„Prawdziwa włoska pizza”, „prosto z Neapolu”, „smak Italii” – każdy z nas, bez względu na gusta, styka się z podobnymi sloganami, wokół których konstruowana jest spora część rzeczywistej lub wymyślonej tożsamości Włochów. Na Półwyspie Apenińskim w 40 tysiącach pizzerii liczba wypiekanych pizz co roku dochodzi do trzech miliardów, a „sztuka neapolitańskiego pizzaiuolo” (L’arte del pizzaiuolo napoletano) w 2017 roku została wpisana na listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.
Choć większości z nas wydaje się, że nie ma bardziej włoskiego produktu niż pizza, tak silnie utożsamienie narodowe placka z mozzarellą zawdzięczamy imigrantom, którzy w dodatku nie chcieli się asymilować. Jego historia pokazuje zresztą, że gdyby nie migranci, powiewającą nad nim zielono-biało-czerwoną banderę prawdopodobnie zastąpiłaby flaga amerykańska, o czym włoska prawica za wszelką cenę nie chce dzisiaj pamiętać.
Symbol hańby i niestrawności
Nie jest przekłamaniem ani mitem, że pizza jest produktem neapolitańskim. Wzmianki o niej i piekących ją pizzajuoli w lokalach zwanych pizzeriami odnajdujemy w licznych XIX-wiecznych zapiskach rozmaitych figur publicznych wizytujących Neapol lub w nim żyjących. Neapolitańczycy mają prawo do dumy z faktu, że cały świat zakochał się w potrawie, która narodziła się w ich mieście.
Tyle tylko, że pizza w XIX-wiecznej stolicy Kampanii była produktem zupełnie innym niż obecnie. Tym, co wyróżniało neapolitański placek, była jego fatalna jakość. 150 lat temu neapolitańska pizza budziła nie dumę, lecz wstyd.
„Sczerniały od przypieczenia spód, białawy połysk czosnku i anchois, zielonkawożółty odcień oliwy oraz smażonych ziół, a także gdzieniegdzie widoczne czerwone kawałki pomidora sprawiają, że pizza wygląda jak misternie skomponowane paskudztwo, doskonale współgrające z brudem jej sprzedawcy”.
Tak w 1886 roku opisywał pizzę autor Pinokia, Carlo Collodi, w swojej książce edukacyjnej Il viaggio per l’Italia di Giannettino (Podróż Giannettina po Włoszech). Można by argumentować, że pisarz związany był z Florencją, gdzie pizza nie była jeszcze znana, więc jego w oczach, jako produkt egzotyczny, miała prawo budzić sceptycyzm. Nie lepszego zdania byli jednak pisarze mieszkający i tworzący w Neapolu. Tak o pizzy pisał jeden z nich, Gaetano Valeriani, w swoim dziele Porta Capuana z 1847 roku:
„Prawdą jest, że de gustibus non est disputantum, jednak są gusta, które pod żadnym względem nie mogą być obiektem zazdrości. Jednym z nich jest pizza. (…) tak przygotowane [składniki], bez najmniejszego wyrafinowania czy kulinarnego ceremoniału, trafiają do pieca, skąd wyjmuje się je bardziej zwęglone niż upieczone, i zjada. Litości! (…)
Cały układ trawienny przez dobrą połowę dnia pozostaje w opłakanym stanie pod ciężarem tego niestrawnego posiłku. (…) To dowodzi, że pizza jest u nas potrawą bardzo dawną; lepiej jednak byłoby, gdyby nigdy nie powstała!”.
Innym ważnym źródłem pozostaje Matilde Serao, pierwsza w historii Włoch kobieta, która założyła własny dziennik („Il Mattino”). Pizzy poświęciła kilka akapitów w swoim artykule „Co jedzą?”, który znalazł się w zbiorze tekstów Il ventre di Napoli (Brzuch Neapolu). Sześciokrotnie nominowana do literackiej Nagrody Nobla pisarka i dziennikarka opisuje w nim zakończoną niepowodzeniem próbę otwarcia pizzerii w Rzymie – początkowe, pobudzone ciekawością kolejki szybko zmieniły się w pustki, bo, jak podsumowuje dziennikarka, wyjęta z neapolitańskiego otoczenia pizza okazała się zwyczajnie niestrawna: „Była niczym egzotyczna roślina, która umarła w trakcie rzymskiej uroczystości”.
Serao w swoich tekstach opisuje jednak coś znacznie ważniejszego niż pizza: kreśli w szczegółach koszmarne warunki miejskich mieszkań, skrajny wyzysk neapolitańskich pokojówek, powracające epidemie cholery i fatalne warunki życia mieszkańców. Innymi słowy: wszystkie powody, dla których ludzie decydują się na migrację. Pod koniec XIX wieku tysiące Neapolitańczyków wypłynęły za ocean w poszukiwaniu lepszego życia. Najważniejszym kierunkiem ich migracji były Stany Zjednoczone, do których, oprócz wypełnionych walizek, przywieźli również bagaż swych doświadczeń. W tym: pizzę.
Pizza effect
W Ameryce imigranci znaleźli to, czego nie było w pogrążonym w biedzie i chorobach Neapolu – składniki. Najważniejszym z nich okazał się sos pomidorowy, który w Neapolu był jeszcze niedostępny i w historycznych przepisach na pizzę jeszcze się nie pojawiał. Z kolei w Stanach Zjednoczonych od czasu wojny secesyjnej rozwijano już technologię konfekcjonowania, która znacząco ułatwiała zaopatrywanie żołnierzy w prowiant. Oznacza to, że za Atlantykiem sos pomidorowy produkowano już na skalę przemysłową. To on na zawsze zmienił oblicze najsłynniejszego dania świata. Do sosu dołączyły warzywa, mięsa i całe grono dodatków, o których w swojej ojczyźnie Neapolitańczycy mogli tylko pomarzyć.
Odmieniona, wzbogacona pizza wróciła do Włoch jako nowe-stare danie, które o wiele bardziej przypomina już współczesną wersję i którym nigdy by się nie stało bez udziału migrantów (i amerykańskiego przemysłu). Dekady później antropolog Agehananda Bharati ukuje pojęcie pizza effect – zjawisko, w ramach którego element kultury jednego kraju zyskuje popularność lub nową formę za granicą, a następnie wraca do kraju pochodzenia jako symbol jego własnej tradycji. Tak jak irlandzka diaspora w Stanach Zjednoczonych w dużej mierze ukształtowała obchody św. Patryka w samej Irlandii, a sposób praktykowania jogi w Indiach pozostaje pod wpływem jej popularności w świecie zachodnim, tak pizza zyskała nowe życie i międzynarodowo uznany status dzięki włoskim (neapolitańskim?) imigrantom i ich codziennej walce o chleb za oceanem.
Jednak zanim to się stało, imigranci musieli stoczyć symboliczną walkę, której wcale nie musieli wygrać – o swoje kulinarne dziedzictwo.
Pizza, która nie chciała się asymilować
Dlaczego wyraz „pizza” tak łatwo dodaje się po przecinku do hamburgera i hot doga? Jak to możliwe, że apple pie tak bardzo kojarzy nam się ze Stanami Zjednoczonymi, mimo że jest to wypiek z XIV-wiecznej Anglii?
Wpływ amerykanizacji na kulturę masową jest zjawiskiem na tyle intuicyjnym, że nie wymaga odrębnego uzasadnienia. Hamburger czy hot dog – nazywany niegdyś „frankfurterem” – przybyły za ocean wraz z migrantami z Niemiec (a przynajmniej z portu w Hamburgu) i początkowo były one zwyczajnym kawałkiem mięsa. Wsadzone między dwie partie pieczywa i pomazane sosem, mogły być sprzedawane na każdym rogu każdej ulicy.
Niemiecka migracja do Ameryki mocno jednak różniła się od włoskiej: z Niemiec do USA przypływali wykwalifikowani robotnicy, którzy dosyć łatwo integrowali się z miejscową ludnością i wraz ze swoim bagażem kulinarnym szybko „wtopili się tłum”. Na tyle szybko, że przywłaszczenie kulturowe hamburgera i frankfurtera odbyło się tak płynnie, że dziś właściwie nie pamiętamy o ich niemieckim pochodzeniu.
Diaspory włoskie, pomimo romantycznie brzmiącej nazwy „Little Italy”, funkcjonowały de facto jak zamknięte getta. Źle wyedukowana, biedna społeczność trzymała się razem i bardzo kiepsko integrowała z lokalnymi mieszkańcami. Migranci włoscy w Ameryce w większości byli dokładnie tym typem migracji, którego dziś tak bardzo nienawidzi prawica na całym świecie.
Tyle tylko, że to właśnie z powodu tej hermetyczności pizza, w przeciwieństwie do hamburgera czy hot doga/frankfurtera, mogła zachować swą włoską tożsamość. Umorusany pizzaiolo, używający przywiezionych z Włoch technik wyrobu ciasta wypiekanego stacjonarnie w „pizzerii” w nieprzenośnym piecu opalanym węglem z Pensylwanii – on i jego produkty były jednoznacznie kojarzone z Włochami. To właśnie mówiący w obcym języku (innego nie znał) Neapolitańczyk był ambasadorem gastronomicznym swojego kraju. Nie był nim wykształcony, integrujący się Niemiec, i nie jest przypadkiem, że nowojorskie „Little Italy” wciąż pozostaje atrakcją turystyczną, a po „Klein Deutschland” nie ma już żadnego śladu.
Różnorodność karmi wszystkich
A teraz wyobraźmy sobie: co by się stało, gdyby włoskich imigrantów nie przyjęto i – mówiąc potocznie – nie pozwolono im działać? Gdyby poddano ich siłowej asymilacji i nie umożliwiono im swobodnej ekspresji ani pielęgnowania własnych tradycji? Co stracilibyśmy, gdybyśmy poddali się prawicowym, ksenofobicznym narracjom i każdą próbę zachowania odrębnej tożsamości uznawali za zagrożenie?
Odpowiedź jest oczywista: nie mielibyśmy pizzy! A przynajmniej nie takiej, którą dziś tak uwielbiamy. Bo choć zachowanie korzeni okrągłego placka z serem i dodatkami nie należy oczywiście do priorytetowych wyzwań współczesności, jego historia świetnie ilustruje, że imigracja nie tylko nie musi być zagrożeniem dla lokalnej kultury, lecz może także wytwarzać zjawiska i produkty, które wzbogacają całe społeczeństwa.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!