Świat

Rasowy realizm, czyli lewica centrowa w sprawach kultury

Jak marginalny rasistowski bloger z USA otrzymał laurkę na łamach lewicowego pisma.

Pięknie różnimy się na lewicy. Każde z lewicowych środowisk dociera do nieco innej grupy docelowej i oferuje nieco inny ogląd sytuacji. Warto więc wznosić się ponad niezbyt przejrzyste dla postronnych osób podziały, często osadzone w zadawnionych konfliktach personalnych, i śledzić pełen zakres lewicowej prasy – od liberalnej centrolewicy aż po środowiska bardzo radykalne. Niezgoda jest naturalna, a ferment bywa twórczy. Czasem jednak pojawia się rozczarowanie, nad którym ciężko przejść do porządku dziennego.

Niezgoda jest naturalna, a ferment bywa twórczy. Czasem jednak pojawia się rozczarowanie, nad którym ciężko przejść do porządku dziennego.

Najnowsza moda

A zaczęło się całkiem ciekawie. „Skrytykuję domorosłych lewaków z nadwiślańskiego zaścianka za niedostrzeganie najnowszych mód zrodzonych w Ojczyźnie Światowej Klasy Kreatywnej” – tak rozkręca się tekst „Alt Left” pióra dra hab. Jarosława Tomasiewicza, który ukazał się na stronie „Nowego Obywatela”, pisma na rzecz sprawiedliwości społecznej. Uważam zagraniczne inspiracje za nieuniknione i często pożyteczne, zainteresowałem się więc nowym lewicowym nurtem, który do tej pory umknął mojej uwadze. Po często dziś spotykanej charakterystyce porażek „hipster-lewicy”, skupionej na łatwych wojenkach kulturowych, autor pisze o nowym zbiorowym aktorze na scenie politycznej: „AltRight to odrodzenie twardej «Starej Prawicy» – etnopolitycznej, tradycjonalistycznej, populistycznej – w nowych postmodernistycznych formach. Swoisty powrót do korzeni. I to właśnie altrightowcom udało się pokonać mainstreamową lewicę na jej własnym polu: zdobyć poparcie robotników, używając nie haseł kulturowych (Thomas Frank trochę się zdezaktualizował), lecz ekonomicznych”.

Czerwona lampka w tym momencie zaczyna migać ostrzegawczo. Czy Donald Trump faktycznie uzyskał poparcie części białej klasy robotniczej dzięki nastoletnim rasistowskim trollom pod wodzą Richarda Spencera – eleganckiego (przynajmniej w chwilach, gdy akurat nie wykonuje hitlerowskiego pozdrowienia) erudyty i nieformalnego lidera AltRight? Tak chcieliby to pewnie widzieć nielubiani przez Tomasiewicza centrowi Demokraci. Wydaje się jednak, że zrównanie antyelitarystycznych nastrojów wyborców Trumpa z klasy robotniczej (z których wielu w przeszłości popierało Obamę) z rasistowską alternatywną prawicą Spencera to teza nie tylko faktograficznie wątpliwa, ale także przesadnie ponura, przekreślająca szanse lewicy na zaangażowanie takiego przesiąkniętego nacjonalizmem elektoratu. A może jest to tylko problem starej lewicy?

Poczuj Berniego!

„Niektórzy uważają, że wyzwanie ze strony AltRight wymaga symetrycznej odpowiedzi: stworzenia alternatywnej wobec mainstreamu lewicy odwołującej się do zapomnianych fundamentów lewicowości” – pisze Tomasiewicz – „prymatu ekonomiki nad kulturą, pierwotności bazy wobec nadbudowy, powrotu do Marksowskiej tezy, że «byt kształtuje świadomość»”. Dalej pojawia się cytat z „alternatywnego lewicowca”, Roberta Lindseya, głoszący, że „My będziemy lewicowi w sprawach ekonomicznych […], lecz raczej centrowi w sferze kultury”. Tomasiewicz przytacza później kolejne, ogólnikowe punkty z manifestów alternatywnej lewicy. Wyłania się z nich obraz socjaldemokratycznego ruchu, zdystansowanego wobec rzekomych ekscesów obyczajowej lewicy, materialistycznego w starym dobrym stylu, aczkolwiek „niewielkiego i do tego zróżnicowanego” – który, choć nie powinien być naśladowany w ciemno (mamy jako Polacy swój zdrowy rozsądek), to jednak zasługuje na zainteresowanie i zaciśnięte kciuki.

Rasowy realizm

Co tu nie gra? Więcej, niż można by się spodziewać. Autor odwołuje się do dwóch źródeł i kliknięcie na którekolwiek z nich od razu ujawnia niepokojące treści. Strona Altleft.com już w podtytule informuje, że znaleźliśmy się na stronie „lewego skrzydła AltRight”. Nic dziwnegi zatem, że wystarczy moment, by w przydługich notkach odnaleźć prawdziwe perełki. W tekście cytowanym przez samego Tomasiewicza znaleźć można taki fragment: „choć nie zgadzam się z nim w kilku ideologicznych punktach… Tak się składa, że popieram Richarda Spencera i wielokrotnie broniłem go, kiedy pewne przewrażliwione (i często świętoszkowate) frakcje czy niektóre prominentne osoby AltRight bezskutecznie starały się poświęcić go dla poprawy wizerunku”. W innym tekście posługujący się pseudonimem „Rabbit” autor, w odpowiedzi na apel, by jako rasista „zwolnił” markę alternatywnej lewicy, podkreśla: „W AltLeft zawsze chodziło o rasowy realizm i realizm genderowy. To całe jebane sedno!”. Czym jest zaś ten rasowy realizm? To stara, przerażająca i sprzeczna z nauką wiara w biologiczne różnice pomiędzy „rasami” ludzi, np. w zakresie IQ, które miałyby być na tyle doniosłe, by nabierać społecznego czy politycznego znaczenia. Strona otwarcie promuje biały nacjonalizm i jest przy tym całkiem szczera, co dobitnie pokazuje tytuł jednej z notek, brzmiący: „Nierealność «nierasistowskiego» rasowego realizmu”. Tekst punktuje hipokryzję rzekomo nierasistowskich rasowych realistów i zadaje retoryczne pytanie: „W gruncie rzeczy, co jest niewłaściwego w nienawiści?”.

Co zaś z drugim autorem manifestów alternatywnej lewicy polecanej przez Tomasiewicza? Robert Lindsey to płodny bloger, który określa się mianem „liberalnego rasowego realisty” (takie miano nosił jego poprzedni projekt ideologiczny), odrzuca polityczną poprawność i „kulturowy marksizm”, proponując w zamian „pozytywną białą tożsamość” oraz maskulinizm (walczący z „genderowym” i „radykalnym” feminizmem). I znowu – nie są to informacje trudne do zauważenia, bo choć w cytowanym przez Tomasiewicza manifeście Lindsey odrzuca „rasistowski faszyzm”, tekst ten rozpoczyna od ataku na ruch Black Lives Matter i kpin z osób przejmujących się „uprzywilejowaniem białych” czy ludzi z „obsesją na temat strukturalnego rasizmu”. Aby przynależeć do AltLeft, należy według Lindseya akceptować „rasowy realizm”, stanowiący główny z trzech filarów jego ideologii – pozostałe dwa to lewicowe poglądy na gospodarkę, którym poświęca się zresztą najmniej miejsca, oraz szczególna forma obyczajowego libertynizmu sprowadzająca się do formalnego poparcia dla podstawowych praw mniejszości i zapiekłej nienawiści wobec ruchów walczących o te prawa. Lindsay wydaje się mniej bezpośrednio nienawistny – i bardziej zdziwaczały – niż Rabbit, ale jego publicystyka obejmuje długie wywody na temat obrzydliwości gejowskich praktyk seksualnych, rzekomych przyczyn, dla których kobiety nie mogą przewodzić w zachodniej cywilizacji czy narzekanie na agresywnych i nieznośnych „żydowskich Żydów”, którzy sami odpowiadają za antysemityzm.

Jeżeli chodzi o Alt Left, to by było na tyle. Tomasiewicz powołuje się na Lindseya oraz autora bloga o „lewym skrzydle AltRight”, ponieważ nie ma żadnej innej „alternatywnej lewicy”. Pojęcie pojawia się jeszcze okazjonalnie jako chwyt retoryczny w publicystyce, przede wszystkim jako obelga. Całe nowe, godne uwagi i tekstu środowisko to zatem wąska grupa czytelników dwóch marginalnych blogów, które próbują wzbogacać regularny biały nacjonalizm AltRight o niechęć wobec neoliberalizmu oraz antyfeministyczny libertarianizm (to ostatnie jest akurat częstym elementem tego odrzucającego tradycyjny konserwatyzm ruchu).

Lewica księdza Jana

Nie ma po co się zagłębiać ani w szczegółowe powody, dla których lewicowy portal opublikował zmyśloną laurkę dla rasistowskiego marginesu, ani w kronikę reakcji „Nowego Obywatela” na zastrzeżenia czytelników. Dość powiedzieć, że trudno uwierzyć w szczerość autora, który miał przecież przed oczami cytowane teksty. Nie sądzę natomiast, by o świadomą tolerancję wobec „rasowego realizmu” można było oskarżać redaktora naczelnego pisma czy wyrażających entuzjazm czytelników.

Sprawa sięga według mnie głębiej i dotyczy regularnie buzującej wśród niektórych polskich intelektualistów niechęci do „lewicy obyczajowej”. Często chodzi nie tyle o same jej postulaty, ile o ich rzekomą nieprzystawalność do oczekiwań konserwatywnego ludu, ludu, o który przecież miało w tej całej lewicy chodzić. Zarzuty te są często po prostu niesprawiedliwe – gdy Manifa przechodziła pod hasłami radykalnie równościowymi także w sferze ekonomicznej, nie zapobiegło to powielaniu powtarzanych od lat kłamstw o koncentracji całego ruchu feministycznego wyłącznie na rzekomej „obyczajówce”. Do tego często oparte na fantazjach – Maciej Gdula na łamach „Krytyki Politycznej” celnie rozmontowywał wyobrażenia o konserwatyzmie ludu, podzielane tak przez elitarystycznych liberałów, jak i pewien nurt antyelitarystycznej lewicy.  Zarzut o opuszczenie przez lewicę robotników na rzecz różnych mniejszości wydaje się szczególnie nieuczciwy, gdy zwróci się uwagę na rozwój w ostatnich latach lewicowych ruchów i postaci (jak Razem w Polsce czy Bernie Sanders w USA), w pełni i harmonijnie integrujących „kwestie obyczajowe” z „gospodarczymi”.

Gdula: Kto nas straszy czarnym ludem?

Spektakularna klęska w postaci pozytywnej recepcji tekstu o „alternatywnej lewicy” wyciąga na światło dzienne jeszcze jeden problem. Tekst opublikowany w „Nowym Obywatelu” to współczesny odpowiednik średniowiecznej legendy o państwie księdza Jana, chrześcijańskiej enklawie, która miała utrzymywać się gdzieś w dalekim Oriencie.

Refleksyjne anegdotki intelektualistów, skądinąd tak różnych jak Remigiusz Okraska, Szczepan Twardoch czy David Wildstein, o starym dobrym ludzie, którego nie obchodzą nowomodne dziwactwa, z każdym rokiem oddalają się od rzeczywistości. I choć tekst Tomasiewicza, w którym w rolę księdza Jana wcielił się towarzysz Richarda Spencera, wyróżnia się jako apologia treści szczególnie nieprzyjemnych i w Polsce nieakceptowanych (chyba nawet ONR nie przyznaje się otwarcie do biologicznego rasizmu), to wystarczy poskrobać po powierzchni prawie każdego manifestu „centrowej obyczajowo” troski o zwykły ludu, by dojrzeć zwyczajną nienawiść i obrzydzenie do wybranych grup dyskryminowanych – czasem świadome, częściej pewnie nie. W tej sytuacji zakładanie maski ludowej naiwności wydaje się – w najlepszym razie – coraz bardziej niepoważne, w najgorszym razie jest zaś nieszczerą nikczemnością, której nie pochwaliłby nawet wzywający przecież do otwartego prezentowania swoich poglądów Rabbit z AltLeft.com.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"ponieważ nie ma żadnej innej „alternatywnej lewicy”"

Ależ oczywiście że istnieje cała masa innej 'alternatywnej lewicy', tyle że niekoniecznie uzywa ona etykietki 'alt left'. W ogóle w świecie anglojęzycznym widać zalążki politycznej rewolucji spowodowanej przez internet i osłabienie tradycyjnych mediów. Potężną rolę odgrywa w tym domorosła publicystyka na youtube. Jeżeli chodzi o nie rasistowski samoidentyfikujący się alt-left, to można wymienić te dwa adresy:

Samizdat:
https://youtu.be/5VUq_Fs_JR4

także jako blog, Samizdat Chronicles

oraz Prince of Queens

https://youtu.be/vipvBaikVw4

Ponadto spora część środowiska ateistyczno-sceptycznego od pewnego czasu zwalcza politykę tożsamościową i radykalny feminizm, np. bardzo popularny youtuber the Amazing Atheist (jednocześnie wyborca Sandersa). Z ciekawszych publicystów youtubowych można też wymienić Sargona of Akkad (on czasami mówi o sobie 'lewicowiec', choć wg polskich kryteriów jest raczej klasycznym liberałem.

Dla polskich czytelników to wzmożenie przeciw 'politycznej poprawności' (inne określenia to 'identity politics', 'regressive left' 'SJW') może być nie całkiem zrozumiałe, ponieważ nie zdajemy sobie sprawy w jakim stopniu elementy radykalnej teorii feministycznej i teorii postkolonialnej (generalnie w formie takiej postmodernistycznej mieszanki zwanej intersekcjonalnym feminizmem) przeniknęły do mainstreamu anglojęzycznej popkultury. W wyniku procesu znanego jako Gamergate przeciętny nastolatek grający w gry komputrowe zna pojęcia typu 'patriarchat', 'mansplaining', 'male gaze' - najczęściej zresztą jest do nich i stojącej za nimi ideologii radykalnego feminizmu nastawiony mocno negatywnie.

Przy okazji nie bardzo też rozumiem, dlaczego autor używa cudzysłowu przy określeniu 'radykalny' - radykalny feminizm to neutralna utrwalona w literaturze akademickiej nazwa pewnego nurtu w myśli feministycznej, którego znakiem rozpoznawczym jest generalnie odwoływanie się do pojęcia patriarchatu i konieczności jego 'obalenia'.

Wreszcie co do harmonijności w programie Razem - jak na razie w partii tej widać pewien zwrot w kierunku polityki tożsamościowej, co w polskich warunkach oznacza przede wszystkim feminizm. Zwrot ten dokonuje się pod wrażeniem sukcesów Czarnego Protestu. Problem polega jednak na tym, że istnieje jednak pewien dystans pomiędzy hasłem 'rząd ręce precz od mojej macicy', które jest w sumie całkiem indywidualistyczne i nie tak znowu dalekie od hasła 'rząd ręce precz od mojego portfela', a poparciem dla wysokich progresywnych podatków czy kolektywistycznego feminizmu w rodzaju Belle Hooks. Więc jak z tą harmonijnością będzie to się jeszcze przekonamy.

Sargon of Akkad jako lewicowiec czy klasyczny liberał czy jutuber godny polecenia? No nie wiem, załączone wideo (i inne tam) było dla mnie dosyć przekonujące w nabraniu do niego bardzo dużego dystansu: https://www.youtube.com/watch?v=rc24YtUslCU

Ciekawe, ciekawe. Duża wiedza.

Feminizm z natury lewicowy? Proszę autora, by zapoznał się z artykułem amerykańskiej feministki Nancy Fraser pt "Feminizm w służbie kapitalizmu" (http://lewica.pl/index.php?id=29005). A z polskiego podwórka oto fragment wypowiedzi Kazimiery Szczuki dla Wysokich Obcasów o Manifie 2011, której motywem przewodnim był wyzysk ekonomiczny: "Kolejna manifa została poświęcona prawom pracownic najgorzej zarabiających. Wyszła taka siermięga starolewicowa, dla wielu osób zniechęcająca. Dla mnie nużąca."
Szczerość intencji lewicowych widać najlepiej w tym, co dana osoba/grupa z programu lewicowego odkłada zawsze "na później", czyli mając do wyboru częściową realizację swoich celów zamiast zachowywać równowagę przedkłada sprawy "cywilizacyjno-światopoglądowo-obyczajowe" (innymi słowy "wolność") nad socjalne. Ja nie będę wskazywał paluchem, kto tak robi, niech każdy w swoim sumieniu zastanowi się, czy nie jest łże-lewicą.

Przy innej okazji przywołałem artykuł w Dzienniku autorstwa Andrzeja Smosarskiego z przed ok.10 lat o Krytyce Politycznej. Jest gotowa poprzeć lud, jak ten się "ucywilizuje", przyjmie jej standardy. Nie taka była postawa Judyma czy Siłaczki, działali na rzecz ludu bez warunków wstępnych. I to jest właśnie postawa lewicowa.

Ale żenada. Coś jak u nas pis - rasistowscy socjaliści. Dla wielu facetów przezwyciężenie rasizmu i seksizmu, jest bolesne, przykre, uciążliwe, i stąd ten bełkot o 'politycznej poprawności'.

Ale czym jest rasizm? Dlaczego pisanie prawdy potwierdzonej badaniami o niższym IQ rasy czarnej ma być rasizmem? I nie jest to tylko ciekawostka naukowa a coś co każdy może zobaczyć empirycznie. Wystarczy porównać startujące z takiej samej biedy Korea Południową i państwa w Afryce. Pamietając o tym że Korea ma gorszy klimat i brak wielkich bogactw mineralnych wielu państw Afryki. To samo widzimy w przypadku Australii i Nowej Zelandii. W Australii Aborygeni nie potrafią się dostosować do społeczeństwa bo mają IQ około 60 (granica niedorozwoju w Polsce) natomiast w Nowej Zelandii Maorysi (Polinezyjczycy) mający IQ nieco ponad 90 radzą sobie świetnie. Rasa nie determinuje sukcesu jednostki ale pokazuje jak rozwinie się dana społeczność

to już wiemy czemu polska jest i zawsze była (i będzie) niżej w rozwoju niż niemcy. dobrze że nami, podludźmi słowiańskimi o niższym iq i niższym stopniu rozwoju pomiatają. niech nas angela wchłonie i będzie spokój.

przypominam - takie opinie o polsce, czechach słowacji, nie były uznawane za niepoprawne politycznie w angli i francji wśród polityków jeszcze przed 1 wojną światową. każdy kij ma 2 końce. ciekawe jaki ty masz dorobek oprócz trolowania na takich stronach einsteinie MM.

a 2, anglikow nie rozliczamy z rabunkowej polityki latami w afryce. ciekawe. to jakby w polsce usankcjonować zabory. przeca drogi budowali. nie?

To, co piszesz jest totalną bzdurą. "Empirycznie" jeszcze sto lat temu każdy widział, że Japonia to kraj leniwych półgłówków, który nigdy do niczego nie dojdzie.

Japonia kiedy tylko otwarła się na świat wskoczyła na ścieżkę szybkiego wzrostu, właśnie dzięki inteligencji wyższej niż u rasy białej. Więc przykład całkowicie nie udany. Sto lat temu to już była lokalna potęga która upokorzyła Rosję i pomogła w stłumieniu powstania Bokserów w Chinach nam białym Można oczywiście zapytać dlaczego sami nie odkryli tego co my, ale wynika to moim zdaniem z izolacji, która nie służy rozwojowi nawet wśród inteligentnych ras.

Nacjonalizmsmierdzi

Idź pan stąd.

Zasadniczo nie lubię tekstów o alt-lefcie, ponieważ coś takiego jak "alt-left" w przeciwieństwie do swojego (rzekomego) prawicowego odbicia nie jest w ogóle ukonstytuowane, zamknięte w jakieś ramy. Zamiast tego, od kilku tygodni w lewicowych mediach odbywa się zbiorcze atakowanie chochoła, które jednak doskonale udowadnia, że "alt-leftowcy" - kimkolwiek są - mogą mieć zasadne postulaty. Najłatwiej upleść tego chochoła z kombinacji kilku stałych elementów przewijających się w krytyce tego niezdefiniowanego jeszcze (i przede wszystkim nieusobionego, bo wówczas można byłoby przynajmniej smażyć smakowite ad personam) prądu na lewicy.

Chodzi mi o rasizm i mizoginię - dwa słowa-klucze, którym nowoczesna lewica tożsamościowa XXI wieku zbywa i w praktyce knebluje każdą krytykę względem samej siebie. Zatem niewiele jest świeżej intelektualnie krytyki, która dostrzega daleko posunięte problemy w zjawiskach tzw. social justice warriors (SJW) i feminizmu trzeciej fali. Oba nader często stają się karykaturą tego, z czym do tej pory walczyły, czyli sprzyjają manipulacji i cenzurze, a w osobach niektórych działaczek feministycznych ocierają się nawet o otwartą mizoandrię. Gdzie równość? Gdzie racjonalizm i logika? Ideowe zacietrzewienie SJW już dawno doścignęło dokładnie to samo zjawisko, z czym osoby o poglądach lewicowych czy liberalnych walczyła od dekad. Nie jestem symetrystą i nie mam zamiaru stawiać znaku równości między SJW + agresywnym feminizmem trzeciej fali i protofaszystowską nietolerancją alt-rightu - papugując za Żiżkiem, farsowym bękartem przedwojennego faszyzmu. Zalecałbym jednak naszej, polskiej lewicy więcej dystansu do samej siebie. A przede wszystkim niedopuszczenie do sytuacji znanej ze środowisk akademickich z USA lub niektórych zakątków zachodniej Europy, gdzie kult poprawności politycznej po pierwsze urósł do rozmarów absurdu, a po drugie z siły przeciwdziałającej opresji sam stał się opresyjny, kneblujący, urągający ludzkiej inteligencji i racjonalizmowi.

Na marginesie, jeżeli alt-leftem są ludzie pokroju Remigiusza Okraski albo Krzysztofa Wołodźki, którzy z dużą rezerwą odnoszą się do polityki czysto tożsamościowej, to jestem alt-leftowcem. Raczej wątpię, żeby byli rasistami, mizoginami albo czymkolwiek, z czym próbuje się to efemeryczne zjawisko (choćby w tym tekście) utożsamić.

taki strasseryzm na nowe czasy...

Nie wiem skąd ta panika, że potrzeba jakiegoś zwrotu, że skoro jest alt-right, to musi być alt-left, bo amerykańska klasa robotnicza odwróciła się plecami od demokratów, że to wszystko wina ekscesów politycznej poprawności, polityki tożsamościowej i Bóg wie czego jeszcze. A pieniądze braci Koch? A October surprise w wykonaniu pana szefa FBI? A wsparcie Petera Thiela, twórcy Palantira? A wizyta Faraga u Assanga? Jedna część establishmentu (American Security Council) wypchnęła drugą (Council on Foreign Relations) i tyle. I oczywiście, że to jest bardziej skomplikowane, ale polityka to także pieniądze i intrygi i może w mniejszym stopniu wielkie starcie idei.

Nie jestem ani zwolennikiem alt-right, ani alt-left (jeśli w ogóle istnieje), ale i tak wydaje mi się charakterystyczne, że pisząc o tym pierwszym ruchu, autor rozprawia dużo o Spencerze a nie wspomina o znacznie popularniejszej postaci. Jest nią Milo Yiannopoulos.
Walczący z polityczną poprawnością i SJW, brytyjski gej, którego tożsamość seksualna, co trzeba dodać, bynajmniej nie jest jakąś nobliwie skrywaną tajemnicą. Przeciwnie, Milo to, jakby powiedziała polska prawica, "obnoszący się homoseksualista", spełniający swoją ekspresją, wyglądem i bezczelnością w żartowaniu na temat seksu najgorsze homofobiczne sny. I to właśnie on stał się największym idolem młodych, prawicowych Amerykanów, którzy jak się powszechnie twierdzi, wybrali Trumpa, ponieważ są ohydnymi zakapiorami, "nienawidzącymi inności" i chcącymi powrotu do lat 50.
Jedną z rzeczy, które krytykuje jest fakt, iż słowa takie, jak rasizm, mizoginia, homofobia powoli odklejają się od swych właściwych znaczeń i służą pałowaniu każdego odmiennego poglądu. Jednocześnie tracąc swą moc tam, gdzie ich użycie jest w pełni zasadne. Kontrowersje wokół Black Lives Matter są tu wspaniałym przykładem. Otóż jest to organizacja, która po pierwsze od czasu do czasu usprawiedliwia przemoc a po drugie lansuje tezę, iż cała amerykańska (i brytyjska, bo BLM ma też swych aktywistów w Wlk. Brytanii) policja przesiąknięta jest nienawiścią do czarnoskórej ludności. A incydenty rasistowskie nie są godnymi potępienia incydentami, lecz niemal raison d'être tamtejszych sił porządku. Są to poglądy skrajne, stygmatyzujące dużą część ludzi, jakby nie było, ryzykujących życiem dla bezpieczeństwa obywateli. Jednak jakakolwiek ich krytyka natychmiastowo ostemplowana zostaje jako "rasizm".
Homoseksualizm Milo traktowany jest przez jego lewicowych wrogów jako fakt przygodny albo wręcz jako niezrozumiały znak niewdzięczności przedstawiciela mniejszości, która wiele lewicy zawdzięcza. To bardzo wygodna wersja, lecz niestety fałszywa. Moim zdaniem, postać ta to symptom szerszego zjawiska - znacznie poważniejszej klęski lewicy, niż tej wynikającej z odejścia od niej klasy robotniczej. Klęska ta polega na jej rosnącej nieautentyczności, odczuwanej w rosnącej liczbie środowisk. Nie jest przypadkiem, że kariera Yiannopoulusa zaczęła się niedługo po ataku w Orlando, kiedy traktowana niemal religijnie polityczna poprawność zabraniała jakichkolwiek refleksji na temat związków zdarzenia z islamem. A zaatakowane w nim mniejszości seksualne, znalazły się w sytuacji, w której rytualny lament nad ewentualnymi "fałszywymi skojarzeniami", prowadzącymi do "islamofobii" stał się istotniejszy, niż rany zadane własnej społeczności. Choć wiadomo, że gdyby sprawca był chrześcijaninem, czy nawet mormonem, debata publiczna na ten temat wyglądałaby inaczej.
Społeczeństwo, w którym "tym złym" jest heteroseksualny, biały mężczyzna a emancypacja polega na wyzwoleniu innych grup z jego opresji - jeśli kiedyś istniało - dawno już uległo szeregowi innych, istotniejszych podziałów. Między grupami mniejszościowymi a nawet wewnątrz tych grup.
Niestety na lewicy, po heglowsku "jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów". Fanatyzm SJW, wcale nie jest "poprawnością, która zaszła za daleko", tylko paroksyzmem modelu opisu świata, który im bardziej przestaje przystawać do rzeczywistości, tym bardziej staje się dogmatyczny. I to w tym opisie a nie w samym fakcie zajmowania się tematyką "obyczajową" leży źródło kłopotu.
Robotnicy nie zostali odrzuceni przez lewicę z powodu nagłej decyzji, iż fajniejsi są imigranci i transseksualiści, jak się może wydaje Twardochowi. Nawet nie dlatego, że panujące w ich klasie społecznej poglądy czyniły ich częścią tego, co lewica diagnozowała jako problem. Właśnie w państwach anglosaskich widać wyraźnie, że to oni, bardziej, niż inne grupy, stali się przedmiotem opisu, który po prostu przeczy rzeczywistości. Choćby fakt ich poparcia dla Trumpa nieustannie tłumaczony jest jako "strach białych mężczyzn, którzy boją się o utratę władzy", podczas gdy ich najbardziej namacalnym problemem jest brak tego, co w dzisiejszej Ameryce daje władzę i status, czyli dobrej pracy. To, że posiadają fantazmatyczną "władzę" w jej definicji rodem z Foucaulta czy Bourdieu raczej nieszczególnie ich pociesza, bo o tym nawet nie wiedzą. Próba leczenia lewicy przez ponowne przytulenie ich do serca i wyrzucenie z objęć innych grup, niestety w ogóle nie rozwiązuje sprawy, ponieważ to właśnie polityka przytulania pewnych grup kosztem przyzwolenia na bezpardonowe walenie w inne (uznane aktualnie za "dominujące") jest sednem problemu.

Gościu, odkleiłeś się od rzeczywistości. Milo już dawno został zdyskredytowany przez Bataliony Reagana za pochwałę pedofilii.

Może nie napisałem tego wystarczająco wyraźnie, ale uważam, że Milo jest ciekawy nie jako on sam, tylko jako SYMPTOM. Nie jako postać, tylko jako zjawisko. Żaden to wielki myśliciel czy zdolny polityk. Jedynie prowokator, który jak słusznie przypominasz, ostatnio zjadł swój własny ogon. Ale to nie on jest interesujący, tylko sytuacja, którą wykorzystał do zaistnienia. Sytuacja, w której wystarczy z odrobiną charyzmy przypomnieć, że "król jest nagi".

Ech, no i właśnie - autor zamiast przyjrzeć się intencji i odpowiedzieć na próbę rozpoczęcia dyskusji próbuje uciąć ją waląc w Tomasiewicza młotem rasizmu i mizoginii, grzebią w życiorysach autorów, z których zaczerpnął, wykazał, że są zwykłymi faszystami i w ogóle nie powinno się ich czytać. Tak się rozbija każda próba naruszenia komfortowego dla działaczy i intelektualistów lewicowych status quo, które zakłada betonowe osadzenie się na istniejących pozycjach, bez możliwości przesunięcia o milimetr, czy choćby otwarcia na jakieś nowe elementy. Tymczasem lewicy w Polsce nie ma, bo jeśli pan Smoleń pisze o "rosnących ruchach" i jednocześnie pisze o Razem, które ma od biedy 2% w sondażach (podczas gdy SLD, które już dawno miało być trupem od miesięcy wystaje powyżej próg) to chyba żyjemy w jakichś różnych Polskach. Tomasiewicz zapytał wszystkich co można zrobić z lewicą, by ta była wiarygodna dla swoich wyborców i jednocześnie przytacza sedno recepty tzw. alt-leftu: "Prawa gejów – tak! Gejowska polityka – nie! Wsparcie i tolerancja dla biologicznych homoseksualistów, aby żyli wedle swego wyboru w wolności i szczęściu". Każdy, kto nie ma w sobie złej woli etykietowania jako faszysty wszystkich o innych poglądach zauważy, że nie ma tam nic konserwatywnego, jest przecież deklaracja wsparcia dla zrównania LGBT w prawach, ale jednocześnie wyraźne zaznaczenie, że akcenty polityczne winny być inaczej rozłożone. Pan Smoleń zresztą nie dość uważnie czytuje chyba Okraskę, skoro uważa, że ten sądzi, że lud jest konserwatywny. Nie sądzi, bo lud ten zna lepiej niż towarzystwo z KryPola, ResPubliki Nowej i rozmaitych innych zawodowych gadaczy lewicy i prawicy. Lud interesuje się sobą - swoimi problemami codziennymi. Większość ludu to heteroseksualiści, a połowa ludu to kobiety. To dlatego lud tak chętnie manifestował w obronie praw reprodukcyjnych czy kompromisu aborcyjnego (zgniłego czy nie), ale już mniej chętnie w obronie gejów. Ostatecznie więc dlatego istotą trafienia lewicy do jej własnego elektoratu jest skupienie się na problemach, które dotyczą większości tego elektoratu, a nie jego mniejszości, choć z każdym rokiem wyborców ubywa, więc niedługo geje i ekolodzy staną się pewnie fundamentem lewicy, bo nikt inny przy niej już nie pozostanie.

Okraska pasuje jak ulał do tej całej alt-lewicy, ten człowiek jest tak wkurwiony, natchniony, że Sprawa, o którą walczy już go dawno pożarła.

To jest obsesjonista i szaleniec a nie żaden działacz społeczny.

Pan Tomasiewicz to znany "ekspert" neoliberalnego Instytutu Sobieskiego, gdzie jego prezesem był Szałamacha z PiS. Ten pan Tomasiewicz próbował lansować się jako aktywista "anarchistyczny" czy później - "narodowo-lewicowy". Jarosław Tomasiewicz był (albo nadal jest) ekspertem ds. problemów bezpieczeństwa i terroryzmu Instytutu Sobieskiego oraz członkiem Rady Programowej Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas w Warszawie.

Instytut Sobieskiego

Pan Tomasiewicz od więcej niż 5 lat nie jest związany z Instytutem Sobieskiego. Proszę uaktualnić posiadane informacje, bo jest Pan w błędzie. Paweł Szałamacha nie jest i nigdy nie był członkiem partii Prawo i Sprawiedliwość, choć kandydował z ich list.

socjalszowinizm -> socjalfaszyzm -> socjalkorwinizm