Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

„Ogry o ciemnooliwkowej skórze”. Buddyści z Mjanmy nie ustają w prześladowaniach muzułmanów

W 2025 roku Mjanmę opuściło ponad 6,5 tysiąca uchodźców z muzułmańskiej mniejszości Rohingya, 900 straciło życie. To rekord w całej udokumentowanej historii. W 2026 roku na podróż zdecydowało się już ponad 2800 osób. Na razie nic nie zapowiada końca prześladowań.

Kilkanaście osób z grupy Rohingya, dzieci i dorośli, siedzący na gołej ziemi, wszyscy mają smutny wyraz twarzy, część patrzy w obiektyw
Walka

„Ogry. Okropne ogry o ciemnooliwkowej skórze” – pisał o Rohingya birmański konsul generalny w Hongkongu na łamach „South China Morning Post” w 2009 roku. Skóra rodowitych Birmańczyków jest jasna i delikatna. Lepsza.

Obelgi pod adresem muzułmańskiej mniejszości płyną szerokim strumieniem. Nie brak porównań do wściekłych psów. Ale to nie obelgi sprawiają, że tysiące sunnitów z grupy etnicznej Rohingya decydują się na podróż przepełnionymi łodziami w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Ubiegły rok był rekordowy w całej udokumentowanej historii. W drogę wyruszyło ponad 6,5 tysiąca osób, 900 straciło życie. W 2026 roku na podróż zdecydowało się już ponad 2800 osób. Na początku kwietnia jedna z przepełnionych łodzi przewróciła się i zatonęła. Było na niej ponad 300 osób. Ocalała garstka.

Bezpaństwowcy we własnym kraju

Rohingya pochodzą z Birmy, od 1988 roku zwanej Związkiem Mjanma. Buddyści stanowią około 90 proc. populacji, chrześcijanie nieco ponad 6 proc., a muzułmanie 2,1 proc. Rohingya pochodzą ze stanu Arakan na zachodzie kraju. Arakan to nazwa historyczna, kojarząca się z czasami kolonialnymi. W 1989 roku władze przechrzciły stan na Rakhine, nawiązując do starożytnej nazwy Rakkhapura (kraina ogrów w języku pali).

Czytaj także Jak buddyjski mnich może stać na czele armii? Beata Błaszczyk

Rohingya mówią po bengalsku, a Arakańczycy po birmańsku. Już w 1978 roku birmańska junta przeprowadziła akcję pacyfikacyjną pod nazwą „Król Smok”, aby pozbyć się rzekomego zagrożenia ze strony „obcej” ludności. Ponad 200 tysięcy ludzi musiało się ewakuować. W latach 1991-1992 kolejne ćwierć miliona uciekło przed prześladowaniami. W 1982 roku rządząca Mjanmą junta wprowadziła nowe przepisy dotyczące obywatelstwa. Wśród 135 nacji zamieszkujących kraj i mających prawo do obywatelstwa nie znalazła się muzułmańska mniejszość. Ci, którzy starali się szukać schronienia w sąsiednim Bangladeszu, trafiali do obozów dla uchodźców w okolicach Cox’s Bazar. Niektórzy, po kilku latach w przeludnionych obozach i bez jakichkolwiek perspektyw na zmianę sytuacji, zaczęli wracać do swoich wiosek. A te były już zasiedlone, władze przeniosły tam rodowitych Birmańczyków. Rohingya nie byli w stanie odzyskać swojego – najczęściej niezwykle skromnego – dobytku.

Stali się bezpaństwowcami we własnym kraju. Bez paszportów, prawa do pracy, opieki zdrowotnej, możliwości udziału w wyborach czy nawet swobody przemieszczania się.

Ofiary nieswojego konfliktu. Junta kontra Armia Arakanu

Kolejna fala represji przyszła w latach 2016-2017. Masowe zabójstwa, gwałty, podpalenia. ONZ nazwała prześladowania Rohingya ludobójstwem. Nawet 800 tysięcy osób musiało szukać schronienia w Bangladeszu. Obozy Cox’s Bazar znajdują się zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy. Dziś przebywa w nich ponad 1,18 mln Rohingya. Na wyspie Bhasan Char, często nazywanej kolonią karną, kolejnych 40 tysięcy. Tkwią tam latami. Bez prawa do przemieszczania się, bez odpowiedniego zabezpieczenia przed ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, częstymi w tym regionie. Bez szans na ewakuację w razie potrzeby. Dostają równowartość około 10 dolarów miesięcznie na żywność. W sytuacjach, uznanych za szczególnie trudne, gdy np. głową rodziny jest dziecko, mogą otrzymać o 2 dolary więcej. Gdy wszyscy są pełnoletni, dostają po 7. Ledwo wystarcza na ryż.

Coraz więcej Rohingya decyduje się więc na przeprawę przez morze. Wielu pośredników, którzy żerują na ludzkiej tragedii, było uchodźcami – sami odbyli taką podróż. Teraz zasilają szeregi zorganizowanych sieci przestępczych i namawiają swoich rodaków do podjęcia ryzyka. Tajlandia i Indie deportują uchodźców z Mjanmy. W maju ubiegłego roku indyjskie władze przetransportowały grupę Rohingya na wyspę na Morzu Andamańskim. Malezja nie przyznaje im azylu, ale i tak jest – obok Indonezji – najczęściej wybieranym kierunkiem.

Nawet jeśli w Bangladeszu niektórym Rohingya uda się otrzymać paszport, władze tłumaczą, że nie jest to równoznaczne z obywatelstwem, a najpewniej paszport jest podrobiony lub został wydany niezgodnie z prawem. Podkreślają, że przyjmowanie osób uratowanych na morzu nie jest ich obowiązkiem i powinna robić to Mjanma. A Mjanma odmawia.

Czytaj także Miasta oszustw. Cyberniewolnicy w Azji Południowo-Wschodniej Monika Bulaj, Emanuele Giordana

Dziś w stanie Arakan przebywa nawet do 630 tysięcy Rohingya – około 150 tysięcy w obozach dla wewnętrznych uchodźców wokół Sittwe, stolicy stanu. Armia Arakanu walczy z siłami junty. Rohingya nie są w tym konflikcie stroną, ale ponoszą wszystkie jego konsekwencje. Blokady, brak prądu, opału i żywności. Nie ma swobody poruszania się, są kolejne wysiedlenia. Na ten moment żadna ze stron nie jest wystarczająco silna, aby zadać decydujący cios. Gdy junta siłą wciela młodych mężczyzn Rohingya do swoich bojówek – nie do regularnej armii, bo nie są obywatelami Mjanmy – mści się Armia Arakanu. Gdy kilkunastu ludzi ucieka z oddziałów junty, ta w odwecie pali wieś i wyrzyna mieszkańców.

Buddyzm walczący i birmański bin Laden

Jedną z podstawowych zasad buddyzmu jest ahimsa, czyli niekrzywdzenie żadnej czującej istoty. Oraz wiara, że to, co robimy w tym życiu, będzie miało wpływ na nasz los w kolejnych wcieleniach. A jednak birmańscy mnisi często biorą udział w protestach przeciw muzułmańskiej mniejszości. Jeden z nich, Wirathu, w 2013 roku trafił na okładkę „Time” jako birmański bin Laden (sam miał się tak określić) i twarz buddyjskiego terroru.

Wirathu jest jednym z ponad dwudziestu opatów sprawujących pieczę nad setką mnichów w ogromnym klasztorze Masoyein w Mandalaj.

Czekam. Najpierw Wirathu je ryż. Potem pije zieloną herbatę. Potem odpoczywa. Oglądam zdjęcia w holu. Trzy ściany. Wirathu na wszystkich. Czasem ubrany na pomarańczowo, czasem na biało. Czyta, naucza, przemawia. Nie widzę tu buddyjskiego egolessness. Raczej ego trip.

Wirathu siedzi na krześle. Stopy ledwo dotykają podłogi. Jest drobnej postury, mówi cicho i monotonnie. Na podłodze siedzę ja i dwóch mnichów. Jeden z nich tłumaczy. Przed zadaniem każdego pytania muszę złożyć dłonie jak do modlitwy i pochylić głowę. Zwracając się do Wirathu, muszę najpierw powiedzieć „Aszin”, czyli czcigodny.

Gdy pytam o porównanie do bin Ladena, mówi że to błąd w tłumaczeniu i wcale tak o sobie nie powiedział. Prześladowania muzułmanów? W każdej wsi i w każdym mieście jest dzika muzułmańska większość. Wszędzie są wściekłe psy. Przytaczam statystyki. Niezrażony Wirathu, odpowiada, że wystarczy jeden tygrys, i już cała wieś nie może spać spokojnie.

Stoi na czele demonstracji. Ludzie mu wierzą. Gdy mówi, że muzułmanin zgwałcił Birmankę, buddystkę, leje się krew. Potem okazuje się, że gwałtu nie było. Wzywa do bojkotu muzułmańskich biznesów. Bo muzułmanie chcą zarabiać, żeby zdobywać „nasze kobiety” i siłą je nawracać, by rodziły niezliczonych muzułmanów. Jest przeciw mieszanym, buddyjsko-muzułmańskim małżeństwom.

Czytaj także Ludobójstwo w Indonezji. Krwawy triumf Zachodu, o którym ten nie chce pamiętać Artur Troost

To się podoba rządzącej Mjanmą juncie, która we wrześniu 2021 roku oczyściła Wirathu z zarzutów i wypuściła z więzienia. Najpierw ukrywał się przez 18 miesięcy, a w 2020 roku sam zgłosił się na policję. Wcześniej, w 2003 roku, został skazany na 25 lat więzienia – również za mowę nienawiści i podżeganie do przemocy. Wyszedł w 2012 roku na mocy amnestii.

Po wielu ostrzeżeniach Facebook usunął jego profil. Dziś Wirathu chętnie przemawia na spotkaniach organizowanych przez juntę, która przyznała mu tytuł „Thiri Pyanchi” za szczególne zasługi dla dobra Związku Mjanmy, jeden z najbardziej prestiżowych w kraju. A kolejni Rohingya, świadomi ryzyka i niebezpieczeństw, przy najbliższej okazji wyruszą w śmiertelnie niebezpieczną drogę, bo własny kraj ich nie chce.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x