnej. Brak wiedzy o tym, jak wyceniać swoje umiejętności, jak działa prawo pracy, czym są układy zbiorowe i jak organizować strajk sprawia, że pracownicy znacznie łatwiej godzą się na „elastyczne” śmieciówki, bezpłatne nadgodziny czy łamanie BHP często nawet nie mając świadomości, że są wykorzystywani. Szkoła, milcząc o tych sprawach, staje się cichym wspólnikiem tych, którzy potrzebują taniej, posłusznej i cichej siły roboczej.

Czytaj także Nie da się uczynić szkoły wolną od polityki – i nie uważam, by było to potrzebne Łukasz Łachecki rozmawia z Aleksandrą Korczak

Od ponad 30 lat polska młodzież słyszy z katedry niemal wyłącznie zachwyty nad wolnym rynkiem i przedsiębiorczością. System edukacji stał się narzędziem wolnorynkowej tresury, w której prawa pracownicze, regulacje i podatki przedstawia się jako „przeszkody dla wzrostu”, a uczniom wtłacza się do głowy mit, że odpowiedni hart ducha z każdego może uczynić prezesa własnej firmy. I to w sytuacji, gdy brutalna statystyka pokazuje, że blisko 90 proc. z nich spędzi życie na etacie lub na fikcyjnym samozatrudnieniu.

Święty spokój władzy – od PRL po III RP

Co ciekawe, ta edukacyjna amnezja ma w Polsce znacznie dłuższą tradycję. Mitologizowany często PRL wcale nie był pod tym względem wyjątkiem. Choć oficjalnie mianował się „państwem robotniczym”, w rzeczywistości panicznym strachem reagował na myśl o świadomych i samoorganizujących się pracownikach. Rzetelne uczenie teorii marksistowskiej czy historii zmagań robotniczych dałoby przecież obywatelom narzędzia do krytyki ówczesnego państwowego kapitalizmu (systemu, w którym miejsce prywatnego właściciela fabryki po prostu zajęło państwo wraz ze swoim aparatem, a sytuacja samego pracownika nie uległa większej zmianie) i partyjnej biurokracji. Dlatego w PRL-owskich szkołach zamiast o uczyć, jak robotnicy wywalczyli sobie prawa pracownicze, uciszano młodzież sloganami o „budowaniu ojczyzny” i bezpiecznym, państwowym patriotyzmie. Związki zawodowe sprowadzono do roli organizatorów wczasów pracowniczych, a o prawach do strajku milczano.

Mamy więc do czynienia z uderzającą ciągłością. Zarówno autorytarny PRL, jak i neoliberalna III RP potrzebowały dokładnie tego samego: pracownika karnego, nieświadomego swoich zbiorowych praw i przekonanego, że wszelki opór jest bezcelowy. Wczoraj w imię „budowania przyszłości Polski Ludowej”, dziś w imię „rozwoju gospodarczego i elastyczności rynku”. Zmieniły się dekoracje i nazwy przedmiotów w szkołach, ale cel pozostał ten sam – wypuścić na rynek człowieka, który nie będzie sprawiał kłopotów.

Czas na zmianę programu

Dopóki polska szkoła będzie udawać, że świat składa się wyłącznie z przyszłych prezesów i elastycznych przedsiębiorców, dopóty setki tysięcy młodych ludzi będą wchodzić na rynek pracy bezbronne, skazane na dyktat silniejszych (i bogatszych). Szkoła nie powinna być kuźnią ideologiczną, ale jej podstawowym obowiązkiem jest uzbrojenie uczniów w wiedzę, która realnie zabezpieczy ich byt.

Edukacja obywatelska nie kończy się na znajomości hymnu i nauce pisania CV. Zaczyna się tam, gdzie młody człowiek dowiaduje się, że ma prawo do godnej płacy, bezpiecznych warunków pracy i wspólnego głosowania z koleżankami i kolegami z zakładu. Czas wreszcie oddać klasie pracującej należne jej miejsce w szkolnych ławach – zanim kolejny rocznik zderzy się z rynkową rzeczywistością bez żadnej tarczy.

*

Beige book cover with a large white serif title 'SZKOŁA PRZETRWANIA'; small black publisher text and a simple flame logo near the bottom left, indicating edition details (Warszawa 2026).

30 września 2026 nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukaże się książka Justyny Drath, Szkoła przetrwania [o edukacji]. Książka ta, to nie tylko diagnoza systemu, który utknął między nostalgią za pruskim modelem, a wyzwaniami ery sztucznej inteligencji i TikToka. To wnikliwa analiza tego, jak szkoła radzi sobie (lub nie) z polikryzysem: od braku zaufania w instytucje po kryzys psychiczny młodzieży.

**
Piotr Radecki – twórca i redaktor instagramowego konta publicystycznego wiedza mas, poświęconego analizie zagadnień politycznych, społecznych i gospodarczych. Pasjonat polityki oraz problemów społecznych, popularyzujący wiedzę i zachęcający do krytycznego spojrzenia na współczesne wydarzenia.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x