Przyznam bez bicia, że lektura Mężczyzn Michała Gulczyńskiego postawiła mnie w wyjątkowo niewygodnym rozkroku. Jako feministka socjalna poczułam się niemal wzięta na zakładniczkę własnych poglądów. Trudno przecież nie przyklasnąć komuś, kto na sztandary bierze problemy klasy pracującej, upomina się o zapomnianych chłopaków z prowincji czy punktuje problemy szkolnictwa branżowego.
Jednak im dalej, tym trudniej było mi ignorować cenę tej zgody. Socjalna wrażliwość autora ma bowiem osobliwy rewers: w jego książce mężczyźni występują jako skomplikowane ofiary struktur, kobiety zaś zaskakująco często jako jednowymiarowe beneficjentki systemu.
Po początkowej fazie uspokojenia przyszło nieznośne uczucie, że gdybym dała sobie rękę uciąć za intelektualną uczciwość autora, to dziś pisałabym ten tekst jedną ręką.
Lepiej płakać na umowie o pracę, niż na śmieciówce
Mężczyźni. O nierówności płci to książka doktora socjologii Michała Gulczyńskiego, jednego z ojców założycieli Stowarzyszenia na rzecz Mężczyzn i Chłopców. To oni od kilku lat postulują m.in. zrównanie wieku emerytalnego, wskazują na problematyczność służby wojskowej dla mężczyzn i prowokują dyskusję o tym, czy na kierunkach medycznych powinniśmy wprowadzić parytety. Książka ma być swoistym kompendium wiedzy o tych przemilczanych nierównościach.
Doceniam, że autor odchodzi w Mężczyznach od okrągłych zdań o stereotypach płciowych, teoretycznych rozważań o typach męskości czy prawie do wyrażania emocji. W książce znajdziemy za to szereg danych dotyczących zabezpieczeń społecznych, bezpieczeństwa pracy czy dostępu do ochrony zdrowia. Tę perspektywę uważam za odświeżającą.
Nie twierdzę rzecz jasna, że stereotypy płciowe nie są istotne – toksyczne wzorce męskości z pewnością mają ogromny wpływ chociażby na podejście do profilaktyki czy przestrzegania prędkości na drogach. Mojemu sercu bliższa jest jednak dyskusja o tym, jak luka płacowa, formy zatrudnienia czy możliwość pracy zdalnej wpływają na modele opieki, niż frazesy o nowym modelu czułej męskości.
Czy możemy się pięknie różnić?
W wielu kwestiach byłabym gotowa zgodzić się z Gulczyńskim i zagłosować za jego postulatami. Bez wahania poparłabym dofinansowanie edukacji branżowej (na czym skorzystaliby głównie gorzej sytuowani chłopcy), ograniczenie sprzedaży alkoholu (z którego nadużywaniem problem mają głównie mężczyźni) czy podwyższeniem do 100 proc. zasiłku rodzicielskiego, by zarabiający więcej ojciec nie miał ekonomicznej zachęty, żeby rezygnować z opieki.
Cieszy mnie również to, co niezbyt wybrzmiewa z komunikatów Stowarzyszenia na rzecz Mężczyzn i Chłopców, a co jednak autor eksponuje w książce. Dostrzeżenie mianowicie, że problemy, o których pisze, dotyczą przede wszystkim mężczyzn z klas ludowych. Gulczyński antycypuje przy tym zarzut, jaki mógłby paść z lewej strony: że pisze nie tyle o mężczyznach, ile o mężczyznach z klas ludowych. I że to, co przedstawia jako dyskryminację płciową, często wygląda raczej jak przemoc klasowa. Przekonuje, że sprowadzenie tego wyłącznie do kwestii klasowych to wygodna wymówka, pozwalająca dalej ignorować krzywdy doznawane przez mężczyzn ze względu na płeć.
Fakt, że Gulczyński nie traktuje klasy priorytetowo, czyniąc z niej oś analiz, jest tematem na inną dyskusję. Dużo bardziej niepokoi mnie, że pomimo dostrzeżenia klasy na poziomie diagnozy, gubi ją na poziomie recepty. Zamiast narracji o konflikcie klasowym pozostawia czytelnikom przestrzeń do własnej refleksji na temat tego, skąd się biorą problemy mężczyzn. Nie sposób nie odnieść przy tym wrażenia, że miejscami sufluje również podpowiedź, zgodnie z którą to kobiety zabierają mężczyznom ograniczone zasoby.
Autor twierdzi przy tym, że walka o równość nie jest grą o sumie zerowej, a dostrzeżenie miejscowej dyskryminacji mężczyzn nie musi oznaczać uderzenia w prawa kobiet. Szkopuł w tym, że duża część jego argumentacji opiera się na przeciąganiu liny nad absurdalnie małym kawałkiem tortu. Zamiast domagać się większego kawałka – tak, by starczyło dla każdego pracownika i każdej pracownicy – dostajemy wyliczankę, kto dostał o jeden kęs więcej.
Świetnie to widać, a jakże, w rozdziale o pracy.
Walka o resztki z pańskiego stołu
Być może obiło wam się o uszy, że spośród członków drużyn konduktorskich PKP jedzenie otrzymują wyłącznie kobiety, bo według dość anachronicznych miar wymaga tego ich zapotrzebowanie kaloryczne. Świetnie dowodzi to arbitralności podziału na dwie płcie biologiczne, choć ten aspekt niespecjalnie autora interesuje (na temat jego podejścia do płciowego esencjalizmu pisał w kontekście książki Wojciech Śmieja, do którego krytycznej recenzji odsyłam).
Gulczyński upomina się o konduktorów, by pokazać, że mężczyźni również mogą być dyskryminowani w miejscu pracy. Ma rację – dlaczego część załogi ma przynosić sobie własne pudełka, a część dostawać obiad od pracodawcy? Społeczne oburzenie, jakie wznieciły posiłki dla konduktorek, doskonale pokazuje, jak nisko zawiesiliśmy poprzeczkę w myśleniu o pracy. Jest coś głęboko nie tak w sytuacji, gdy posiłek zapewniany przez państwowe przedsiębiorstwo traktujemy jak szczególny przywilej jednej grupy, a nie standard, który powinien przysługiwać wszystkim pracującym w podobnych warunkach.
Niestety, polityczna siła rażenia tego przykładu została złożona na ołtarzu tezy o dyskryminacji mężczyzn w miejscu pracy. Nie twierdzę, że Gulczyński wolałby, żeby w imię równości nikt nie jadł pracowniczego obiadu – zastanawiam się jednak, dlaczego autor wybrał tezę o dyskryminacji mężczyzn przez PKP zamiast bezwzględnego domagania się obiadu dla wszystkich.
Gender balance czy zyski, czyli o co martwią się korporacje
Inny przykład, który wybiera autor, by pokazać, dlaczego mężczyźni na rynku pracy mogą czuć dzisiaj gorycz, to akcje afirmatywne. Wielkie korporacje IT aktywnie poszukują i rekrutują kobiety na stanowiska programistek czy inżynierek, budując przy tym doskonały PR wokół swoich starań na rzecz równości.
Spoglądając na statystyki zauważymy jednak pewien rozjazd. Kobiety stanowią zaledwie około 15 proc. absolwentów kierunków informatycznych, podczas gdy na stanowiskach inżynierskich w korporacjach jest ich już 26 proc. – a więc zauważalnie więcej, niż statystycznie „powinno” być, patrząc wyłącznie na pulę absolwentek.
Zobaczmy, jaką optykę nadaje temu autor:
„Można to interpretować jak podzielenie konkurencji na dwie kategorie – kobiet i mężczyzn – gdzie w jednej startuje znacznie mniej osób niż w drugiej, a medali jest tyle samo. O ile uznajemy to zazwyczaj za sprawiedliwe w sporcie, o tyle pracownicy walczący o zatrudnienie czy awanse mogą mieć inne zdanie”.
Cóż, nie mam wątpliwości, że większość programistów podzieli właśnie to „inne zdanie” i zinterpretuje te dane jako przejaw dyskryminacji mężczyzn. Dlatego właśnie nie wolno im tutaj zostawiać pola do własnej interpretacji i budować w nich poczucia, że to kobiety niesłusznie coś dostają, przy okazji zabierając im coś, na co zapracowali.
Łowienie programistek do korporacji IT nie ma miejsca dlatego, że Mark Zuckerberg to wielki orędownik równości, a firmy dążą do wielkiej feministycznej rewolucji.
Raporty takie jak Kobiety w IT 2024 (No Fluff Jobs) pokazują, że zatrudnianie kobiet może się firmom po prostu opłacać. W raporcie czytamy, że podczas procesu rekrutacyjnego w 2024 roku 45,7 proc. badanych kobiet oraz 57,9 proc. mężczyzn negocjowało zaoferowane wynagrodzenie. Kobiety nie tylko rzadziej negocjują, ale też rzadziej dobrze na tych negocjacjach wychodzą – tylko 28,7 proc. kobiet uzyskało wyższe niż zaoferowane wynagrodzenie, w przypadku mężczyzn było to 42,5 proc.
Tymczasem zamiast pytać, dlaczego korporacje tak chętnie perorują o idei płciowego balansu, Gulczyński sufluje czytelnikom sugestię, że to kobiety stają się konkurencją odbierającą mężczyznom intratne pozycje. A to przesuwa uwagę z relacji między kapitałem a pracą na konflikt między samymi pracownikami.
Architektura niedopowiedzeń – kto ma postawić kropkę nad „i”?
Najbardziej niepokojące w strategii Gulczyńskiego nie są jednak tezy stawiane wprost, lecz sposób, w jaki zarządza niedopowiedzeniami w kwestiach, które budzą najsilniejszy gniew społeczny.
W rozdziale o ojcostwie autor przytacza badanie dr Małgorzaty Wojciechowskiej. Badaczka przeanalizowała ponad sto spraw, w których biegli oceniali wiarygodność zeznań o przemocy seksualnej wobec dziecka. Okazało się, że tam, gdzie między rodzicami toczył się silny konflikt o opiekę, aż w 75 proc. przypadków eksperci uznali te zeznania za „wątpliwe”.
Można to czytać tak: w sprawach, gdzie konflikt między rodzicami był silny, biegli z dużo większą ostrożnością podchodzili do tego rodzaju zarzutów.
Autor proponuje nam jednak inne ujęcie, w którym opinie biegłych oddają stan faktyczny i oskarżenia te naprawdę były fałszywe (asekuruje się zaznaczając, iż wcale nie musiały być formułowane w złej wierze). W nawiasie sugeruje, że to „zazwyczaj matkom” mogło się po prostu coś wydawać, by chwilę później przestrzegać przed „nieuzasadnionymi oskarżeniami”, które szkodzą pomawianym (w domyśle: mężczyznom) i prawdziwym ofiarom.
Nie oskarża się tu matek o celowe kłamstwo. Wywód jest jednak ułożony w taki sposób, by przez głowę czytającego przeszła myśl, że podczas rozwodu kobiety szastają bezpodstawnymi oskarżeniami o przemoc seksualną, a ofiarami tego (rzecz jasna nagannego) procederu są mężczyźni.
W tej grze niedopowiedzeń to czytelnik ma wykonać ostatni krok. Autor tylko umiejętnie rozstawił przed nim znaki.
Sztuka czytania pod włos
O ile Gulczyński wykazuje się ogromnymi pokładami socjologicznej empatii wobec mężczyzn, o tyle w stosunku do kobiet jego spojrzenie staje się płaskie i jednowymiarowe.
Mężczyźni w jego narracji są grupą zróżnicowaną – klasowo, etnicznie, wiekowo – której nie wolno wrzucać do jednego worka. Kobiety natomiast stanowią niemal monolit, który z definicji nie podlega już takiemu niuansowaniu. Może i wielowątkowe analizy sytuacji kobiet nie są zadaniem autora książki o mężczyznach, ale wydaje się, że problem leży głębiej.
W trakcie lektury dręczyło mnie poczucie, że autor z różną, nazwijmy to, uważnością analityczną podchodzi do danych. Dziwnym trafem tylko niektóre czyta „pod włos”. Kobiety deklarują, że chcą progresywnego partnera? No tak, ale przecież uważają, że to na mężczyznach spoczywa obowiązek utrzymania rodziny. Mówią, że chcą równości w związkach? Tak, ale jak przyjdzie co do czego, to nie chcą słuchać o problemach swoich partnerów.
Jednocześnie Gulczyński z nadzwyczajną łagodnością i zaufaniem traktuje deklaracje mężczyzn. Chociaż zdecydowanie częściej niż kobiety oczekują „atrakcyjności partnerki”, to przecież priorytetem jest dla nich „dobry charakter”, prawda? Autor nie drąży jednak, co ten „dobry charakter” oznacza – czy chodzi tu o bycie „miłą i uśmiechniętą”, czy może „uległą i gotową do ustępstw”? Większość mężczyzn chciałaby „partnerskiego modelu rodziny”? Tu nie wdajemy się w rozważania, czy to aby nie oznacza – przynajmniej w części przypadków – że owszem, do pracy chodzą oboje, ale po pracy to ona robi obiad i sprząta.
Kobiety, podobnie jak mężczyźni, bywają niespójne poglądowo i również ulegają konserwatywnej fali. Nie mam więc za złe autorowi krytycznego czytania danych ani patrzenia kobietom na ręce. Tylko jak to jest, że ostrze krytycyzmu wyostrza się w stosunku do kobiet, a tępi natychmiast, gdy tylko mogłoby zaszkodzić tezie o mężczyznach dyskryminowanych ze względu na płeć?
Ostatecznie dostajemy więc obraz świata, w którym mężczyzna jest skomplikowaną ofiarą struktur, a kobieta raczej jego (świadomą bądź odgórnie wyznaczoną – przez państwo czy korporacje) beneficjentką.
Dlaczego mniej mężczyzn kończy studia?
Czy te wszystkie zastrzeżenia sprawiają, że można się od Gulczyńskiego i od jego ruchu odwrócić na pięcie i skwitować pobłażliwym uśmiechem? Cóż, nie sądzę. Ironia i zajadła krytyka sprowadzająca się do stwierdzenia, że mężczyźni nie mogą być dyskryminowani, bo koniec końców „kobiety mają gorzej”, na niewiele się tu zda.
Ostentacyjne odwracanie się od ruchu buduje kapitał polityczny dla postulatów Gulczyńskiego. Wielu mężczyzn ma przecież poczucie, że świat o nich zapomniał i że żyje im się trudniej. Wyzwaniem dla ruchów progresywnych (niekoniecznie feministycznych, te mają już swoje walki) będzie nadanie im odpowiedniego wektora.
Taką rolę mogłyby odegrać chociażby nieobecne w książce związki zawodowe. Choć te również miewają problemy z równością kobiet, to wciąż są doskonałą przestrzenią do budowania współpracy opartej na solidarności, odpowiadającą na potrzeby socjalne mężczyzn.
Obecna optyka „dyskryminacji mężczyzn” zogniskowana jest wokół płci głównie dlatego, że są to wątki „klikalne” i łatwiejsze do przetrawienia. Autor przyznaje zresztą, że choć sam wyraźnie dostrzega wymiar klasowy, to decydentów on po prostu nie interesuje.
Tym większe wydaje mi się to marnotrawstwo potencjału. Gulczyński mógłby zaserwować swoim czytelnikom dosadną krytykę mężczyzn u władzy, którzy żerują na mężczyznach znajdujących się niżej (ci z kolei nierzadko w domowym zaciszu eksploatują swoje matki czy partnerki). Tymczasem zostawia nas z opowieścią, w której mężczyźni zostali z tyłu, a w wyścigu o zasoby przegoniły ich kobiety.
Tylko czekać, aż po medialnej trasie Gulczyńskego jego tezami zainteresuje się Czarnek, Mentzen, pewnie i Kanał Zero. A ci doskonale będą wiedzieć, jak zrobić użytek z męskiego gniewu.
*
Kasia Bielecka – absolwentka socjologii i kulturoznawstwa w kolegium MISH na Uniwersytecie Warszawskim, doktorantka w Szkole Doktorskiej Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Naukowo zajmuje się kulturą terapeutyczną, klasami społecznymi, a także współczesnymi teoriami feministycznymi i socjologią płci.





![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.