Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Fetysz wojny. Co się dzieje, gdy mężczyznom odbiera się agresję?

W liberalnej opowieści o „nowej męskości” nie ma miejsca na rywalizację, konflikt i pokazanie siły. Problem w tym, że wyparta agresja nie znika – tylko szuka nowego ujścia.

ObserwujObserwujesz
Żołnierz podczas ćwiczeń wojskowych czołga się po trawie ze stalową liną w ręku, obok stoi instruktor w mundurze. W tle widać innych uczestników szkolenia na poligonie.
Walka

Bycie mężczyzną nie jest aktualnie lekkim kawałkiem chleba. Mamy w dyskursie „mężczyznę Schrödingera”. Jednocześnie demonicznego władcę świata, który męskim spojrzeniem kształtuje normy i wzorce, niewoli i pohańbia, bogaci się i decyduje o ważnych sprawach, a zarazem przegrywa – łamagę, z którym kobiety wygrywają w pracy i edukacji, trutnia i pasożyta, który właściwie nie wiadomo do czego jest potrzebny. Przemocowi, źli rządzący światem, a jednocześnie słabi, tracący grunt pod nogami, bezsilni wobec zmian i zagubieni. I tak źle, i tak niedobrze.

Czego nie rozumieją liberałowie?

Co ciekawe, wielu osobom zupełnie ta sprzeczność nie kłóci. W byciu mężczyzną jest, ich zdaniem, coś esencjonalnie nie tak. Ale żeby skleić tę sprzeczność, trzeba wrzucić wszystkich mężczyzn do jednego worka, unieważnić podziały klasowe i traktować wszystkich jak żołnierzy patriarchatu. Opowieść ta – a jest to czysto liberalna narracja – znosi różnice majątkowe i dostępu jako nieważne i pozostawia tylko czysto esencjonalne tożsamości – np. właśnie męskość. I rzeczywiście, jeśli nie ma różnicy między miliarderem Elonem Muskiem i Damianem, sprzedawcą w Żabce, bo obaj noszą penisa w spodniach, to trudno zauważyć, że ich wpływ i możliwości są skrajnie różne.

Jeden bowiem, dzięki posiadanym środkom, dokonuje czynów wszelakich – od unikania podatków po liczne przekroczenia prawa i wbudowywanie w platformy społecznościowe algorytmów promujących seksizm, dezinformację i skrajnie prawicowe ideologie. Drugi tymczasem może wstawać o świcie, żeby robić Wam hot-dogi i wydawać przesyłki. W takim świecie dobrze ustosunkowany Jeffrey Epstein może przez dekady popełniać przestępstwa seksualne i unikać poważniejszych prawnych konsekwencji, a symboliczny „Damian” za drobne wykroczenie w dowolnej materii szybko trafi za kratki. Bogacze będą więc pływać na jachtach, bawić się z politykami i arystokracją, umawiać z modelkami, a biedacy – jeździć zbiorkomem, pić z kumplami i dostawać swipe w lewo w randkowych apkach. A potem usłyszą, że rządzą światem i powinni ustąpić miejsca.

Bez wskazania tej poważnej różnicy w gronie nominalnie „takich samych” mężczyzn, nie ma szans na wskazanie części panów, jak bardzo są oszukiwani i wykorzystywani przez patriarchat.

Dodatkowo to, co pożądane przez liberalną część opinii publicznej – mężczyzna wrażliwy, niebojący się uczuć i łez, okazujący czułość paniom, panom, dzieciom i zwierzętom, dzielący się przeżyciami i wspierający kobiety w ich karierze, lubiący gotować, prać i sprzątać, nie może jakoś znaleźć szerszej popularności wśród mężczyzn. Nie znaczy to oczywiście, że cechy te są same w sobie złe czy niemożliwe dla mężczyzn do przyjęcia. W praktyce większość z nich wszystko to w swoim życiu robi: płacze, przytula się, zwierza, a także gotuje czy sprząta. Inna sprawa, że za rzadko i do tego w często niewłaściwych miejscach.

Po co nam w sumie ta agresja?

Obraz ten jednak zdaje się pomijać w tej idealnej układance jeden istotny element – agresję. Nie chodzi oczywiście o jej bezsensowne eksplozje czy niekontrolowane używanie wobec kogokolwiek. To wzbudza niepokój i jest słusznie potępiane przez społeczeństwo. Kluczową umiejętnością w kontekście agresji jest nie jej proste okazywanie, ale sygnalizowanie, że się ją ma pod kontrolą. Wtedy nie budzi ona lęku, a przeciwnie – buduje bezpieczeństwo.

W idealnym obrazie wrażliwych i czułych mężczyzn, który pojawia się regularnie w reportażach i manifestach, mamy do czynienia z wizją wykastrowaną z wszelkiej, nawet sportowej, agresji. Nie ma na nią miejsca, jest zła, trefna. Powinno się jej wstydzić. Należy ją zwalczać. W efekcie taki mężczyzna jest przyjmowany przez wielu jako mało „męski”. I być może, także dlatego (poza konkurencją na rynku pracy, lękiem przed zmianą ról społecznych itd.), mężczyźni, nie odnajdując się w takim „ideale”, zaczynają coraz bardziej ciągnąć politycznie na prawo? Przecież prawicowość nie leży w ich esencji. W różnych epokach zajmowali przecież najróżniejsze polityczne pozycje.

Tymczasem agresja to nie przemoc – to energia, która służy do obrony przed zagrożeniem i wydaje się poważnym błędem utożsamiać ze sobą te dwa pojęcia. Bez agresji nie obronilibyśmy się przed atakiem człowieka czy zwierzęcia, bylibyśmy niewoleni, mordowani i krzywdzeni. Czułość i wrażliwość, w wielu aspektach życia bardzo potrzebne, nie sprawią, że uda nam się obronić przed wojskową inwazją. Agresja już prędzej.

Mroczny powrót wypartego

Mężczyźni jednak zdają się podświadomie wiedzieć, że jest ona potrzebna. Wystarczy zauważyć, jak dużo pojawia się w ostatnich latach umundurowanych grup (od państwowych WOT przez Strzelca, ochotników w wojnie w Ukrainie po skrajnie prawicowych radykałów: Rodaków Kamratów czy Zadrużny Krąg). Militarystyczny żargon w męskim wydaniu przesącza się do innych kwestii, np. religijnej – jak Żołnierze Chrystusa, Wojownicy Maryi itd.

Jak gdyby w niszy militarnej, opierającej się przecież na kontrolowanej agresji, szukali oni swojego miejsca, gdzie mogą bez krytyki ją manifestować. Tu „bawią się” w aktywności, które dają im cel i akceptację dla agresywnych impulsów. A to, że lokują ją oni w rejestrach ideologicznie paskudnych, to już konsekwencja, że z innych jest ona rugowana. Nie ma alternatywy dla prawicowej agresji.

Czytaj także Setka, galaretka i mordobicie. Laurka dla najtisowej męskości Aleksandra Kumala

Znalezienie w społeczeństwie akceptowanego miejsca dla agresywnych impulsów to więc jedno z kluczowych zadań dla tworzenia się wizji nowej męskości. Nie da się ich wykasować z ludzkiej natury. Jest to oczywiście spektrum, ale agresywna cześć osobowości nie jest aberracją.

Czytaj także Aż poleje się krew. Przemoc seksualna wobec Ukraińców w rosyjskiej niewoli Violetta Wiernicka

Brak takiej przemyślanej i akceptowanej formy ekspresji da nam tylko stłamszenie, bo agresja nie zniknie. Przeciwnie – zacznie, a właściwie już zaczyna, rozrastać się niekontrolowanie i spontanicznie w zgubnej fantazji. Tą fantazją jest heroiczna wizja, niemająca nic wspólnego z rzeczywistością – wojna. Dla wielu mężczyzn, którzy w dobie AI i automatyzacji tracą możliwość realizacji swoich ambicji, agresji i rywalizacji w wielu ginących powoli zawodach – fantazja o wojennym heroizmie zaczyna być bardzo atrakcyjna. Jest daleka od rzeczywistości, między innymi dlatego, że pokolenie, które pamięta realne konflikty zbrojne w UE, zaczyna wymierać.

Wojna to bowiem czyste piekło. I tylko najbardziej aspołeczne, spaczone i socjopatyczne jednostki mogą czuć się na jej froncie dobrze. Wszyscy inni nurkują w morzu czystej traumy. Przed wyruszeniem do walki jeszcze tego nie wiedzą, widząc ją przez pryzmat gier, seriali, powieści i filmów. Gdyby jednak sięgnęli po książki Remarque’a, Littella, Aleksijewicz czy Białoszewskiego – może przestaliby tak myśleć. Raczej nie sięgną.

Przedwojnie jak miecz Damoklesa

Znów znajdujemy się w punkcie, w którym byliśmy przed I wojną światową. Ścierających się bloków geopolitycznych, które próbują maksymalizować swoje strefy wpływów i mas mężczyzn, które w codziennej, nudnej i powtarzalnej pracy nie widzą dla siebie wystarczająco satysfakcjonującej realizacji. I znów heroiczne fantazje przeciekają do ich umysłów poprzez rozrywkę i propagandę. Dają złudzenie istnienie świata braterskich, bohaterskich czasów, gdzie idee i boje przywracają sens pozbawionej sacrum, czysto materialistycznej rzeczywistości, w której do tego męskość podlega milionom presji – od konkurencji kobiet na rynku pracy po oczekiwania społecznej zmiany wielu ich postaw i zachowań. Nie jest więc dziwne, że część mężczyzn fantazjuje o rzeczywistości, w której agresywne impulsy znajdują racjonalne miejsce i cel. Nie tylko nie są piętnowane, ale nabierają cech heroicznych.

Tylko że to bajka. Prawdziwe są kalectwo, PTSD i śmierć, zupełnie bezsensowna, do tego w interesie tych nielicznych mężczyzn, którzy rzeczywiście pociągają za sznurki patriarchalnego systemu.

W efekcie wyparte wraca eksplozywną i wzniosłą fantazją. Rynki reagują entuzjastycznie, biznes dostarcza narzędzi, a politycy inkasują zyski, jakie nakręca strach i brak poczucia celu. A w praktyce tylko śmierć ostatecznie zarobi na tej globalnej „transakcji”.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x