Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Bangkok Europy. Orbán straszył zepsutą Unią, a stworzył coś znacznie gorszego

Po 16 latach rządów Viktora Orbána Węgry to państwo półupadłe, które chroni pedofili i słucha rosyjskich „specjalistów”. Dlaczego zatem Karol Nawrocki i jego obóz polityczny uparcie stawiają ten zdegenerowany model jako wzór dla Polski?

Po lewej stronie uśmiechnięty Karol Nawrocki pokazujący kciuka do góry, za nim złomowisko z wetkniętą flagą Węgier, z prawej strony Viktor Orban w kapeluszu z papierowego samolotu
Kontekst

🗳️ W niedzielę odbędą się wybory parlamentarne na Węgrzech. Sondaże wskazują na realną możliwość porażki partii Viktora Orbána.

📍 Karol Nawrocki odwiedził niedawno Budapeszt, gdzie spotkał się z Viktorem Orbánem, wzmacniając symbolicznie relacje między polską prawicą a rządem Węgier.

🇭🇺 Węgry rządzone przez Orbána od ponad dekady mają się za model „demokracji suwerennościowej”, a jednocześnie przeżera je korupcja, kryzys i oligarchowie.

1
Walka

Pedofilia to w środowisku kibicowskim najcięższy rodzaj przewinienia. Subkultura trybun mocno przenika się z kodeksem więziennym. Skrzywdziłeś dziecko? Przestajesz być człowiekiem. Problem masz nawet wtedy, gdy nie jesteś gotowy, żeby pedofila „dojechać”. Wśród kiboli to honorowy obowiązek, a brak reakcji to współudział. W tym kontekście zdumienie budzi fakt, że Karol Nawrocki tak po prostu pojechał do Budapesztu i uścisnął dłoń Viktora Orbána.

Czytaj także W kampanii Orbána Zełenski zastąpił Sorosa. Czy to zadziała? Jakub Majmurek rozmawia z Iloną Gizińską

Na Węgrzech za ukrywanie pedofilii kary są drakońskie. Od dwóch do ośmiu lat odsiadki. Chyba że jesteś ziomeczkiem brata premiera z klubu sportowego – wtedy dostajesz ułaskawienie. Takie szczęście miał Endre Kónya, wicedyrektor domu dziecka w Bicske. To stolica powiatu, w którym mieści się Felcsút – rodzinna wieś Viktora Orbána. Obie miejscowości dzieli tylko osiem kilometrów. Kónya regularnie zwoził wychowanków ośrodka na mecze Puskás Akadémii – klubu piłkarskiego z potężnym stadionem, położonym… dosłownie przy płocie letniego domu Orbána. Ściśle współpracował ze stowarzyszeniem sportowym NIKÉ SE, które organizowało treningi zapaśnicze dla dzieci z ośrodka w Bicske. Kto był honorowym prezesem tej sekcji i patronował tym treningom? Młodszy brat premiera, Győző Orbán Jr.

Czytaj także Z Budapesztu, z miłością. Nawrocki, Morawiecki i Orbán pokazują przyszłość polskiego dziennikarstwa Łukasz Łachecki

Pedofilskie szambo nie mogło wybić tuż pod domem władzy – zauważają dziennikarze niezależnego portalu śledczego 444.hu. Ich śledztwo wykazało, że Viktor Orbán mógł mieć znacznie poważniejszy motyw, by nakazać wyciszanie skandalu. János Vásárhelyi, główny skazany i dyrektor domu dziecka w Bicske, w 2002 roku był liderem samorządowej listy „Összefogás a Városért”. Orbán poparł go osobiście ze sceny podczas lokalnego wiecu wyborczego. Co więcej, dyrektor-pedofil był broniony przed sądem przez mecenasa Istvána Szmulaia. Z ustaleń portalu oraz polityków opozycji wynika, że ten sam prawnik reprezentował interesy firmy transportowej należącej do ojca i braci premiera, a także zasiadał w radzie nadzorczej spółki założonej przez jego brata.

Dziennikarze uważają, że walka o ukręcenie sprawie łba trwała do samego końca. Z sieci miały systematycznie znikać zdjęcia i nagrania ukazujące Vásárhelyiego w towarzystwie Orbána oraz Kónyę na imprezach w Felcsút. Sam wicedyrektor wymuszał na dzieciach fałszywe zeznania, by kryć swojego szefa. Zmowa milczenia pękła dopiero wtedy, gdy jeden ze zgwałconych podopiecznych popełnił samobójstwo. Sprawcy trafili za kraty. Kilka lat później Kónya otrzymał prezydenckie ułaskawienie. Kiedy niezależne media odkryły ten fakt, Węgry zapłonęły z oburzenia. Orban miał chronić dzieci – to było jego hasło. By ratować wizerunek Orbána i oddalić od niego smród, musiały polecieć głowy podwładnych: do dymisji podały się prezydentka Katalin Novák, która podpisała ułaskawienie, oraz ministra sprawiedliwości Judit Varga, odpowiedzialna za kontrasygnatę. Ta druga była wówczas żoną obecnego lidera opozycji Petera Magyara.

Jak nisko upadły Węgry, przekonać się można za pomocą porównania z Polską. W naszym kraju współwinną dręczenia dzieci w Kłodzku była wieloletnią działaczką partii rządzącej. Jaka jest różnica? Państwo nie kiwnęło palcem, by ją chronić – główny sprawca dostał 25 lat, a ona sama – 6,5 roku bezwzględnego więzienia. Nikt nie naciskał na sądy, by ukręcić sprawie łeb. To brutalnie obnaża różnicę między państwem prawa, jakim mimo wszystko jest ciągle Polska,  a mafijnym układem Orbána, w którym odpowiednie znajomości w partii są absolutną polisą na bezkarność, również na najbardziej bestialskie czyny wobec najmłodszych.

Bangkok Europy

„Do 2030 roku Węgry znajdą się w pierwszej piątce najlepszych, najbogatszych i najbardziej przyjaznych do życia państw Unii Europejskiej. Zbudujemy kraj, do którego młodzi ludzie będą chcieli wracać” – mówił Viktor Orbán w 2011 roku. Obiecywał wówczas rodakom ochronę przed kolonializmem zepsutej i skorumpowanej Brukseli; szafował hasłami o „dogonieniu Austrii”. „Demokracja suwerennościowa” miała być antidotum na wady zachodniego systemu.

Do 2030 roku pozostały cztery lata. Co widzimy? Węgry nie gonią Austrii, a Bułgarię – w wyścigu na dno. Bieda, aż piszczy. Siła nabywcza obywateli jest drugą najniższą w UE. Węgry są liderem listy najbardziej skorumpowanych krajów unijnych. Zrujnowana ochrona zdrowia, przy której polski system to szwajcarska klinika, generuje najwyższą śmiertelność z powodu chorób nowotworowych w UE – ponad 300 zgonów na 100 tysięcy mieszkańców. W kraju, w którym w szczerym polu buduje się wypasiony stadion, by klub ze wsi premiera mógł pograć w europejskich pucharach, wyrokiem śmierci może być każdy guz, bo pacjenci często nie dożywają zabiegów.

Straszy stan infrastruktury publicznej –  rzekomo „szybkie” pociągi są posklejane z wagonów pamiętających czasy Jánosa Kádára. Sfera publiczna jest w ruinie, gdyż podobnie jak w Polsce, postawiono na świadczenia bezpośrednie do ręki. Tyle że te zostały doszczętnie pożarte przez inflację, również najwyższą w UE. Miały być wysokopłatne miejsca pracy przy zaawansowanych technologiach, ale Węgry nie wydostały się z pułapki bycia montownią niemieckiego, a teraz również chińskiego przemysłu. Zamiast obiecanej suwerenności i dumy jest ruina, z którą kontrastują tylko wystawnie odpicowana budapeszteńska V. dzielnica oraz luksusowe posiadłości rodziny i kolegów Viktora Orbána.

Są też burdele. W kraju, który miał bronić tradycyjnych wartości przed zdegenerowaną Brukselą, prostytucja bywa dla wielu kobiet jedyną drogą do wyrwania się z nędzy. W raporcie o pracy seksualnej i zorganizowanej przestępczości Fondation Scelles Budapeszt określa się „Bangkokiem Europy”. Przydomek ten, jak czytamy w opracowaniu, „przypomina o tym, jak bardzo Węgry stały się popularnym miejscem seksturystyki. Budapeszt może wręcz rościć sobie prawo do tytułu seksstolicy Europy ze względu na działalność związaną z tym rynkiem”. Z danych Europolu wynika, że blisko co piąta ofiara handlu ludźmi w Europie pochodzi z Węgier. Stolica jest też drugim największym w UE, po Pradze, centrum produkcji pornografii – często wyjątkowo brutalnej i dewastującej zdrowie kobiet. Swoje studia zakładają tam zachodnie i rosyjskie wytwórnie, bo mogą liczyć na rzeszę zdesperowanych finansowo, młodych dziewczyn z prowincji (m.in. z biednego regionu Borsod).

Suwerenność, czyli koncesja na kradzież

Viktor Orbán lubi pozować na swojskiego faceta z prowincji. Powtarza, że w polityce nie chodzi o pieniądze. Z jego oficjalnego oświadczenia majątkowego wynika, że jest niemal biedakiem bez oszczędności. W całej tej gadce o „obronie suwerenności” i byciu w top 5 europejskiego bogactwa, zapomniał tylko dodać, że ma na myśli tylko swoją rodzinę i znajomych. A ci w istocie żyją, jak przystało na elity Starego Kontynentu. Jako dyrektor nieformalnego holdingu „Węgry” Orbán  rozkradł i przekazał im miliardy euro kosztem swojego narodu.

Największym słupem tego systemu jest Lőrinc Mészáros. Na początku ubiegłej dekady był bankrutującym instalatorem pieców gazowych w Felcsút, rodzinnej wsi premiera. Dziś magazyn Forbes wycenia jego majątek na ponad ok. 700 miliardów forintów (ok. 8 miliardów złotych), co czyni go najbogatszym człowiekiem w kraju. Jego firmy wygrywają państwowe przetargi na budowę autostrad, kolei i infrastruktury energetycznej, często jako jedyni oferenci. Zapytany kiedyś przez dziennikarzy, jakim cudem bogaci się szybciej niż Mark Zuckerberg, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: „Pomógł mi Bóg, szczęście i Viktor Orbán”. Nawet nie próbował się krygować: przyznał, że jest napompowanym kolesiem.

Mészáros pomaga Orbánowi, gdy trzeba kogoś skopać. Za pieniądze z państwowych kontraktów, najpierw wykupił, a potem zamknął największy opozycyjny dziennik „Népszabadság”. Następnie przejął praktycznie całą prasę regionalną w kraju i natychmiast „podarował” ją rządowej fundacji KESMA (Środkowoeuropejska Fundacja Prasy i Mediów). Orbán wydał dekret zwalniający tę fuzję z kontroli urzędu antymonopolowego. Za publiczne pieniądze prywatny oligarcha stworzył władzy tubę propagandową, która atakuje polityków opozycji, organizacje pozarządowe i zarzuca dziennikarzom szpiegostwo, jak w przypadku Szabolcsa Panyiego, który ujawnił niedawno kompromitujące fakty na temat kolaboracji z Rosją ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó.

Na ulicach ciemności, w prywatnym zoo zebry

Drugim filarem finansowym układu jest István Tiborcz, prywatnie zięć premiera. Zaczynał od spółki Elios, która hurtowo wygrywała przetargi na modernizację oświetlenia ulicznego ze środków unijnych. Pół biedy, gdyby Tiborcz był tylko poczciwym nepotem. Na nieszczęście Węgrów okazał się też partaczem. Żeby maksymalizować zysk, firma instalowała najtańsze lampy o tak zaniżonej mocy, że w kilkudziesięciu węgierskich miastach po zmroku zapanowały egipskie ciemności. Nowe latarnie świeciły słabiej niż stare żarówki. Przejścia dla pieszych stały się niewidoczne, przez miasta przetoczyła się fala wypadków i potrąceń, a przerażeni mieszkańcy publikowali zdjęcia ulic, na których nie widzieli własnych dłoni.

Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF) udowodnił zorganizowany mechanizm oszustwa na kwotę 43,7 miliona euro i zażądał zwrotu środków. Reakcja państwa? Zero zarzutów, prokuratura nawet nie kiwnęła palcem. Zareagowały za to środki propagandowe Mészárosza atakując…Unię za ingerencję w „suwerenność” Węgier. Rząd po cichu wycofał faktury z Brukseli, pokrywając straty Eliosa z kieszeni węgierskiego podatnika. Samorządy musiały za własne pieniądze doświetlać czarne ulice, podczas gdy zięć Orbána zmonopolizował zyski i rozbudował swoje imperium, reinwestując zajumane miliony w banki i luksusowe hotele.

Styl życia Orbána przypomina bardziej Wiktora Janukowycza niż jakiegokolwiek europejskiego przywódcę. W Felcsút, liczącej 1800 mieszkańców wsi premiera, za miliardy forintów ze spółek państwowych wybudowano Pancho Arenę – stadion piłkarski na blisko 4 tysiące miejsc. Oczywiście, gdy na trybunach słychać było tylko echo głosów trenerów z ławek rezerwowych, trzeba było coś wykombinować. Władza zaczęła zwozić kompletnie niezainteresowany futbolem lud z okolicznych wsi, w tym również z nieszczęsnego domu dziecka. Za dwa miliony euro z dotacji unijnych, powstała wąskotorowa kolejka. We wniosku Węgrzy napisali, że będzie wozić 5–7 tys. pasażerów. Wozi głównie powietrze. Kiedy Unia zareagowała na ewidentny wał, Orbán ponownie ją zaatakował.

Prawdziwym symbolem uwłaszczenia jest jednak Hatvanpuszta, zwana ironicznie Puszta-wersalem. To dawny, zrujnowany majątek arcyksięcia Józefa. Ojciec premiera, Győző Orbán, przejął go i przekształcił w gigantyczny kompleks pałacowy, daleko od wzroku obywateli. Na 13 hektarach kryją się połączone podziemnymi tunelami luksusowe rezydencje, biblioteki, dwa baseny, kaplica oraz prywatne zoo, gdzie trawkę skubią zebry. Formalnie teren dzierżawi firma Mészárosa, ale głównym rezydentem jest Viktor Orbán. Premier cieszy się tam luksusem w stylu wschodniego dorobkiewicza, rozmyślając o tym, jak daleko w tyle pozostała Austria i reszta zepsutego Zachodu

From Russia with Love

Orbán przypomina rzutkiego menedżera z korporacji, który gra twardziela i deklaruje, że nikt mu nie podskoczy, a po pracy biegnie do apartamentu, gdzie przebiera się w lateks, na szyję dostaje smycz i musi być grzecznym pieskiem. Taka tajemnicza relacja dominacji – uległości wiąże go z Federacją Rosyjską. Bajera o „suwerenności” kończy się w momencie, gdy z Kremla dzwoni telefon. Wtedy chłopaki z Fideszu grzecznie stają na baczność.

Węgry Orbána potwierdzają, że ostentacyjna asertywność wobec Brukseli dziwnym trafem współistnieje z psim posłuszeństwem wobec Moskwy i Pekinu. Kiedy na ukraińskie miasta spadają rakiety, szef MSZ Péter Szijjártó lata do Rosji obściskiwać się z Siergiejem Ławrowem, od którego dumnie przyjmuje Order Przyjaźni. Z publikacji „The Washington Post” wynika, że szef rosyjskiej dyplomacji mógł liczyć na regularne raporty z wewnętrznych ustaleń Rady Unii Europejskiej, a między Moskwą a Budapesztem kursowały tajemnicze samoloty wypełnione gotówką i drogocennymi kruszcami. Orbán notorycznie blokuje unijną pomoc dla walczącej Ukrainy, cynicznie wycierając sobie gębę hasłami o „pokoju”. Z publikacji Politico z 8 kwietnia br. wynika, że w grudniu 2025 odbyło się na Kremlu spotkanie, które można nazwać zaręczynami. Węgry podpisały z Rosją umowę o głębokiej „współpracy handlowej i gospodarczej, wspólnych działań w sektorze energetycznym, przemyśle, ochronie zdrowia, rolnictwie, budownictwie i innych obszarach wspólnego zainteresowania, a także w sferze kulturalnej i humanitarnej”. Głównym zyskiem Budapesztu ma być jednak tania energia, ale jeśli doliczymy do tego rachunek geopolityczny – koszty tego układu są dla Węgrów potwornie wysokie.

Obsesja Orbána wokół niezależności wobec Unii sprawiła, że stał się dla niej – w tym również dla Polski – bezpośrednim zagrożeniem. Węgry w 2026 roku są istnym placem zabaw dla wrogiej agentury. Rząd w Budapeszcie szeroko otworzył granice strefy Schengen, wprowadzając tzw. Karty Narodowe dla obywateli Rosji i Białorusi. Oznacza to wpuszczanie na Zachód ludzi z państw wrogich bez żadnych rygorystycznych kontroli bezpieczeństwa. Polscy żołnierze i strażnicy bronią wschodniej granicy przed hybrydowymi atakami reżimu Łukaszenki, a w tym samym czasie polityczny sojusznik polskiej prawicy wpuszcza Ruskich tylnymi drzwiami, by mogli swobodnie rozjeżdżać się po Europie i realizować swoje operacje wywiadowcze.

Orbán ma problem z von der Leyen, ale nie wadzi mu towarzystwo rosyjskich „specjalistów” od socjotechniki. O tym, że ludzie Kremla na stałe stacjonują w Budapeszcie, mówił prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Jego słowa potwierdziła słynna już publikacja „The Washington Post”. Głównym akcentem kampanii wyborczej Fideszu jest straszenie Ukrainą. Zagrożeniem dla bezpieczeństwa Węgier nie jest Putin, a Wołodymyr Zełenski. Odwrócenie pojęć charakterystyczne dla rosyjskiej propagandy. Prof. Bogdan Góralczyk, jeden z najlepszych ekspertów ds. Węgier, w jednym z wywiadów przyznał, że słuchając węgierskich kanałów telewizyjnych, ma wrażenie, jakby słuchał komunikatów rosyjskich agencji.

Macherom z Budapesztu zaczyna palić się grunt pod nogami – gdy na nieco ponad tydzień przed wyborami sondaże pokazywały od 11 do 15 punktów procentowych przewagi opozycyjnej Tiszy, Fidesz postanowił mocniej uderzyć w bębny strachu. Serbski prezydent Aleksandar Vučić ogłosił, że jego służby odnalazły ładunki wybuchowe przy gazociągu TurkStream. Orbán zwołał radę bezpieczeństwa narodowego, trąbił o śmiertelnym zagrożeniu dla Węgier, przedstawiając siebie jako jedynego gwaranta stabilności.

Na ile prawdziwa może być wersja, że to wspólna robota węgierskich i rosyjskich służb? „To, w jaki sposób węgierskie władze od miesięcy kładą podwaliny pod ewentualne wprowadzenie stanu wyjątkowego, zakrawa na akt politycznej desperacji” – pisze hungarysta Dominik Hejj. Ukraińcy mówią wprost: „To najprawdopodobniej rosyjska operacja pod fałszywą flagą, będąca częścią silnej ingerencji Moskwy w wybory na Węgrzech” – napisał rzecznik ukraińskiego MSZ Heorhij Tychij. Lider opozycji Péter Magyar ujawnił, że o przygotowywanej „fałszywej fladze” wiedziano od tygodni. Operacja była jednak szyta tak grubymi nićmi, że przerosła samych twórców. Orbán próbował natychmiast zrzucić winę na Kijów, by uzasadnić przed Węgrami swoje prorosyjskie sympatie, ale zaledwie kilka godzin później szef serbskiego wywiadu wojskowego, Đuro Jovanić, oficjalnie zdementował ukraiński udział w tym sabotażu.

Po co Węgry naszej prawicy?

To jest ten wyśniony, suwerenny raj. Układ, w którym korupcję przykrywa się szczuciem na Zachód. Krzycząc o ochronie dzieci, ułaskawia się wspólników pedofili. Dobrobyt dotyczy tylko elity partyjnej, a kobietom zostają burdele. Na koniec zaś, w akcie operetkowej desperacji, robi się z własnego państwa republikę bananową z wyreżyserowanymi zamachami. Demokracja suwerenna, zamiast być reakcją na patologie Zachodu, okazała się ich zwielokrotnionym odbiciem, uzupełnionym zjawiskami patologicznymi na Zachodzie nieobecnymi, a spotykanymi głównie w krajach autorytarnych.

Viktor Orbán zastał Węgry w zadyszce, a pozostawił z zaawansowanym nowotworem i pod niedziałającym respiratorem – jako najbardziej zdegenerowane państwo w historii Unii Europejskiej. Powinniśmy więc twardo domagać się odpowiedzi: dlaczego część polskiej prawicy uważa, że to jest model, do którego Polska powinna dążyć? Na czym miałby polegać „Budapeszt w Warszawie”, zapowiadany przez Jarosława Kaczyńskiego jeszcze w 2011 roku? Obecnie hasło to brzmi jak groźba. Kraj nad Balatonem znajduje się w rozsypce, poziom życia spada, gospodarka targana jest inflacji, a na samą myśl o odstawieniu rosyjskich węglowodorów, dostaje delirycznych drgawek. Taki sojusznik nie jest w stanie zapewnić nam bezpieczeństwa, transferu technologii, energii ani też dostaw kluczowych surowców.

Jakie korzyści Polska miałaby osiągnąć przez bliską współpracę z Węgrami? Trudno wymienić choćby jedną rzecz, chyba że naszym celem miałaby być destabilizacja i dążenie do rozpadu Unii Europejskiej. Na tym polu Węgry są w awangardzie. Prowadzi to do konstatacji: PiS fatalnie obstawił w polityce zagranicznej i nie ma za bardzo pomysł jak przeformułować swój układ sojuszniczy. Gdzie się nie obejrzeć – tam partia „rosyjska”: Victor Orbán, Robert Tiso, Santiago Abascal, Marine Le Pen. Co z takimi ludźmi można realizować, poza putinowskim planem dekompozycji Europy? Jaki będzie tego długofalowy efekt, poza zagrożeniem suwerenności, a być może nawet egzystencji państwa polskiego?

O tym, że jest to trudna sytuacja dla polskiej prawicy, mówi mi Kacper Kita, publicysta portalu Nowy Ład. – Skuteczność systemu orbanowskiego w sztuce utrzymywania się przy władzy i determinacja w przebudowie społeczeństwa – oto co przez lata imponowało polskiej prawicy. Silne było też przekonanie, że Orbán jest sojusznikiem w targach z Unią Europejską.

Czy partia Kaczyńskiego znalazła się zatem w pułapce swoich wcześniejszych decyzji? – PiS przez lata budował obraz polityki zagranicznej, w którym kluczową rolę odgrywają dobre relacje z USA, asertywna polityka wobec Rosji, ale też niechęć wobec Europy Zachodniej i sojusze regionalne – przypomina Kacper Kita. – W tym momencie te trzy elementy się rozjeżdżają. Mimo że pojawiają się głosy krytyki rządu Węgier, chociażby w kontekście korupcji czy bliskości z Rosją, nie ma raczej żadnej przemyślanej koncepcji alternatywnej. Co więcej, słabsza niż w 2022 roku jest nadzieja, że jak Orbán wygra wybory, to złagodzi kurs wobec Ukrainy.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
troislav69
2026-04-11 08:22

Co by nie mówić tragedia polskiej prawicy z 2010 roku trzyma Jarka na mocnym łańcuchu przed brataniem się z Imperium