Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Socjaliści przeciwko barbarzyństwu. Rząd Hiszpanii reguluje status pół miliona imigrantów

Hiszpański rząd podjął decyzję o przyznaniu praw do legalnego pobytu setkom tysięcy imigrantów i uchodźców. Pedro Sánchez uzasadniał decyzję słowami: „Na przestrzeni dziejów migracja była jednym z głównych motorów rozwoju narodów, podczas gdy nienawiść i ksenofobia były – i nadal są – ich największymi niszczycielami”.

Walka

Wszystkie osoby, które wykażą, że mieszkają od co najmniej pięciu miesięcy w Hiszpanii, będą mogły otrzymać pozwolenie na roczny pobyt i pracę z możliwością przedłużenia po upływie tego okresu. Przewidywana liczba imigrantów, którzy będą mogli skorzystać z tej okazji, to pół miliona.

Decyzja jest wynikiem starań ruchu obywatelskiego Regularización Ya!, któremu udało się zebrać podpisy 700 tys. osób i 900 organizacji pod projektem inicjatywy ustawodawczej, wspieranej przez lewe skrzydło koalicji rządzącej. Projekt zostanie ostatecznie zrealizowany w formie dekretu królewskiego, zatwierdzanego przez rząd. Okrężna ścieżka jest wynikiem tego, że koalicyjny rząd jest mniejszościowy. Przejście przez parlament mogłoby zakończyć się porażką projektu.

Czytaj także Infrastruktura podejrzenia: państwo boi się dzieci Katarzyna Czarnota

Centroprawicowa Partia Ludowa ostro sprzeciwia się działaniom rządu. Jej lider Alberto Núñez Feijóo stara się konkurować z rosnącym po prawej stronie VOX. W 2024 roku podczas wyborów w Katalonii Feijóo używał całego zestawu prawicowych chwytów narracyjnych. Twierdził, że imigranci zagrażają bezpieczeństwu, zabierają Hiszpanom mieszkania i obciążają opiekę publiczną.

Warto zauważyć, że PSOE jest wciąż partią klasy pracującej: w 2019 roku na socjalistów głosowało 20 proc. spośród najbogatszych 10 proc. Hiszpanów i 35 proc. spośród najbiedniejszych 50 proc. Prawica oskarża więc lewicę o zdradę interesów materialnych swojego elektoratu. Czy promigracyjna postawa Sáncheza jest zatem słuszna?

Imigranci w Hiszpanii a przestępczość

Populiści twierdzą, że lewica powinna dostosowywać się do każdego trendu w masowych nastrojach. Jednak kluczowym ideałem ruchu socjalistycznego jest – przynajmniej od czasów Marksa – opieranie stanowiska politycznego na naukowej analizie rzeczywistości. Kluczowe pytanie brzmi więc: czy za nastrojami antymigranckimi stoi wyłącznie rasizm, czy także koszty społeczne? Czy trwanie przy ideałach praw człowieka i dążenie do spełnienia materialnych potrzeb przeciętnych obywateli wzajemnie się wykluczają? Są dwa typy argumentów, które mają uzasadniać twierdzącą odpowiedź na drugie pytanie: pierwszy odwołuje się do bezpieczeństwa, drugi do ekonomii.

Czytaj także Powstrzymajmy to szaleństwo! Pozwólmy na integrację Hanna Frejlak

Spójrzmy więc na przestępczość w Hiszpanii. Choć mieszka tam cztery razy więcej osób urodzonych za granicą niż w Polsce (Our World in Data podaje dla 2024 roku kolejno: 18,5 proc. i 4,5 proc. ludności), to w naszym kraju morderstwa zdarzają się obecnie nieco częściej. W 2024 roku było to 0,7/100 tys. w Polsce kontra 0,8/100 tys. w Hiszpanii. Hiszpania jest dziś na dodatek znacznie bezpieczniejszym miejscem niż na początku XXI wieku, gdy wskaźnik morderstw był dwukrotnie wyższy. W tym samym czasie odsetek imigrantów w społeczeństwie wzrósł prawie czterokrotnie. Poruszanie tematu imigracji i przestępczości nie jest więc, jak skłonny jest twierdzić np. Grzegorz Sroczyński, wyrazem zdrowego symetryzmu, ale uleganiem rasistowskiej paranoi.

Imigranci a rynek pracy w Hiszpanii

Podczas gdy straszenie przestępczością wynika z lęków i dezinformacji, za argumentami ekonomicznymi stoi redukowanie myślenia o gospodarce do problemu niedoboru. Niezłomne przekonanie socjalnarodowców o konflikcie interesów między pracownikami rdzennymi i migranckimi wynika de facto z tego samego stanowiska, które lewica próbuje zwalczać w dziedzinie redystrybucji. Gdy programy socjalne oskarżane są przez neoliberałów o podnoszenie inflacji, przywołuje się keynesistowskie pojęcie efektywnego popytu, twierdząc, że gospodarka dostosowuje się do wzrostu świadczeń zwiększeniem produkcji, a nie cen. W przypadku imigracji wciąż jednak dominuje balcerowiczowska ekonomia chłopskiego rozumu: rośnie podaż, a więc spada cena pracy. Pomija się to, że imigranci zwiększają też popyt na pracę jako konsumenci i stwarzają możliwości wzrostu inwestycji.

Jak wykazało badanie opublikowane w „Labor Economics”, trzymilionowa fala migracji do Hiszpanii w latach 2001-2006 nie miała wpływu na płace ani wysoko, ani nisko kwalifikowanych pracowników. Jeśli nie patrzymy na ekonomię przez pryzmat obsesji niedoboru, dynamika gospodarcza w Hiszpanii wyda nam się całkiem naturalna: imigracja została wchłonięta przez wzrost zatrudnienia, szczególnie w branżach takich jak hotelarstwo, gastronomia, budownictwo i usługi publiczne.

Ktoś może przytoczyć inny artykuł, o mniej optymistycznych konkluzjach. Dlatego ostateczne wnioski można wyciągnąć tylko z metabadań. Najnowsza metaanaliza wpływu imigracji na płace rdzennych mieszkańców krajów przyjmujących – opierająca się na 88 artykułach z prawie czterech dekad – wskazuje, że średni oszacowany wpływ jest wprawdzie negatywny, ale bliski zeru.

Średni szacowany wpływ wzrostu liczby imigrantów o 1 proc. na płace wynosi -0,03 proc. To znaczy, że jeśli w kraju pracuje pięć milionów imigrantów, a pracownik zarabia dwa tysiące euro, to przyjazd kolejnych 50 tys. pracowników zmniejszy jego płacę o 60 eurocentów. Oczywiście takie uogólnione rozumowanie jest niepoprawne, bo badania dotyczą różnych krajów, kontekstów i typów pracowników – chodzi jednak o unaocznienie, o jakich wielkościach mówimy.

Czytaj także Prawo do azylu: granica Europy granicą człowieczeństwa? Dimitris Angelidis

Ponieważ oszacowania w tych 88 artykułach oscylują wokół zera, niektóre statystyki są pozytywne, co tłumaczy się choćby faktem, że wzrostowi zatrudnienia pracowników nisko wykwalifikowanych towarzyszy wzrost liczby stanowisk white collar i ożywienie popytu. Część rdzennych mieszkańców może więc awansować lub znaleźć zatrudnienie, które wcześniej nie istniało.

Prawica najczęściej odwołuje się do fiskalnych aspektów imigracji. Oskarża się więc imigrantów o wydłużone kolejki do lekarzy. Wielokrotnie już krytykowano ten argument w Polsce, wskazując na fakt, że wkład finansowy uchodźców w ochronę zdrowia przewyższa koszt ich leczenia, a istotna część z nich sama zasila załogi przychodni i szpitali.

To, czy ludność migrancka jest obciążeniem netto dla budżetu państwa, zależy od wielu czynników: wieku, wykształcenia, statusu prawnego. Sytuacja wygląda różnie w zależności od kraju. Imigranci stanowią obciążenie po uwzględnieniu ich wkładu w budżet na przykład w Szwecji i Danii. Przeciwnie jest w Niemczech i Włoszech. W Hiszpanii pozytywny wpływ na saldo budżetowe mają także nisko wykwalifikowani imigranci. Fakt ten jest zbieżny z narracją rządu, który otwarcie traktuje imigrację jako wsparcie dla starzejącej się gospodarki. Co więcej, jak wskazują badania na temat programu regularyzacji, który socjaliści zrealizowali w 2005 roku, przyznanie pozwoleń na legalną pracę znacznie zwiększyło wpływy budżetowe (o około cztery tysiące euro rocznie na osobę), nie generując przy tym znacznych dodatkowych kosztów.

Mało ochotników do wojny kulturowej

To, że imigracja nie stanowi w Hiszpanii problemu, widać w odpowiedziach na pytanie o główne problemy kraju. Tylko jeden procent respondentów wymienia imigrację jako najważniejszy problem, a pięć procent jako drugi lub trzeci z kolei. Najwyżej są „kryzys ekonomiczny”. „bezrobocie” i „jakość pracy” (więcej niż co czwarty respondent wskazuje jedną z tych kwestii).

Wydaje się, że wypowiedzi lidera radykalnej prawicy o tym, że „tyran Sánchez nienawidzi Hiszpanów i chce ich zastąpić” nie przysporzą mu wiele poparcia. Obecny wspólny wynik lewicy w sondażu – ok. 43 proc. – jest zbliżony do wyników w wyborach w 2023 roku, kiedy Sumar i Socjaliści zdobyli razem 44,6 proc. głosów. Jak pisał Krzysztof Katkowski w „Magazynie Gromady”, główne konflikty polityczne w Hiszpanii rozgrywają się wokół korupcji i kwestii gospodarczych.

Polityka hiszpańska wciąż bardziej przypomina „demokratyczną walkę klas” niż „demokratyczną wojnę religijną”. W takiej sytuacji możliwe jest jeszcze zachowanie człowieczeństwa.

**

Łukasz Ostrowski – redaktor naczelny „Magazynu Gromady”, politolog. Ukończył studia na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW oraz Wydziale Filozofii UW. Jest doktorantem w Szkole Doktorskiej Nauk Społecznych UW.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie