Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Będzie wam gorzej. Postęp w służbie bogaczy

Postęp techniczny nie oznacza już poprawy warunków życia większości ludzi. Obietnica powszechnego dobrobytu ustąpiła miejsca selekcji: kto być może przetrwa, a kto nie.

ObserwujObserwujesz
Supernowoczesne miasto z wieżowcami, między nimi: Alex Karp, Elon Musk, Peter Thiel, Sundar Pichai i Mark Zuckerberg
1
Walka

1

Jeśli zmęczyły was promocyjne gadki szefów Big Tech o tym, jak ich innowacje zmienią wszystko na lepsze, mam dla was dobrą i złą wiadomość. Dobra: takich gadek jest coraz mniej. Zła: zastąpiło je przekonywanie, że musimy pogodzić się ze zmianami na gorsze.

Alex Karp, szef Palantiru, jednej z największych firm technologicznych w Stanach Zjednoczonych, tłumaczył ostatnio w CNBC, że AI „wywróci do góry nogami każdy aspekt naszego społeczeństwa” – między innymi przez to, że zlikwiduje dobre miejsca pracy dla wykształconych pracowników.

To nie jest odosobniony przypadek – bossowie z Doliny Krzemowej coraz częściej sięgają po właśnie taki język.

Czytaj także Palantir: nie próbujcie powstrzymać końca świata Magdalena Bazylewicz

Decydują za was

Dyskusja o AI potrafi dezorientować. Raz słyszymy, że to bańka, która za chwilę pęknie, a raz – że AI to niepowstrzymana rewolucja, a za rogiem czają się masowe zwolnienia.

Na pewno wiemy jedno: firmy inwestują na potęgę. W 2024 roku ośmiu największych graczy technologicznych wydało na infrastrukturę AI 256 miliardów dolarów, w 2025 – 427 miliardów, a na 2026 rok prognozy mówią o ponad 560 miliardach.

Wiemy też, że każdy z możliwych scenariuszy – pęknięcie bańki albo dalszy wzrost – niesie za sobą poważne konsekwencje dla świata. Jeśli bańka pęknie, mamy ogólnoświatowy kryzys gospodarczy, być może na wzór kryzysu finansowego z 2008 roku. Jeśli nie pęknie i AI rzeczywiście zacznie zastępować pracowników umysłowych na masową skalę – mamy problem dla milionów ludzi, którzy nagle stracą grunt pod nogami.

Jedno i drugie musi się przełożyć na wstrząsy polityczne.

I właściwie nie mamy nad tym żadnej kontroli. O wszystkim decyduje garstka korporacyjnych decydentów. Przypominają się słowa Neila Postmana, który pisał, że zmiana technologiczna to rewolucja kulturowa „bez głosowania w wyborach, bez polemik, bez partyzanckiego oporu” – to ideologia w stanie czystym.

Postman miał na myśli telewizję i pisał o tym w 1985 roku. Ale o ile wtedy można było mówić o rozproszonej decyzyjności – o setce nadawców z różnych części świata, tysiącach wydawców, milionach drobnych wyborów, które składały się na rewolucję – o tyle dziś ta decyzyjność jest skoncentrowana w kilku firmach, głównie z USA.

Microsoft, Meta, Amazon i Alphabet planują w 2026 roku wydać na infrastrukturę związaną z AI – przede wszystkim centra danych, serwery i chipy – od kilkudziesięciu do nawet ponad stu miliardów dolarów każda. To skala porównywalna z rocznymi wydatkami publicznymi wielu państw.

Czytaj także Socjaldemokracji już nie będzie. Ten gmach wali się na naszych oczach Diego Viana

Najważniejsze decyzje o kształcie naszych społeczeństw – ilu ludzi będzie miało pracę, jaka to będzie praca, za jakie wynagrodzenie, ale też jak rozłoży się władza ekonomiczna i informacyjna – są podejmowane w sporej mierze poza demokratyczną kontrolą. Fakt, że nie jest to jeden z głównych tematów dla polityków i mediów, świadczy o tym, jak pokraczna jest nasza debata publiczna.

Osobiście nie traktuję poważnie żadnego „obrońcy demokracji”, który nie uważa tego problemu za priorytetowy.

Nowe przesłanie Doliny Krzemowej

Miliarderzy jakby wyczuli, że coraz mniej ich ogranicza, i dlatego pozwalają sobie na zmianę tonu.

W rozwiniętych państwach demokratycznych XX wieku kapitalizm opierał się na obietnicy namacalnej poprawy warunków życia większości obywateli. Czasem była to poprawa wymuszona – strachem przed ruchami robotniczymi, presją związków zawodowych, widmem komunistycznej alternatywy rodem z ZSRR. Czasem ta poprawa bywała szczera – w wydaniu polityków wierzących w socjaldemokratyczną wersję kapitalizmu.

Jednak niezależnie od intencji sama obietnica była ważna, bo oznaczała, że większość dużych graczy – politycy, biznesmeni, media – akceptowała główną przesłankę ruchów społecznych: ludziom ma się żyć coraz lepiej. Spory dotyczyły tempa, metod, podziału zysków, ale nie kierunku.

Z początku szefowie z Doliny Krzemowej odruchowo sięgali po tę samą retorykę, próbując nas przekonać, że każda cyfrowa innowacja ułatwia nam życie. Dziś zmienili ton i coraz wyraźniej widać, że uważają, iż mogą ją odrzucić. Nie muszą już obiecywać powszechnego dobrobytu, bo nikt nie jest w stanie ich do tego zmusić – stali się zbyt potężni.

Dobrobyt na wyciągnięcie ręki zostaje zastąpiony nieokreśloną wizją ocalenia ludzkości, podboju kosmosu, wynalezienia super-maszyny – wizją, w której dla większości ludzi po prostu nie ma miejsca, chyba że w roli widzów. A ostatnio przesłanie brzmi: będzie wam gorzej, ale to konieczne, żebyśmy pokonali rywali. W roli tych ostatnich pojawiają się głównie Chiny – w te geopolityczne tony uderzył na przykład Karp we wspomnianym wywiadzie.

Dario Amodei, szef Anthropic – jednej z czołowych firm rozwijających AI – ostrzega, że sztuczna inteligencja może zlikwidować połowę stanowisk niższego szczebla dla białych kołnierzyków i w ciągu jednego do pięciu lat podnieść bezrobocie do 10–20 procent. Dla porównania: w szczycie kryzysu finansowego 2008 roku bezrobocie w Stanach Zjednoczonych sięgnęło dziesięciu procent.

Peter Thiel (drugi z prezesów Palantiru) w rozmowie z Tylerem Cowenem mówi o „ludziach od matematyki”, których AI zastąpi w pierwszej kolejności, oraz że umiejętności ścisłe, które przez dekady otwierały drzwi do klasy średniej, wkrótce stracą na wartości. Alex Karp przekonywał zaś w Davos, że kto skończył elitarną uczelnię i studiował filozofię, powinien mieć nadzieję, że posiada jakąś inną umiejętność.

Najwyraźniej obietnica powszechnego dobrobytu ustąpiła miejsca selekcji: kto być może przetrwa, a kto nie.

Czytaj także Longtermizm: religia z przyszłością Tomasz Kozak

Muskizm

Jak rozumieć ten moment historyczny?

Quinn Slobodian i Ben Tarnoff proponują analogię do Henry’ego Forda i fordyzmu. W książce Muskism: A Guide for the Perplexed stawiają prostą tezę: tak jak nazwisko Forda stało się „izmem” definiującym kapitalizm dwudziestego wieku, tak dziś nazwisko Muska nazywa coś więcej niż jednego człowieka. Właściciel SpaceX jest ich zdaniem „postacią dziejową” w heglowskim sensie – nie dlatego, że jest geniuszem, lecz dlatego, że splata w jedną całość siły historyczne, które istniały niezależnie od niego: koncentrację kapitału technologicznego, erozję demokratycznej kontroli, kryzys klasy średniej, kult efektywności.

Muskizm to „system operacyjny” XXI wieku.

„Jeśli wierzysz – jak Musk i większość liderów Silicon Valley – że ogólna sztuczna inteligencja jest tuż za rogiem, to wierzysz też, że w niedalekiej przyszłości większość ludzi zostanie wyrzucona z pracy. Zostaną uznani za nadmiar społeczny i stracą dźwignię, dzięki której mogli wpływać na kierunek rozwoju społeczeństwa. A w takim przypadku – nie potrzebujesz ich zgody” – mówi Tarnoff.

Czytaj także Polska zamienia Pax Americana na Technologiczną Republikę Palantira Michał Zabdyr-Jamróz

To charakterystyczna cecha muskizmu: odsłania, jak klasa technologicznych miliarderów myśli o reszcie ludzkości. Nie jako o współobywatelach, z którymi trzeba negocjować, ale jako o zmiennych w równaniu, które ktoś inny rozwiąże za nich.

Slobodian dodaje słusznie, że Musk nie postrzega polityki w kategoriach perswazji, deliberacji czy kompromisu. Rozumie społeczeństwo jako „cybernetyczny kolektyw” – a politykę jako rodzaj programowania. Poglądy, których nie lubi, to „wirusy umysłu”; te, które lubi, to po prostu „prawdy”. W takiej optyce demokracja nie jest wartością, ale nieefektywnością. Głosowanie to szum w systemie. Debata to opóźnienie.

Muskizm prezentuje sam siebie jako projekt modernizacyjny, ale to futuryzm w służbie hierarchii. Obiecuje autonomię wybranym i wykluczenie reszcie. I jakoś specjalnie się z tym nie kryje.

Dwie rewolucje

Larry Fink, szef BlackRock – największego na świecie funduszu zarządzającego aktywami – powiedział w Davos coś, co powinno dać do myślenia: przez kilkadziesiąt lat powstało więcej bogactwa niż kiedykolwiek w historii ludzkości, ale w rozwiniętych gospodarkach „trafiło ono do znacznie węższej grupy ludzi, niż jakiekolwiek zdrowe społeczeństwo jest w stanie długo znieść”. I dodał: „Co będzie z resztą, jeśli AI zrobi pracownikom umysłowym to, co globalizacja zrobiła pracownikom fizycznym?”.

Czytaj także Akceleracjonizm: Szybciej, zanim masy ogarną, że prowadzimy je ku technofeudalnej dystopii Patrycja Wieczorkiewicz

Pytanie Finka jest ważne nie dlatego, że jest nowe – lecz dlatego, kto je zadaje. Stawia je człowiek będący częścią systemu, który wyraźnie widzi i mówi otwarcie, że ten system zaczyna tracić mechanizmy, dzięki którym dotąd zyskiwał prawomocność w oczach obywateli.

Musimy sobie zdać sprawę z tego, że mamy do czynienia z dwoma rewolucyjnymi ruchami naraz. Nie tylko technologicznym, ale i ideowym. Z próbą przekonania nas, że lepiej już było; że ściśle hierarchiczna wizja społeczeństwa jest naturalnym porządkiem, a demokracja może funkcjonować tylko w ograniczonej roli – i na pewno nie może ograniczać fantazji technologicznych bossów.

Nie dziwi, że wyznawcy muskizmu weszli w sojusz z Trumpem, który również uważa, że reguły i ograniczenia są dla innych, nie dla niego. I jeszcze się tym chełpi.

To jest wielka ideowa bitwa naszej epoki. Nie powinniśmy jej przegapić. Postman pisał, że jedyne, czego rewolucja potrzebuje, to „populacja pobożnie wierząca w nieuchronność postępu”. Dziś można powiedzieć, że jeszcze groźniejsza jest sytuacja, gdy społeczeństwo oddaje bez walki postęp w ręce garstki miliarderów.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
koztrt
2026-03-31 08:19

Chyba znowu przespałem jakąś rewolucję.