Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czy przyroda potrzebuje ołowiu? Ponad 200 tysięcy obywateli powiedziało „nie” myśliwym

Łowiectwo chce być postrzegane jako nowoczesna metoda ochrony przyrody, ale w praktyce rzadko ma z nią cokolwiek wspólnego. Społeczeństwo rozumie to coraz lepiej.

ObserwujObserwujesz
Myśliwy w stroju moro ze strzelbą skierowaną do góry, za nim polana
Walka

1

Wspierana przez Zielonych obywatelska inicjatywa ustawodawcza „Uwaga Polowanie” potrzebowała 100 tys. podpisów pod obywatelskim projektem ustawy, ale ostatecznie zebrała ich aż 204 tys. Stało się to pomimo ogromnej energii, jaką środowisko myśliwskie włożyło nie tylko w krytykę projektu, ale również niewyrafinowane próby ośmieszenia autorów. Nawet Paweł Gdula, redaktor naczelny myśliwskiego portalu internetowego Wildmen.pl, przyznał, że tak wysokie poparcie to gigantyczny sukces: „Przeciwnicy polowania wrzucili temat łowiectwa do głównego nurtu polityki. […] Nasi przeciwnicy zbudowali społeczne poparcie, mają polityków i gotowy przekaz, który można powtarzać przy każdej okazji”. Teraz projektem będzie się musiał zająć Sejm.

Czytaj także Jeleń z Temu i „ostatni list”. Jak polskie łowiectwo estetyzuje zabijanie Robert Jurszo

Niewątpliwie ponad 200 tys. podpisów to wynik bardzo sprawnie prowadzonej akcji promocyjnej oraz wsparcia, jakiego udzieliły ważne postacie rodzimej debaty publicznej, w tym reżyserka Agnieszka Holland, pisarka i noblistka Olga Tokarczuk czy psycholożka Ewa Woydyłło oraz popularyzatorka wiedzy o zwierzętach Dorota Sumińska. Ale nie tylko – coś musiało się zmienić w samym społeczeństwie. Być może to efekt ujawnienia przez media licznych skandali myśliwskich.

W medialnej debacie wokół tego projektu rezonowały głównie wątki związane z potencjalnymi zagrożeniami związanymi z polowaniami dla osób postronnych. Dlatego wiele mówiono np. o postulacie zwiększenia odległości polowania od zabudowań (do 700 metrów) czy utworzeniu publicznego rejestru polowań, do którego miałby wgląd każdy zainteresowany, oraz wprowadzenia okresowych badań lekarskich i psychologicznych dla myśliwych. Warto jednak zwrócić uwagę na kilka innych, bardziej specjalistycznych propozycji, które zawiera ten projekt, a których wejście w życie długofalowo zmieniłoby łowiectwo w Polsce.

Ochrona przyrody?

Projekt postuluje zmianę definicji łowiectwa. W obecnym stanie prawnym jest ono ujmowane jako „element ochrony środowiska przyrodniczego, obejmujący ochronę zwierząt łownych i gospodarowanie ich zasobami, z jednoczesnym zachowaniem w ustawie silnego komponentu myślistwa, tradycji i pozyskiwania zwierzyny”. Autorzy nowelizacji widzą to inaczej: łowiectwo to zarządzanie populacjami zwierząt należących do gatunków uznanych za łowne, prowadzone z uwzględnieniem zasad ekologii oraz racjonalnej gospodarki rolnej, leśnej i rybackiej.

Tę propozycję uważam za kluczową dla całego projektu, ponieważ przekreśla ona znak równości między ochroną przyrody a łowiectwem. Prawda jest bowiem taka, że obecnie niewielką część łowiectwa da się podciągnąć pod działania związane z troską o dziką naturę. Można by tu zaliczyć np. odstrzał gatunków inwazyjnych, choć skuteczność tej metody jest dziś coraz częściej poddawana w wątpliwość. Przykładem są choćby wspomniane polowania na szopy pracze, gatunek inwazyjny naturalnie występujący w Ameryce Północnej, przywieziony do Niemiec w dwudziestoleciu międzywojennym w celu „ubogacenia łowisk”, który rozsmakował się w szczególności w ptakach wodno-błotnych i ich lęgach. Niemcy obecnie zabijają blisko 300 tys. tych zwierząt rocznie, a i tak nie udaje im się zatrzymać rozwoju populacji tego gatunku. Wydaje się, że sam odstrzał to za mało.

Czytaj także Ja też nie chcę zabijania dzików. Ale pomysły aktywistów ich nie uratują Robert Jurszo

Prawda jest taka, że przyroda nie potrzebuje polowań. Po prostu tak podzieliliśmy ekosystemy drogami, budynkami i polami uprawnymi, a lasy w większości poddaliśmy rygorom produkcyjnym, że coraz mniej jest w tym wszystkim miejsca dla zwierząt. Mnożą się więc sytuacje konfliktowe, które najprościej – co nie znaczy, że skutecznie – rozwiązuje się ołowiem.

Zabijanie musi być uzasadnione

To, czy dany gatunek jest łowny, czy niełowny – a zatem czy można na niego polować, czy nie – obecnie bezczasowo określa rozporządzenie ministra właściwego do spraw środowiska. Autorzy projektu chcą istotnej zmiany: „Gatunek może zostać uznany za łowny wyłącznie wtedy, gdy uzasadniają to aktualne dane naukowe, monitoringowe lub urzędowe dotyczące nadmiernej liczebności danego gatunku oraz powodowanych przez niego szkód, w szczególności istotnego zagrożenia dla ekosystemów lub istotnych szkód gospodarczych”. Taka ocena miałaby być ponawiana co pięć lat dla każdego gatunku łownego – jeśli nie spełni przesłanek, to zostanie z tej listy usunięty i nie będzie można na niego polować. Oczywiście nie wyklucza to możliwości przywrócenia gatunku z powrotem na listę, gdyby pojawiła się taka potrzeba. Ale jeśli nie ma potrzeby strzelania do danego gatunku – wynikającej np. z nieakceptowalnej wielkości strat w uprawach leśnych czy rolnych albo zagrożenia dla rzadkich gatunków – to zwyczajnie nie należy tego robić. Samo polowanie „dla zdrowego mięsa” – to jedna z prób uzasadniania dziś łowiectwa – nie wchodzi w grę.

Z omówionymi dotąd propozycjami kompatybilne są dwie kolejne: zakaz wsiedlania bażanta, daniela i muflona oraz zakaz sprzedaży polowań. Kuriozum polskiego łowiectwa wciąż pozostaje fakt, że prawo łowieckie zezwala na wprowadzanie do środowiska gatunków obcych tylko po to, by można było do nich postrzelać.

Weźmy wspomnianego muflona. Ta dzika owca naturalnie występowała jedynie na Korsyce i Sardynii, ale na początku XX wieku wsiedlono ją w Karkonosze (i inne miejsca Europy) dla – jak to eufemistycznie ujęto w materiałach Karkonoskiego Parku Narodowego – „zwiększenia atrakcyjności polowań”. Można zrozumieć, że w tamtych czasach nikt nie widział problemu w dodawaniu do rodzimej fauny gatunków spoza bioregionu, ale kilka lat temu leśnicy i myśliwi z Dolnego Śląska zaczęli martwić się tym, że muflony coraz częściej padają ofiarą wilków, i doszli do wniosku, że powinno się zacząć strzelać do tych ostatnich. Wyjaśnienie tego absurdu jest prozaiczne: w Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych we Wrocławiu sprzedaje się polowania na muflony.

W tym kontekście ostatnia ważna zmiana, na którą warto zwrócić uwagę, to wspomniany zakaz polowań komercyjnych. Polowania tzw. dewizowe są gigantycznym polem do nadużyć. Sam przekonałem się o tym, gdy we wrześniu 2024 roku ujawniłem skalę rzezi, jaką wśród ptaków na jeziorze Miedwie w województwie zachodniopomorskim robią myśliwi z Włoch, którzy kupowali prawa do polowania na tym obszarze od Koła Łowieckiego „Łoś” z Pyrzyc. Ilości upolowanych zwierząt były wręcz „hurtowe”, a spory udział w nich stanowiły gatunki, na które polować nie wolno, jak krakwy, świstuny i rożeńce. Wśród zabitych ptaków były też głowienki, które co prawda w Polsce zaliczają się do gatunków łownych, ale globalnie są narażone na wyginięcie.

Czytaj także Życie myśliwego jest strasznie ciężkie. Tydzień w tydzień zabija, patroszy, ręce ma we krwi Jaś Kapela

Do zamrażarki?

Nowy projekt dobrze punktuje rozkrok, w jakim znalazło się dzisiejsze łowiectwo: z jednej strony chce być postrzegane jako nowoczesna metoda ochrony, z drugiej hołduje wielu tradycjom, które z ochroną przyrody nie mają nic wspólnego, a wręcz są dla niej szkodliwe – często wyłącznie dla pieniędzy.

Ten projekt ma szansę wywołać w parlamencie debatę, której tak bardzo dziś potrzebujemy. Bo jak trafnie zauważają autorzy projektu, prawo łowieckie w obecnym kształcie jest anachroniczne: niedostosowane ani do potrzeb społecznych, ani tych związanych z ochroną przyrody oraz zwierząt. Czy wywoła?

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x