Świat

Domosławski: Narodowa harmonia to mit, bo zawsze ktoś jest wygrany, ktoś przegrany

Artur Domosławski o „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych”.

Jakub Dymek: Land of the free, home of the brave – mówi Amerykanom o ich kraju hymn. A co mówi historia? I co sobie o niej Amerykanie myślą?

Artur Domosławski: Zależy kto. Zanim zapytamy, co myślą o sobie Amerykanie, najpierw musimy odpowiedzieć na inne, od którego wychodzi również Howard Zinn w „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych”: kogo mamy na myśli? Nafciarzy z klanu Bushów, czy np. kobiety pracujące „za grosze”, jak mówi tytuł słynnej książki Barbary Ehrenreich o życiu poniżej stawki minimalnej w Ameryce? Koncept narodu czy społeczeństwa jako rodziny był przez kilka wieków amerykańskiej historii używany jako narzędzie wypychania fundamentalnych problemów społecznych z pola uwagi i z pola polityki – przede wszystkim dramatycznej sytuacji tych, których spotykała opresja, podbój, wyzysk, dyskryminacja.

Zinn przeciwstawia się konceptowi społeczeństwa jako rodziny. Mówi, że społeczeństwo to żadna rodzina, lecz zbiorowość zderzających się, często sprzecznych interesów różnych ludzi i grup. Co innego zatem „wie” o Ameryce George W. Bush czy właściciel wielkiej firmy, a co innego mieszkanka czarnego getta, ubogi Latynos lub biały przedstawiciel podklasy ludzi mieszkających w przyczepach, tzw. trailer parks.

A jest jakaś najpowszechniejsza, popularna, szkolna wersja historii, którą każdy znać musi, jak u nas tę z Grunwaldem, komuną i papieżem-Polakiem?

Biali osadnicy, bogobojni pielgrzymi, przybyli pokojowo na nową ziemię, gdzie zaatakowali ich dzicy tubylcy, zwani Indianami… – w uproszczeniu jakoś tak to leci. Potem mamy pierwszą konstytucję na świecie, ideał wolności – gospodarczej przede wszystkim – który zaraził resztę świata, imponujący rozwój od Dzikiego Zachodu do Doliny Krzemowej. Sprzeciw wobec totalitaryzmów – brunatnego i czerwonego. Prowadzenie wojen zawsze sprawiedliwych i obronnych – wymówka wszystkich agresorów.

American Exceptionalism – czyli tak zwana amerykańska wyjątkowość, bycie krajem innym niż wszystkie jest tego częścią?

To być może jeden z kluczy do rozumienia Ameryki. Purytanie, którzy dotarli tu w XVII wieku, głosili, że ich nowy kraj będzie Miastem na Wzgórzu, światłem, za którym będzie podążać reszta świata. Motywacje były religijne: droga do zbawienia, wzór chrześcijańskiej wspólnoty. Uważali się za wybrańców na podobieństwo ludu Izraela ze Starego Testamentu.

Rozmawiałem kiedyś o tym z innym historykiem, Thomasem Benderem, badaczem idei American exceptionalism. Bender, wywodzący ją właśnie od purytan, dostrzegł paradoks: z jednej strony Amerykanie uważają, że mieli inną historię niż reszta świata, a zarazem silnie wierzą, że są wzorem dla wszystkich innych. Koncept wyjątkowości ma rozmaite wersje. Przykładem wersji soft było wystąpienie Lincolna po zwycięstwie Północy nad Południem, w którym mówił o Ameryce jako nadziei rodzaju ludzkiego i modelowym społeczeństwie przyszłości, gdzie ludzie są równi. Z kolei George W. Bush potrafił powiedzieć, że Bóg powołał go do szerzenia wolności w amerykańskim stylu. To wersja agresywna i niebezpieczna.

Spytałem Bendera, czy amerykańskie dzieci uczą się szkole o „wyjątkowości” swojego kraju. Odpowiedział, że Amerykanie nie potrafią się uwolnić od tego konceptu. Do lat 90. niewiele było w szkole historii powszechnej, zaś historii USA uczono tak, jak gdyby była odseparowana od reszty. Gdy pod wpływem debat o globalizacji i multikulti zaczęto uczyć więcej o świecie, wyłączono z programów historii powszechnej historię Ameryki. Czyli mimo zmiany na lepsze nadal, jak powiada Bender, historia kraju jest nauczana poza kontekstem powszechnym, a historia powszechna w oderwaniu od historii USA. Brzmi znajomo, co?

No, dobrze – i co z tą popularną historią zrobił Zinn? Ludowa historia Stanów Zjednoczonych ukazała się w roku 1980…

To trudny moment dla amerykańskiego poczucia dumy i wyjątkowości: kilka lat po aferze Watergate, kilka lat po wycofaniu się Ameryki z wojny wietnamskiej i czas odwrotu od ideałów rewolty lat 60. i 70. W momencie, gdy książka się ukazuje, Zinn jest już znany jako jeden z intelektualnych przewodników ruchu antywojennego i ruchu praw obywatelskich. Miał za sobą kilkuletnią pracę wykładowcy w college’u dla czarnoskórych w Atlancie, gdzie szybko stał się ulubionym wykładowcą zbuntowanej młodzieży. W jego domu odbywały się narady i spotkania kontestatorów status quo, narady przed protestami sit-ins, które polegały na bojkotowaniu segregacji rasowej w miejscach publicznych – teatrach, restauracjach. Brał udział w demonstracjach przeciwko wojnie wietnamskiej – był wielokrotnie zatrzymywany przez policję, później brał udział w procesach jako świadek obrony aresztowanych protestujących lub niepoddających się wcieleniu do wojska. Napisał głośny esej o obywatelskim nieposłuszeństwie. W 1980 roku był zatem bardziej znany jako aktywista i nauczyciel niż badacz i intelektualista.

Dzięki Ludowej historii… zapisał się w historii intelektualnej Ameryki jako rewizjonista, – może rewolucjonista? – tradycyjnej, uświęconej narracji o dziejach swojego kraju.

Zinn mówi Amerykanom, że historia, której uczyli się w szkole jest opowieścią wyimkową, niekompletną, traktującą podmiotowo tylko wąską grupę Amerykanów. To nie tylko amerykańska przypadłość, że historię piszą władcy i zwycięzcy, czy może raczej – że opowiada się ją w ich imieniu.

Warto dodać, że Zinn nie ma ambicji całkowitego odrzucenia tradycyjnej opowieści o historii, chce jedynie ją uzupełnić: opowiedzieć z perspektywy nie orła, lecz żaby; nie establishmentu, lecz amerykańskiego everymana. Pokazuje to, co widać z dołu hierarchii społecznej.

To historia widziana oczami niewolników, białej biedoty, rdzennych mieszkańców kontynentu, robotników, służby, kobiet, poborowych i wszystkich innych, którzy w tradycyjnym ujęciu nie mieli szansy opowiedzieć o swoim losie.

Snując tę nieopowiedzianą historię Zinn kwestionuje zarazem wizję patriotyzmu zaklętą w tradycyjnej historii. Uważa, że ów koncept patriotyzmu służy sprawującym władzę, bo za jego pomocą łatwiej im przekonywać, że wspieranie rządzących służy dobru wspólnemu. A tak przecież być nie musi, często wspieranie działań władzy służyło jedynie jej samej, wąskiej elicie, a nie ogółowi Amerykanów. Zinn uwypukla wizję społeczeństwa, w którym ścierają się sprzeczne interesy, pokazuje, że narodowa harmonia to mit, bo zawsze ktoś jest wygrany, ktoś przegrany.

Ciekawe jest to, że Zinn przyjmuje za punkt wyjścia Ludowej historii.. rok 1492, na długo zanim państwo amerykańskie w ogóle powstało. To dość wywrotowe, prawda?

Zaczynając w czasach Kolumba, który przybył na dzisiejszą Dominikanę, Zinn wpisuje późniejsze powstanie państwa amerykańskiego w dzieje procesu konkwisty. Amerykanie być może chcą myśleć, że powstanie Stanów Zjednoczonych było czymś radykalnie innym od brutalnej kolonizacji dokonanej przez Hiszpanów i Portugalczyków. Ale czy na pewno tak było? Zinn pokazuje, że USA powstało na trupach, eksterminacji ludów autochtonicznych, cierpieniu milionów. Stawia się w roli demaskatora oficjalnej hipokryzji i moralisty – w najlepszym znaczeniu tego słowa. Powiada, że o wolności mówiono najgłośniej w czasach niewolnictwa, o równości w czasach społecznej ekskluzji, a o ideałach demokracji, gdy chodziło o podbój, będący jej zaprzeczeniem.

No właśnie, co się musiało wydarzyć przez te trzysta lat, żeby powstały Stany?

Zinn powiedział mi w rozmowie, którą z nim robiłem dekadę temu, że w Ameryce zrealizowano nie tyle ideał narodu amerykańskiego, lecz interesy pięćdziesięciu białych mężczyzn, którzy w 1787 roku w Filadelfii ogłosili Konstytucję Stanów Zjednoczonych. W Ludowej historii… pokazuje paradoks, polegający na tym, że Ameryka formułuje ideał równości i wolności, który zostaje zdradzony właściwie w momencie założycielskim. Przecież piewcy wolności, którzy konstytucję napisali, posiadali niewolników.

Również wtedy sformułowano ideał wolności, który jest ściśle powiązany z ideą własności – echa którego wybrzmiewają do dziś. Thomas Jefferson mógł pisać swoje pisma polityczne, bo pracowali na niego niewolnicy, i to dzięki ich niewoli Jefferson cieszył się wolnością. Sprzeciw wobec niewolnictwa był traktowany przez właścicieli niewolników nie tylko jako ograniczanie ich prawa własności, ale również jako zamach na ich wolność.

Później ten ideał wolności był wykorzystywany w walkach społecznych – przez abolicjonistów, dr Martina Luthera Kinga i wszystkich innych, którzy przeciwko faktycznej nierówności, dyskryminacji, zniewoleniu protestowali. Odwoływali się oni do amerykańskiego ideału wolności –zdradzonego przez Ojców Założycieli i ich następców. Walczyli z przeciwnikiem na ich polu.

Jakie państwo (gospodarczo, społecznie, politycznie) wówczas powstaje?

Gospodarka opiera się na niewolnictwie Afrykanów i nisko opłacanej pracy białej biedoty. Ważną rolę pełni parcie na zachód, czyli podbój, który prowadzi do wyniszczenia rdzennej ludności. Podbój ma funkcję gospodarczą, jak również jest narzędziem kanalizowania niezadowolenia tych, którym w Ameryce się nie powiodło, ale zawsze jeszcze mogą odnieść sukces, przynajmniej teoretycznie, prąc na zachód pod osłoną armii. Nierówności pozwalają posługiwać się żołnierzami z nizin społecznych jako mięsem armatnim i stworzyć owemu „mięsu armatniemu” nadzieję poprawy losu w przyszłości, po podboju.

Zinn pokazuje też, jak ważną funkcję polityczną spełniała „linia koloru”, która złamała solidarność między biedotą z Afryki, czyli niewolnikami, a białymi pracownikami najemnymi. Plantatorzy żyli w nieustającym strachu przed buntem, a dzięki rozróżnieniu na „lepszych i „gorszych” niejeden bunt rozbrojono zanim do niego doszło. Rasizm stał się więc narzędziem sprawowania władzy i ucieleśnieniem starej zasady „dziel i rządź”. Na przełomie XVII i XVIII wieku niektórym białym pracownikom najemnym, mającym faktycznie status niemal półniewolników, zaczęto przyzawać niewielkie przywileje. To odróżniło ich od czarnoskórych i stworzyło iluzję, że możliwy jest awans, poprawa losu. Kontynuacją będzie amerykańska legenda „od pucybuta do milionera”. Mówiąc skrótem: z niektórych ofiar niesprawiedliwego porządku zrobiono jego obrońców.

A komu, mówiąc kolokwialnie, nadepnął na odcisk Zinn swoją książką?

Dla konserwatystów książka była unpatriotic, niepatriotyczna i un-American, nieamerykańska. Myślę, że krytycy, którzy wysuwali te oskarżenia, autentycznie w nie wierzyli – to nie było tylko puste oburzenie. No bo jeśli się wierzy w „amerykańską wyjątkowość”, jeśli wierzy się na serio w to, że Ameryka ucieleśnia ideały wolności i demokracji, a tu nagle jakiś Zinn pokazuje, że historia kraju jest trupami usłana, że potęgę ekonomiczną wzniesiono na krwi i nieszczęściu pokoleń, że Ameryka uprawia imperializm i popełnia zbrodnie, że jest społeczeństwem przesyconym rasizmem i opartym na klasowych nierównościach… Jakiej reakcji tradycjonalistów można się spodziewać? Porównałbym ją do reakcji rodzimych kustoszy Polski Niewinnej na dzieło Jana Tomasza Grossa i wysiłki wszystkich tych, którzy pokazują mroczne wątki polskiej historii.

Zinn dowodzi, że Ameryka nie jest „imperium wolności”, częściej była „imperium zniewolenia”. On nie mówi, że było „trochę inaczej” niż w oficjalnym kanonie, lecz że było zupełnie odwrotnie!

Nie było żadnej „ziemi bez ludu dla ludu bez ziemi”, w Ameryce dokonała się eksterminacja, a za poszerzaniem granic nowego państwa wcale nie szło poszerzanie granic wolności dla masy ludzi. Zinn pisze o wojnach Ameryki – łamiąc tabu, którego niewiele osób chce dotykać – jako o inwazjach i agresji. Także o niedawnej wojnie irackiej.

Zarzucano Zinnowi błędy warsztatowe i nieścisłości. Trzeba uczciwie powiedzieć, że w utworze syntetycznym o takiej objętości [książka w polskim wydaniu ma niemal 1000 stron – przyp. red.] nie da się ich uniknąć. Inny wspaniały historyk, Tony Judt, we wstępie do swojego monumentalnego dzieła Powojnie zastrzegał, że w książce zdarzają się błędy – nie sposób napisać tak potężnej syntezy bez pomyłek. Przy dziełach o wielkim rozmachu zawsze pojawią się wpadki faktograficzne czy interpretacyjne. To oczywiście argument tych, którzy odrzucają wersję Zinna w całości. A przecież w opowieści historycznej nie chodzi tylko o same fakty – te Zinn zbierał skrupulatnie, korzystając z pracy wielu innych historyków – lecz o połączenie ich w całość. Zinnowi udało się to uczynić w nowy sposób, stworzył nową narrację, i tak naprawdę właśnie ta narracja tak wielu się nie spodobała.

A zarzuty lewicy?

Michael Kazin, jeden z redaktorów magazynu „Dissent”, zarzucał Zinnowi uproszczony podział na dobrych i złych, a także stworzenie jakiejś ahistorycznej wizji amerykańskiej elity. Tymczasem, jak to zazwyczaj jest, także w łonie tych zarówno „dobrych”, jak i „złych”, także są tarcia wewnętrzne, konflikty i odmienne interesy. Inni lewicowi krytycy wskazywali, że choć Zinn poświęca wiele miejsca różnym grupom wykluczonym, to kobietom i ruchom na rzecz ich praw, a także walce mniejszości seksualnych poświęcił niewiele miejsca. Zarzucano mu także pominięcie Latynosów.

Zinn konsekwentnie w kolejnych wydaniach książkę to uzupełniał, a sam tłumaczył kształt Ludowej historii… swoim doświadczeniem biograficznym; tym, jakie walki społeczne znał najlepiej i o jakich wiedział najwięcej, a były to walki wyznaczone przez granice rasy i klasy. Na dziele ciąży, jak zawsze, również doświadczenie pokoleniowe – rówieśnicy Zinna byli zazwyczaj mniej wrażliwi na prawa kobiet i mniejszości seksualnych niż na dyskryminację rasową i nierówności klasowe. Z czasem jednak niektórzy z nich, np. Zinn właśnie, zyskiwali zrozumienie dla wspomnianych walk emancypacyjnych, które wcześniej nie przyciągały tak bardzo ich uwagi.

Pojawia się też kwestia konfliktu między jednostką i ruchem – kto prowadzi, a kto podąża? Michael Kazin, autor Amerykańskich marzycieli i Zinn w tej kwestii znacząco się różnią.

Rozmawiałem o tym kiedyś z profesorem Claybornem Carsonem wykładowcą na Stanfordzie i dyrektorem Centrum im. Martina Luthera Kinga, kustoszem jego całego dzieła i wydawcą pism. Carson jako osiemnasto- czy dziewiętnastolatek brał udział w legendarnym marszu na Waszyngton 28 sierpnia 1963 r. – i powiedział, że w tej całej masie młodych Afroamerykanów, którzy przyszli protestować do stolicy, nikomu chyba nie przyszło do głowy, że oni przyszli tam za Martinem Lutherem Kingiem. Uważali, że to Martin Luther King przyszedł tam za nimi.

To napięcie na lewicy i istota tego pytania nigdy nie zniknęły. Pojawiają się przy okazji Luli w Brazylii – co było najpierw: ruch czy przywódca? Albo w przypadku pokojowej rewolucji w Chile – czy Salvador Allende był jej liderem czy tylko emanacją? Jednym i drugim? A Wałęsa w Polsce? Od pewnego czasu na pewno był liderem, ale wcześniej były masowe strajki robotników.

Zinn uważa, że od lidera ważniejsze są ruchy masowe?

Tak, Zinn w tym sporze jest po stronie ruchów masowych, wybitne jednostki są dla niego mniej ważne. Jesteśmy przyzwyczajeni, że łatwiej przyswajamy i akceptujemy opowieści, które mają protagonistę, pozwalającego zobaczyć szerszy obraz. Pewnie niełatwo jest stworzyć film fabularny czy napisać powieść bez głównego bohatera i analogicznie większość znanych nam historii, trudnych i złożonych, lubimy postrzegać poprzez los wybitnych jednostek. Zinn pokazuje, że to bardziej skomplikowane, opowiada historię czyniąc protagonistami całe grupy społeczne.

Ludowa historia … przypomina coś, o czym nie zawsze się pamięta: w Ameryce kiedyś była lewica. Socjaliści, anarchiści, komuniści, związki zawodowe.

Była lewica, ale nigdy socjalizm nie zakorzenił się tu mocniej ani nie zdobył istotnej reprezentacji politycznej. Dwie partie, które zdominowały życie polityczne, to olbrzymie machiny wyborcze, które nieco różnią się światopoglądowo (choć nawet nie tak, jak europejski konserwatyzm i socjalizm), a jednocześnie zajmują szerokie spektrum i skutecznie blokują zmianę polityczną na większą skalę.

Zinn tłumaczy ten fenomen geniuszem amerykańskiej elity, która stworzyła sobie bufor w postaci klasy średniej.

Idea była taka, żeby jakiejś części społeczeństwa pozwolić bogacić się na tyle, żeby nie chciała się buntować, co z kolei osłabiało buntowniczego ducha wśród najbiedniejszych. Pokazywało się najbiedniejszym, że mogą zacisnąć zęby i dołączyć do tych, którym jest lepiej, więc nie opłaca się domagać radykalnej zmiany. Od czasów Roosevelta zresztą słowo ciałem się stało i rzeczywiście dla wielu osób szansa awansu stała się realna – choć trudno jednoznacznie orzec, czy Roosevelt aż tak bardzo wierzył w emancypację, czy raczej bał się rewolucji.

Ameryka jest właśnie w środku najbardziej być może zaskakującej i spolaryzowanej kampanii prezydenckiej od lat. Badania poglądów Amerykanek i Amerykanów pokazują lewicowe sympatie i oczekiwania od rzeczywistości – także część postulatów Donalda Trumpa, jak odwrót od wolnego handlu i propozycja reindustrializacji kraju, odzwierciedla ten zwrot.

Pierwsza kampania Obamy obudziła olbrzymie nadzieje na zmianę. Dziś część jego elektoratu, jak pokazują badania, kontestuje status quo, i to mocno. Niektórzy są tak antysystemowi, że wszystko im jedno, na kogo zagłosują – byle to nie był ktoś z waszyngtońskiego establishmentu. Do niedawna można było mieć nadzieję, że tym kimś będzie Bernie Sanders, ale dziś już wiemy, że spośród kontestatorów na scenie pozostał jedynie ksenofobiczny, faszyzujący Trump. Miejmy nadzieję, że zwolennicy Sandersa nie pójdą za Trumpem, bo między Trumpem a Sandersem różnica jest naprawdę fundamentalna: mniej więcej taka jak między Ku Klux Klanem a ruchem praw obywatelskich – choć przecież jedni i drudzy byli w swoim czasie antywaszyngtońscy i antysystemowi. Mylenie jednego z drugim to świadectwo ślepoty albo jakiegoś innego schorzenia.

Sam fakt, że Sanders, który otwarcie mówił w kampanii językiem socjalistycznym czy socjaldemokratycznym, mógł tak długo i skutecznie bić się o nominację wewnątrz Partii Demokratycznej, jest świadectwem sporej zmiany i zapotrzebowania na nowy język i nowe recepty. Mamy ponowne przebudzenie ruchów społecznych, które zostały spacyfikowane za czasów Reagana.

Pospolite ruszenie za Sandersem robi wrażenie, ale pamiętajmy, że nawet tak wielkie ruchy jak ruch praw obywatelskich w latach 60. i antywojenny przeciwko wojnie w Wietnamie nie doprowadziły do powstania trzeciej partii w Ameryce. Czy Sanders po wyborach się tego podejmie? Postawmy tu trzy kropki – to będzie długi marsz. Może historia toczy się jednak tak, jak widzi to Zinn, i żeby w Ameryce wygrała kiedyś lewica albo partia przypominająca choć trochę lewicę nie potrzeba wcale Sandersa, ani innego lidera, lecz przede wszystkim masowej aktywności obywateli, ruchów oddolnych. Być może dopiero one wyłonią nowego przywódcę.

Artur Domosławski reporter, związany z „Polityką”, pisarz; opublikował m.in. „Gorączkę latynoamerykańską”, „Kapuścińskiego non-fiction” i „Śmierć w Amazonii”. W tym roku wydał „Wykluczonych” – owoc wieloletnich podróży po krajach globalnego Południa. Laureat m.in. Nagrody im. Beaty Pawlak (2008), Dziennikarz Roku 2010, Knight fellow Uniwersytetu Stanforda.

Zinn-Ludowa-historia-stanow

Bio

Jakub Dymek

| Publicysta Krytyki Politycznej
Kulturoznawca, dziennikarz i publicysta Dziennika Opinii Krytyki Politycznej. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki politycznej na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej". Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce był w 2015 roku nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.