Świat

Wojna pozorowana

Fot. Ministerstwo Obrony Ukrainy, flickr.com

Tego można było się spodziewać. Więcej – można było być w zasadzie pewnym, że piąta rocznica Majdanu nie przebiegnie na Ukrainie spokojnie, a wschodni sąsiad przygotuje z tej okazji specjalny prezent.

Eskalacja sytuacji w Donbasie? Kolejne ostrzały i kolejne zerwane porozumienia pokojowe nikogo już nie ekscytują, zasługując co najwyżej na krótkie notki informacyjne. Krym? Pokazowe aresztowanie sabotażystów i ukraińskich dywersantów? Wszystko już było. Pozostały działania na kolejnym spornym terytorium – Morzu Azowskim.

Morze Azowskie odcięte od wód Morza Czarnego półwyspami Kerczeńskim i Tamańskim od dawna jest areną walki o wpływy między Rosją a Ukrainą. W 2003 roku oba państwa podpisały umowę, na mocy której Morze Azowskie stanowi wody wewnętrzne zarówno Rosji jak i Ukrainy, co zakłada swobodę żeglugi jednostek pod ich banderami, daje jednak prawo zatrzymywania do kontroli statków drugiej strony. Porozumienie zawarto w czasach, gdy nikomu nie śniło się jeszcze o „zielonych ludzikach”, a ukraińskość Krymu wydawała się pewna. Od aneksji półwyspu na Ukrainie trwały dyskusje o zrewidowaniu tej umowy. Szczególnie że po wybudowaniu mostu na Krym Rosja przejęła faktyczną kontrolę nad Cieśniną Kerczeńską, wykorzystując to do utrudniania ukraińskim statkom docierania do portów w Mariupolu i Berdiańsku.

Drobiazgowe kontrole, przedłużanie wydawania pozwoleń, a do tego coraz wyraźniejsza obecność rosyjskich jednostek wojskowych już od kilku miesięcy wskazywały, że szykuje się eskalacja konfliktu o wody terytorialne, choć teoretycznie wszystkie te działania są zgodne z zapisami wciąż obowiązującej umowy. W odpowiedzi Kijów informował o planach zwiększenia swojej obecności militarnej w regionie i rozpoczęcie przygotowań do zerwania umowy o wodach wewnętrznych.

Dlatego było tylko kwestią czasu, kiedy Rosja posunie się o krok dalej i silniej zaakcentuje swoją przewagę na Morzu Azowskim. Wydarzenia z 25 listopada rozegrały się wedle dobrze znanego schematu. Choć Rosja była poinformowana o zamiarze przepłynięcia przez cieśninę Kerczeńską trzech jednostek ukraińskiej marynarki wojennej, kontrolerzy nie odpowiadali na próby kontaktu ze strony załóg. Możliwość przepłynięcia przez cieśninę została zablokowana przez cywilny tankowiec. Podobnie jak w przypadku słynnych „zielonych ludzików” Kreml złożył wyjaśnienie, nie dbając nawet o pozory wiarygodności: do blokady doszło przypadkowo, tankowiec osiadł na mieliźnie, a ostrzelanie ukraińskich jednostek i aresztowanie marynarzy było jedyną możliwą odpowiedzią na ukraińską prowokację i obroną rosyjskiego terytorium.

Radynski: O co chodzi ze stanem wojennym w Ukrainie?

Kolejny punkt scenariusza też dobrze znamy. Rosjanie opublikowali nagrania, na których marynarze przyznają, że bezprawnie naruszyli wody terytorialne Federacji Rosyjskiej. Tego typu „szczere i niewymuszone” zeznania to klasyczny element rosyjskich rozgrywek. Że uwierzą w to tylko ci, których jedynym oknem na świat jest rosyjska telewizja państwowa? Kremlowi to wystarcza.

Dlaczego Rosja zdecydowała się na takie rozegranie sytuacji na Morzu Azowskim? Bo jednym ruchem i dość niskim kosztem zyskała sporo. Kolejny raz obnażyła bezradność organizacji międzynarodowych, które swoją interwencję ograniczą do wyrazów oburzenia i słownych połajanek, tak jak to miało miejsce w przypadku Krymu. Rosja działa więc jak osiedlowy chuligan, który w obecności wystraszonych mieszkańców przycupniętych na ławce demoluje plac zabaw. Bo może. Bo wie, że nikt się nie odezwie.

Obnaża też słabość Ukrainy, kolejny raz pokazując jej absolutną niezdolność do obrony. Tak jak przejęcie Krymu praktycznie bez walki, czy pełzający konflikt w Donbasie, tak objęcie kontrolą Morza Azowskiego ma pokazać, że Ukraina jest państwem, które nie potrafi bronić swoich granic czy przeciwstawiać się aktom agresji. Dla kogo przeznaczona jest ta demonstracja siły? Z jednej strony dla partnerów międzynarodowych – państwo słabe, zdestabilizowane i targane konfliktami na arenie międzynarodowej nie będzie traktowane jak poważny partner. Z drugiej strony to czytelny sygnał dla samych Ukraińców. Pół roku przed kolejnymi wyborami prezydenckimi otrzymują komunikat: oto, jaką Ukrainę zbudował wam Poroszenko i jego majdanowa ekipa.

11 listopada w Doniecku

Sygnał o słabości Ukrainy odbiorą też prorosyjscy mieszkańcy Donbasu, coraz częściej rozczarowani i swoimi „republikami” (DNR i LNR), i samą Federacją Rosyjską, przez którą czują się porzuceni. Wygrany przez Rosję konflikt o Morze Azowskie może po raz kolejny rozbudzić nadzieje, że już, już, lada moment wkroczą Rosjanie i wspólnie ruszą na Kijów, a może i jeszcze dalej. Znów usłyszymy, że ofensywa to tylko kwestia czasu. A wizja zwycięskiej wojny i zajęcia znienawidzonego Kijowa może skutecznie odciągnąć uwagę mieszkańców Donbasu od marazmu, biedy i dziwacznych rozgrywek politycznych, jakie toczą między sobą liderzy. Może znów, choć na chwilę, uwierzą w Noworosję?

Tyle, że żadnej Noworosji, żadnej ofensywy ani wojny nie będzie. Zdecydowanie bardziej opłaca się jej wizja jako straszak niż przeprowadzenie realnej operacji wojskowej. Owszem, Federacja Rosyjska ma potencjał militarny, żeby wkroczyć na Ukrainę i rozpocząć otwarty konflikt połączony z okupacją kraju. Tyle że koszty tej operacji byłyby ogromne. Już aneksja Krymu znacząco zwiększyła wydatki z budżetu. Ukraina postawiona w obliczu wojny bezpośredniej stanęłaby do obrony – mobilizacja antyrosyjska byłaby znacznie silniejsza niż w przypadku Krymu czy Donbasu. To oznacza, że plan „w trzy dni jesteśmy w Kijowie” mógłby być trudny do zrealizowania. A Kreml wciąż jeszcze ma w pamięci lekcję Afganistanu.

Koncentracja rosyjskich sił na Ukrainie wiązałaby się też z ryzykiem wykorzystania tej sytuacji przez antyrosyjskie siły w republikach kaukaskich. Wojna przy granicy z NATO i Unią Europejską nie mogłaby też zostać zlekceważona przez społeczność międzynarodową – sankcje i konsekwencje byłyby zdecydowanie ostrzejsze niż przy aneksji Krymu. A to dla Federacji Rosyjskiej ewentualne dodatkowe obciążenie, trudne do uniesienie podczas prowadzenia operacji wojennej.

W razie udanego zajęcia terytorium Ukrainy Rosja musiałaby się liczyć z koniecznością tłumienia antyrosyjskich wystąpień. Jednym z ubocznych skutków konfliktu w Donbasie jest spora liczba ludzi mających doświadczenie w działaniach wojennych. Wiadomo też, że część uzbrojenia używanego w Donbasie jest obecnie w rękach zdemobilizowanych żołnierzy. W razie okupacji rosyjskiej należałoby się więc liczyć z aktami dywersji i atakami terrorystycznymi. Donbascy watażkowie przyzwyczajeni do samodzierżawia też niechętnie podporządkowaliby się prawu federacji.

A zysk z wygranej wojny? Niewielki. Rosji zdecydowanie bardziej opłaca się sąsiadowanie ze słabą, zdestabilizowaną i podzieloną wewnętrznie Ukrainą niż próba włączenia tego terytorium w obszar Federacji.

Dlaczego więc Petro Poroszenko zdecydował się na wydanie dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego? Jego reakcja wydaje się nieadekwatna do skali wydarzeń i zaskakująca, gdy weźmiemy pod uwagę, że nie zdecydował się na taki krok w obliczu ostrej fazy wojny w Donbasie. Pokazuje to, że nie mogąc wygrać sytuacji na Morzu Azowskim, Poroszenko stara się jak najwięcej zyskać na całym konflikcie. I jeśli umiejętnie to rozegra, te zyski mogą być naprawdę duże.

Paradoksalnie „zepsucie” rocznicy Majdanu przez Rosję jest prezydentowi Ukrainy bardzo na rękę. Gdy pada słowo „wojna” nikt nie zdaje zbędnych pytań. Na przykład o poziom korupcji, którą władza pomajdanowa miała zlikwidować. Albo o to, dlaczego swoje przedwyborcze obietnice o zamknięciu fabryki Roshen w Rosji zrealizował tak późno. Albo o to, jak właściwie jest z tą sprzedażą broni do Rosji. A tego, kto zapyta szybko będzie można usadzić na miejscu, oskarżając o brak patriotyzmu i sprzyjanie wrogowi.

Ukraińska noc. Rewolucja jako doświadczenie

Wizja konfliktu z Rosją może na nowo wskrzesić ducha walki. Antyrosyjska mobilizacja na Ukrainie jest już niewielka. Większość ludzi machnęła ręką na Donbas, to już nie jest czas, gdy wolontariusze masowo wysyłali na wschód paczki ze wsparciem dla walczących. Nie ma chęci do walki, skończył się entuzjazm dla majdanowych polityków, których rządy okazały się w dużej mierze rozczarowaniem. Po pięciu latach niewiele już zostało z atmosfery nadziei i wiary w to, że Ukraina może stać się nowoczesnym, europejskim państwem. Wizja zbliżającej się wojny może na chwilę obudzić tamte emocje.

Ale żadnej wojny nie będzie. Pozostanie kolejny pełzający konflikt ważny głównie dla polityków i garstki zapaleńców. A w tle będą się rozgrywały wielkie biznesy i małe biznesiki. Tak jak w Donbasie.

***

Anna Pawłowska – z wykształcenia filolożka i kulturoznawczyni, z zawodu dziennikarka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Specjalizuje się w tematyce ukraińskiej i rosyjskiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.