UE

Żółte kamizelki: to już nie ruch społeczny, to rewolucja

Frédéric Lordon

Dlaczego pracownicy fabryki opon Continental wdzierają się na posterunek policji w Compiegne, załoga Goodyear zajmuje biura dyrekcji, a pracownicy Air France rzucają się na kierownika działu kadr i zdzierają z niego koszulę? Czym trzeba było się narazić zwykłym ludziom, żeby posunęli się do tak drastycznych kroków?

Upadek dominującego porządku można poznać po zbaraniałych twarzach tych, którzy mu służą. W pierwszą sobotę grudnia ten spektakl można było oglądać nie tylko na ulicach, ale także – i od tamtej pory nieprzerwanie – na osłupiałych twarzach prezenterów telewizji informacyjnej BFM, CNews czy France 2, a właściwie wszystkich stacji telewizyjnych, rażonych kompletną niemożnością zrozumienia tego, co się dzieje. Co zaś zbaranienie ma wspólnego z byciem głupim jak baran, mówi ich wspólny rdzeń. Tutaj te dwa stany zlały się w jedno, a spektakl tego bezrozumu toczy się, jak na „całodobowy serwis informacyjny” przystało – na okrągło.


Jako że umysł chwyta się myśli, które dają mu przyjemność lub sprawiają ulgę, orędownicy „nowego świata” i „rewolucyjnego macronizmu” (choć jednego nie da się pogodzić z drugim) kurczowo trzymają się starych kategorii, obowiązujących w starym świecie, bo to na jego fali wypłynęli, z jego schedy korzystają i to on daje im władzę. I oto miotają się, widząc w  „żółtych kamizelkach” to ultraprawicę, to skrajną lewicę; na gwałt szukają godnych „przedstawicieli” albo „rzeczników” demonstrantów, domagają się szczegółowej listy „żądań”, które byłyby przedmiotem „negocjacji”. Nie ma jednak ani takiej listy, ani wspólnego stołu, do którego można by usiąść.

Francja to okno na naszą przyszłość

czytaj także

Rzucają się zatem rozpaczliwie wraz z rządem po stałe rekwizyty: konsultacje z szefami partii, debaty w parlamencie, spotkania ze związkami zawodowymi – w nadziei na jakieś „wyjście z kryzysu”. Może moratorium na opodatkowanie paliwa? Może jakieś ustępstwa à la GrenelleTzw. porozumienie z Grenelle, przewidujące znaczne ustępstwa w kwestii warunków pracy, zakończyło masowe protesty z maja 1968 r. – przyp. tłum. ? Krótko mówiąc, odbywa się pantomima z użyciem wszystkiego, co właśnie się wali. „Elity” nie są w stanie nawet dostrzec, że nie ma już czasu, że świat, ich świat, rozpada się na kawałki, że takiego wzburzenia nie uda się powstrzymać obniżeniem podatku czy odłożeniem go na później. Że będą mieć szczęście, jeśli same instytucje polityczne nie runą wraz z całym gmachem. Bo to już nie jest „ruch społeczny” – to jest powstanie.

Gdy jakaś forma dominacji zbliża się do punktu zwrotnego, wówczas wszystkie instytucje reżimu, a zwłaszcza te sprawujące władzę symboliczną, usztywniają się w najgłębszym niezrozumieniu sytuacji. Czyżby obowiązujący porządek rzeczy nie był najlepszym z możliwych? Towarzyszy temu nasilenie brutalności, ale i zaczątki paniki, kiedy nienawiść, której te instytucje są przedmiotem, pewnego dnia wybucha i odsłania się przed nimi w całej okazałości. Wszystkiemu sprzyja wspomniana już wyjątkowość tego ruchu, polegająca na tym, że podkłada ogień tam, gdzie nigdy go dotąd nie podkładano: . A wkrótce pewnie obejmie także ich kolaborantów.

Czytamy, że dyrektorka telewizji BFM zaniemówiła, słysząc na Polach Elizejskich hasło „pieprzona BFM”; że przewodniczący stowarzyszenia dziennikarzy odkrył, i również oniemiał, że „tego nie mówią wywrotowcy, ale zwyczajni ludzie”. Władza tego typu, tyrania posiadaczy i ich lokajów, zawsze tak kończy – w całkowitym oszołomieniu: „ach, więc oni aż tak nas nienawidzą?” Tak, nienawidzą. I mają do tego święte prawo. Po długich dekadach nadszedł w końcu dzień wystawienia rachunku – i powiedzmy od razu, że będzie słony. Za dużo narosło odsetek, których od dawna nikt nie spłacał.

„Ach, więc oni aż tak nas nienawidzą?” Tak, nienawidzą. I mają do tego święte prawo.

Od strajków w 1995 roku narasta świadomość, że media, zamiast stanowić przeciwwagę dla ośrodków władzy, są wobec nich służalcze. Same dostarczały na to dowodów, w miarę jak pogłębiał się neoliberalizm, wywierając na społeczeństwo coraz większy nacisk, coraz bardziej nie do zniesienia, najpierw intensywnie urabiając umysły, zanim zaczęło się urabianie ciał.

Media, oprócz tego, że służą bogaczom, stały się jawnymi wspólnikami ministerstwa spraw wewnętrznych, kiedy podawana przez nie liczba manifestujących okazała się jeszcze korzystniejsza dla władzy niż ta, którą podawała policja. Kiedy zaś usiłowały wszystkich protestujących wrzucić do worka „przemoc” – jasno pokazały, po czyjej stronie stoją.

Być może w tym właśnie miejscu, kiedy pojawia się „przemoc”, wściekłość lokajów przekracza wszelkie proporcje, bo czują, że sytuacja wymyka im się spod kontroli. Zresztą „potępienie” zawsze było najlepszym sposobem niezrozumienia, najmocniejszym argumentem dobrowolnej ślepoty, której wymagają potężne interesy. Piętnowanie „chuligańskich wybryków” stało się ostatnim szańcem neoliberalnego porządku, ostatecznym antidotum na wszelkie protesty. Przy czym – co za szalona niekonsekwencja! – nie widziano żadnego problemu w tym, by jednocześnie obchodzić rocznicę zdobycia Bastylii i rocznicę maja 1968 roku.  Ale historia to tylko mumia: martwa, daleka i wyzuta z wszelkiego przesłania dla teraźniejszości.

Tak czy inaczej, w ogólnym krajobrazie przemocy, media, a zwłaszcza telewizja zawsze wybiórczo pokazują to, co im pasuje, skrzętnie skrywając resztę. A zatem jeśli przemoc, to  niepojęta; jeśli awantura, to bezpodstawna; czyli w skrócie – zło wcielone. Dlaczego jednak, w konsekwencji jakiego ciągu wydarzeń, pracownicy fabryki opon Continental wdzierają się na posterunek policji w Compiègne, załoga Goodyear zajmuje biura dyrekcji, pracownicy Air France rzucają się na kierownika działu kadr i zdzierają z niego koszulę, a niektóre żółte kamizelki są bliskie sięgnięcia po broń? Czym trzeba było się narazić zwykłym ludziom, którzy, jak wszyscy, chcą spokoju, żeby posunęli się do tak drastycznych kroków, poza – no właśnie – przywiedzeniem ich do ostateczności?

Historia to tylko mumia: martwa, daleka i wyzuta z wszelkiego przesłania dla teraźniejszości.

Wypieranie przemocy społecznej jest najwyższą formą przemocy, którą Pierre Bourdieu nazwał przemocą symboliczną, a tak skuteczną, że poddani jej ludzie popadają w odrętwienie. Metodycznie pozbawiani możliwości stawiania oporu „zgodnie z zasadami”, bo wszystkie powołane do tego instytucje pokazały im plecy, nie mają innego wyjścia, jak tylko się poddać albo wszcząć rewolucję, ale wtedy już fizyczną, która od razu zostanie nazwana ohydną, bezprawną i niedemokratyczną. Pułapka doskonała. Nadchodzi jednak chwila, kiedy symboliczny terror już nie działa, kiedy wyrokowanie o prawomyślności czy bezprawności traci znaczenie, kiedy cierpienie chemicznie przemienia się w gniew, i to tym większy, im dłużej było negowane. Wtedy zaś wszystko może się zdarzyć i nie ma co się dziwić – biura posłów, banki, prywatne posiadłości, posterunki policji, nic nie zostanie oszczędzone, skoro wszystko zawiodło.

To prawda, że ci, którzy swoje stanowiska i przywileje zawdzięczają obecnie obowiązującym ramom i którzy wciąż powtarzali, że nie ma ani lepszego, ani w ogóle innego możliwego porządku rzeczy, mogą widzieć erupcję czegoś, co się w tych ramach zupełnie nie mieści, wyłącznie jako „aberrację” i „wynaturzenie”, a jeszcze lepiej – po prostu przemoc. Muszą tylko dopilnować, żeby ta przemoc pozostała marginalna – inaczej przestanie być anomalią. No i muszą skrzętnie zamiatać pod dywan brutalne represje  policji. Tyle że z jednym i drugim zadaniem zupełnie sobie nie radzą.

Kto obraża żółte kamizelki, obraża mojego ojca

Z pierwszym dlatego że „żółte kamizelki” stanowią ucieleśnienie tej wewnętrznie sprzecznej postaci, której władza nie jest w stanie pojąć: porządnych, wkurzonych ludzi. „Wkurzeni” to zazwyczaj ci, których we Francji nazywa się „enragé”, czyli radykalna ekstrema, zawsze nieznaczna mniejszość. Nie mogą więc być zarazem „porządnymi ludźmi”, czyli milczącą większością. A jednak! Wkurzamy się, gdy nas przyprzeć do muru. A po trzydziestu latach neoliberalizmu, na które nałożyło się osiemnaście miesięcy dokręcania śruby przez Macrona, całe grupy społeczne zostały do tego muru przyparte. Dlatego się wkurzyły.

Po trzydziestu latach neoliberalizmu i osiemnastu miesiącach dokręcania śruby przez Macrona całe grupy społeczne zostały przyparte do muru. Dlatego się wkurzyły.

Wierząc, że to, o czym nie mówią, nie istnieje, media nie przewidziały tego gniewu. Ale proszę, już tu są, wytwory długiego nagromadzenia milczącej złości, która właśnie przerwała tamy. Tych do domu się łatwo nie zagoni. Zwłaszcza, że w swojej naiwności ci „porządni ludzie”, przy okazji tego, co dla wielu z nich stanowiło pierwszą w życiu demonstrację, doświadczyli na własnej skórze policyjnej brutalności. Najpierw doznali szoku. Później zdołali się przegrupować i wkurzyli się na dobre. Jest ich już bez liku, tych z początku „porządnych ludzi”, którzy stali się tłukącymi wszystko chuliganami, albo z palet budują na rondzie szałas i stają się „zadystami„Zadistes” to określenie ukute na protestujących przeciwko budowie planowanego lotniska w Notre-Dame-des-Landes, okupujących miejsce budowy – przyp. tłum.”.

Można sobie wyobrazić, jak wielkie zmiany zachodzą w ich nastawieniu. Począwszy od 2016 roku i wprowadzenia ustawy El KhomriUstawa przygotowana przez francuską minister pracy Myriam El Khomri, zmieniająca przepisy dotyczące warunków pracy i dialogu społecznego, wywołała masowe protesty w 2016 r. – przyp. tłum., aż po aferę w Notre Dame-des-Landes i zmianę przepisów dotyczących francuskich kolei SNCF w ubiegłym roku, telewizja BFM i radio France Info karmiły tych ludzi obrazami  „casseurs” – chuliganów, kazały im płakać nad wybitymi oknami szpitalu Neckera. Dziś zaś ci sami ludzie stoją tam, gdzie stali „chuligani”, i teraz to oni doświadczają policyjnej i medialnej przemocy na antenie France Info. Już coraz lepiej wiedzą, czego się trzymać, kiedy obie te instytucje publiczne podają wiadomości o „agresywnych, ultra-radykalnych elementach”.

Czy lud francuski wstąpi na barykady?

czytaj także

Drugim warunkiem zachowania kontroli nad sytuacją jest utrzymanie poza polem widzenia rzeczywistych działań policji. Na tym froncie w telewizyjnych redakcjach będzie trwał bój do upadłego. Kłamstwo przez przemilczenie jest wszechogarniające, zajadłe, gęste jak propaganda dyktatury. Społeczeństwo nie siedziałoby spokojnie, gdyby pozwolono mu zobaczyć choćby jedną dziesiątą tego, co wielkie stacje telewizyjne systematycznie przed nim ukrywają – okrwawioną, krztuszącą się gazem staruszkę czy pałowanego emeryta.

Podczas gdy France Info bombardowało nas aż do obrzydzenia informacjami o rozbitych szybach w szpitalu Neckera i płonącym McDonaldzie, do połowy poniedziałku nawet nie zająknęło się o śmierci osiemdziesięcioletniej kobiety, zabitej granatem łzawiącym. Androidy z BFM nigdy nie podważają twierdzeń rzeczników policji skarżących się, jakoby policjanci byli „pałowani” (sic!) i „okaleczani”. Jeśli te słowa mają jeszcze jakikolwiek sens, to po której stronie miotacza gumowych pocisków czy wyrzutni granatów padają oślepione i okaleczone ofiary?

Ciekawe, czy prezenterzy telewizyjni byliby w stanie cokolwiek przełknąć, gdyby pokazano im naprawdę przerażające zdjęcia manifestantów okaleczonych jak na wojnie przez policyjną broń. Czy chociaż jedna stacja telewizyjna zdecyduje się pokazać – aż do znudzenia, tak jak telewizja ma w zwyczaju – „porządnym ludziom”, którzy jeszcze nie zostali chuliganami, jak ośmiu policjantów bije jednego chłopaka? To, razem z dziesiątkami nagrań wideo i setkami relacji naocznych świadków, wyczerpująco poinformowałoby widzów o tym, jak bardzo mogą ufać „państwowej policji”.

Przemoc jednak rządzi się własnymi prawami, i dobrze wiadomo, co się dzieje, gdy już raz się pojawi: przemoc zostaje odwzajemniona, przybiera rozmaite formy i może zajść bardzo daleko. Nikt dziś nie wie, do czego doprowadzi w obecnej sytuacji, a mogą to być dramatyczne wręcz skrajności. Któż jednak ją wywołał, jeśli nie sam Macron, wypowiadając wojnę społeczną własnemu narodowi, wypowiadając mu wojnę policyjną, która być może niedługo przerodzi się w interwencję wojskową, przy akompaniamencie mediów, które prowadzą z narodem wojnę symboliczną? Kto za to wszystko odpowiada jest o tyle niejasne, że te zbrodnie były dokonywane od dawna, w ciszy: agresja ekonomiczna, pogarda ze strony elit, kłamstwa mediów, brutalność policji. Jednak zły duch, który popycha do odwzajemnienia przemocy, to pamięć, długa pamięć.

Żeby czarny był zielony, czyli jak odchodzić od węgla?

Na Twitterze policjantka odkrywa ze zdumieniem, jak wielką nienawiścią darzona jest ona i jej koledzy – a jej zdumienie jest równe, choć przeciwne, zdumieniu demonstrantów, których poturbowano za nic, bo tu wszystko sprowadza się do wzajemnego zdumienia i tym zdumieniem się karmi. Policjantka to odkrywa i nie może w to uwierzyć. Wszystkie instytucje parające się neoliberalną przemocą błądzą jak dzieci we mgle. Gimnazjaliści potraktowani przez policjantów gazem łzawiącym i policyjnymi psami nieprędko zapomną ten moment swojego życia, kiedy ostatecznie uformował się ich stosunek do policji. Za dwa czy pięć lat policja o wszystkim zapomni i znów nie będzie mogła uwierzyć w malującą się na twarzach tych młodych ludzi nienawiść – i nic nie będzie z tego rozumieć.

Ludzie pozbawieni możliwości stawiania oporu „zgodnie z zasadami” mają tylko dwa wyjścia: poddać się albo wszcząć rewolucję.

I tak siły policyjne same skazują się na zimne poty, bo też mają się czego bać na swoich posterunkach. Odkąd placówka w Puy-en-Velay spłonęła, nie wiadomo już, do czego zdolni są „ci drudzy” – teraz już pewnie do wszystkiego. Dlatego trzeba natychmiast zrobić w tył zwrot. Ogłosić na łamach „cieszącej się zaufaniem gazety codziennej”, że Macron i jego ludzie postradali rozum, że oni, szefowie policji zdają sobie sprawę z bolączek zwykłych obywateli i że mogliby nawet sami podnieść larum, gdyby ich tylko słuchano. Trzeba jednak pamiętać, że to właśnie ci szefowie policji od tzw. „nocy na nogach„Nuit debout”, nocy 31 marca 2016 r. kiedy we Francji rozpoczęły się masowe manifestacje – przyp. tłum.” kazali demonstrantów oślepiać, ogłuszać granatami łzawiącymi i z bliska  do nich strzelać.

Stale powraca to, co można nazwać „syndromem La Boétiego” (od humanisty Étienne’a de La Boétiego i jego słynnej „Rozprawy o dobrowolnej niewoli” – przyp. tłum.). Władza usilnie stara się, byśmy wciąż zapominali – a my wciąż zapominamy, bo wydaje się to niepojętą tajemnicą – że ich jest garstka, a nas jest wielu. Ale zasłona właśnie opada i ukazuje tę prostą arytmetyczną rzeczywistość. To właśnie z rozbrajającą szczerością przyznał w sobotę wieczorem wiceminister spraw wewnętrznych mówiąc, że nie może rzucić więcej sił policyjnych na ulice Paryża, kiedy cała mapa Francji mu miga czerwonym alarmem, a prefektury błagają o wsparcie. Specjalista od reform instytucjonalnych powiedziałby z pewnością, że system jest „przeciążony”.  „Przeciążenie systemu” oznacza zaś powrót do tego, o czym pisał La Boétie. Nas jest więcej. Nas jest dużo więcej niż ich. I ciągle nas przybywa, wciąż mamy duży potencjał wzrostu, co niedługo stanie się jasne, bo są jeszcze licealiści, studenci, pracownicy pogotowia ratunkowego, rolnicy i wielu, wielu innych.

A potem co? Wojsko? Zdezorientowany dzieciak w pałacu Elizejskim jest do tego zdolny: czyż nie użył wobec swojego narodu granatów, czy nie rozmieścił na dachach paryskich budynków snajperów z bronią gotową do strzału? To zdjęcie, które wywołało bodaj największe wrażenie, opublikował o dziwo dziennik „Le Monde”, który być może zastanawia się,  czy uciążliwy protegowany nie powinien spaść z wozu na najbliższym wirażu.

Władza stara się, byśmy zapomnieli – a my zapominamy, bo wydaje się to niepojętą tajemnicą – że ich jest garstka, a nas jest wielu.

Tak czy inaczej, to straszny moment prawdy dla liberalnych publicystów. Nie mogli się nachwalić spontanicznego wybuchu wolności w Tunisie  czy na Placu Tahrir w Kairze. A przecież to, co tam było „cudownym przejawem wolności”, tu jawi się jako śmierdzący potem populizm i wieszczy nadejście „mrocznych czasów”. Do tej pory wszystko trzymało się kupy. Trzeba wszak było głosować na Macrona, cała Francja musiała na niego głosować, a teraz Macron może okazać się Mubarakiem! Nagle publicyści łapią się za głowę: ależ wpakowaliśmy się w kabałę! A oczywiście, im bardziej się szamoczemy, żeby z niej wyjść, tym głębiej grzęźniemy. Władza wypłaca już specjalną premię służbom porządkowym, które dopuszczają się coraz ohydniejszych czynów, bo władza się boi, że ją opuszczą, bo nie ma już poparcia, bo trzyma się tylko dzięki aparatowi siły, na łaskę którego całkowicie się oddaje. Wolność wolnością, ale głosować będziecie na Mubaraka.

Ken Loach: Jeśli nie rozumiemy walki klas, nie rozumiemy zupełnie nic

Ludzie czują wstręt do tej władzy, bo metodycznie, krok po kroku zapracowała sobie na ich nienawiść. Nie ona pierwsza; ten rachunek rośnie od dawna, ale obecny rząd zrobił wszystko, by czara się przelała – więc to on go zapłaci. Żeby się nie rozpaść, władza nie ma innego wyjścia jak dopuścić się krwawych represji, być może nawet przy użyciu wojska. Ten rząd zasługuje tylko na to, by upaść.

 

**
Frédéric Lordon jest francuskim ekonomistą i filozofem, wykładowcą w paryskiej Wyższej Szkole Nauk Społecznych. Był jednym z sygnatariuszy Manifestu oburzonych ekonomistów i wiodącą postacią francuskiego ruchu „Nuit debout”, zawiązanego w 2016 roku. W Polsce ukazała się jego  książka Kapitalizm, niewola i pragnienie. Marks i Spinoza.

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Le Monde Diplomatique”. Dziękujemy za zgodę na przedruk redakcji „Le Monde Diplomatique – edycja polska”. Z francuskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.