Czytaj dalej

Szybowicz: Nowy rodzaj smutku

Bohaterowie „Gier losowych” są prowincjuszami pragnącymi publicznego prestiżu, którego nie zdobędą, jeśli nie przedzierzgną się w kogoś innego.

Podobno ciągła zmiana to podstawowa cecha obecnej fazy nowoczesności. Sęk w tym, żeby nad zmianą zapanować i nadać jej pożądany kierunek. Żaden z bohaterów Gier losowych Joanny Dziwak nie jest w stanie, a czasami już nawet nie chce tego zrobić. Ani przeciętna szansonistka Jo, w której bez ceregieli rozpoznajemy alter ego autorki, ani Arkadiusz Pszczoła, niedoceniony poeta z Bytomia. Ani nawet Janusz L.L. Czereśniewski, popularny pisarz. Tak, on, człowiek sukcesu, też nie jest w stanie kontrolować swojego życia. Ma sławę i pieniądze, ale obawia się ich odpływu. Fanki wydają mu się za stare, a wydawca akurat zamilkł. Czereśniewski też ma poczucie niespełnienia się wielkiej obietnicy losu: „Przecież cały świat ci mówi, że wszystko jest w zasięgu twojej ręki, możesz wszystko, a pieniądze leżą na ulicy, musisz tylko zgadnąć, na której. Już dziś zupełnie zmień swoje życie. Zrób porządek w szafie. Po drodze na fitness spotkaj miłość swojego życia”.

Ten „cały świat” to popkultura: telewizja, internet, reklama, piosenka, kino, bestsellerowa literatura. Popowe są psychologia, polityka i religia. I wszystko to w ten sam sposób kształtuje język i wyobraźnię, wszystko obiecuje i mówi to samo – zmień się, by zdobyć uznanie. Towarzyski i finansowy sukces już na ciebie czeka. Wszystko jednakowo frustruje, gdy nie udaje się spełnić tego podstawowego kulturowego nakazu.

I wszystko odmawia nieudacznikom prawa do frustracji – przegrany ma cenić drobne przyjemności i wartości duchowe, lekceważyć swoją porażkę (zwłaszcza jej aspekt finansowy) i żyć w harmonii.

A kiedy w społeczeństwie szerzy się epidemia nowego rodzaju smutku, obsługujący tę kulturę publicyści zastanawiają się, czy nadchodzi fala samobójstw i czy nie byłby to jakiś sposób na spadek liczby bezrobotnych absolwentów.

Bohaterowie Dziwak są prowincjuszami pragnącymi publicznego prestiżu, którego nie zdobędą, jeśli nie przedzierzgną się w kogoś innego. Uzależnieni od internetu, który jednocześnie ich wytwarza, spędzają życie, czekając na komentarze i lajki potwierdzające ich pozycję czy wręcz istnienie. Przeciętniacy przekonani o własnej wyjątkowości. Szarzy indywidualiści, którzy łakną społeczn(ościow)ej akceptacji. Marzą, by być Ettą James, Paulem Cohelo, Adamem Zagajewskim. By nie być sobą. I przegrają, nawet jeśli coś osiągną, bo nie pozbędą się lęku. Pozostaje im dużo pogardy dla pewnych siebie kretynów, którymi są otoczeni. Jo ma przyjaciółkę, ale nie może to być nikt inny, tylko Druga Jo. Tożsamość bohaterek sprawia, że niewiele mają sobie do powiedzenia. Jo przychodzi do baru, w którym Druga Jo jest barmanką, wymieniają dosadne uwagi o facetach, a potem milczą po dwóch stronach baru. Jo pije kolejne drinki, które Druga Jo przyrządza. Mimo woli słuchają paplania siedzących obok nastolatek, Jo przewraca oczami. I już, cała przyjaźń – szczątkowa i absolutna.

Jo jest najbardziej rozbudowaną, najmniej karykaturalną bohaterką Gier losowych. Najłatwiej się z nią utożsamić. Ugrzęzła w chwilowości, jak Arkadiusz Pszczoła ugrzązł w niezmienności. Ciągle wyjeżdża, próbuje rozpocząć nowe życie, jak on postanawia zostać i czekać na odmianę losu. W odróżnieniu od blogowo-fejsbukowych celebrytów i hipsterów, zadowalających się środowiskową licytacją na trendy, Jo marzy się staroświecko rozumiana kariera klubowej wykonawczyni depresyjnych piosenek o miłości. Nie jest już najmłodsza. Większość jej znajomych zajęła się rozmnażaniem siebie i pieniędzy. Straciła wiele koleżanek, bo cały swój czas i wysiłek poświęciły byciu w związku. Ona sama ma długi i jest singielką. Dżin z tonikiem pozwala jej przetrwać wieczór. Najchętniej miewa romanse z mężczyznami, którzy niezbyt ją interesują. Chodzi jej o seks i rozproszenie nudy, a także niejasną bliskość, która powstaje między słabo znanymi sobie kochankami. W związku z tym preferuje mężczyzn prostych i małomównych. Jej nabyta bezwzględność oraz brak cierpliwości do siebie i ludzi łączą się z nadwrażliwością.

Kiedy konserwatysta, z którym Jo sypia, po dwóch tygodniach pięknego romansu prosi, by zrobiła mu pranie, ta tylko się wścieka. Rozumie, że to nic osobistego – zadziałał tu patriarchalny mechanizm następstwa ról: „dość tego romantyzmu, wracaj do prac domowych”. Kochanek nie chciał jej upokorzyć. Zupełnie inaczej jest z Osobą, Której Nie Chciałaby Spotkać która pozornie przyjaźnie pyta Jo, jak sobie radzi, zawierając w tym pytaniu obojętną wyższość („litość i wyjebanie”). Nawet jeśli Jo odpowie szczerze: „radzę sobie chujowo, a rzeczywistość tnie serce moje na wskroś”, nikt nic na to nie poradzi. Może najwyżej usłyszeć popkulturowe pocieszenie o szczęściu przychodzącym niespodziewanie jak burza w maju. Odpowiada zatem wymijająco, że jakoś sobie radzi. Robi się coraz bardziej niezręcznie, Osoba wymawia się brakiem czasu i odchodzi. Jo „czeka aż Osoba zniknie za najbliższym zakrętem & dopiero wtedy płacze, jak głupia cipa, na jebanej ulicy”.

Ta scena i jej kształt językowy to dobry przykład metody pisarskiej Joanny Dziwak. Pomieszanie stylów – wulgarnego, archaicznie wzniosłego i tandetnie metaforycznego. Świat przedstawiany przez pryzmat emocji bohaterki. Przygodne, błahe, ale dotkliwe relacje. Smutek i sarkazm.

Bezwład wątłej i nieciekawej fabuły, czyli egzystencji, z której nie ma wyjścia.

No właśnie, czy na pewno nie ma wyjścia? W pewnym momencie Jo na branżowej imprezie spotyka wpływowego człowieka, będącego wielbicielem jej talentu. Jo w tym rozdziale jest pracownicą biurową, bo musi mieć pieniądze na kolorowe drinki, które pomagają jej zapomnieć o byciu pracownicą biurową. Jak zwykle tkwi w błędnym kole niezaspokojonych aspiracji. Pisze też piosenki, których nikt nie chce słuchać. Żyje w czasie odwróconym przez wzorce uznania – czas pracy biurowej sarkastycznie nazywa wolnym. Nie na tym poślednim zajęciu bowiem buduje swoją tożsamość. Właśnie zostawił ją kochanek, z którym przyszła na imprezę, i Jo musi szukać pocieszenia w drinkach i ramionach homoseksualistów. Jest zbyt zajęta mizerią swego losu, by rozpoznać szansę odmiany. A kiedy wreszcie ją dostrzega, znów reaguje ucieczką. Zamawia drinka Witaj, Smutku, a potem wraca do Las Vegas, z którego chciała się wyrwać, a które teraz nazywa domem.

Tak, w smutku niespełnionych nadziei można się zadomowić. Kolejne rozdziały Gier losowych, które ukazywały się na internetowej stronie Korporacji Ha!art jako względnie samodzielne obrazki, krótkie prozy, fabularne felietony, słabo łączą się w całość. Można odnieść wrażenie, że ich szereg nie będzie miał końca. Narracja klei się i natychmiast rozsypuje, plącze i powtarza. Mieszają się bohaterowie i miejsca. Jo, jako główna bohaterka, spójna, zawsze ta sama, charakteryzowana jest jednak przez zmienne, nieciągłe, umowne okoliczności, ma dwie różne biografie – amerykańską i polską. Czytelnik, który zaakceptuje to programowe niedookreślenie, przez całą książkę będzie zręcznie balansował na granicy, „gdzie – mówiąc cytatem z Gier losowych – kończy się ironia i nic się nie zaczyna”. Lekko przejdzie przez fantazje i szyderstwa Jo. Przez uwagę o spinkach do mankietów Czereśniewskiego, z których każda kosztuje tyle, ile wynoszą średnie miesięczne zarobki jego statystycznej czytelniczki. Nawet przez zbyt liczne i łatwe żarciki z hipsterów i celebrytów.

Dziwak reprezentuje dobrze już ugruntowaną konwencję niszowej literackiej ironii. Cechą rozpoznawczą tego nurtu są kreślone z dystansem postacie uosabiające lewicowy lans (tu: fejsbukowi rewolucjoniści w drogich trampkach, którzy za kieszonkowe od bogatych rodziców jadą okupować Wall Street). Fakt, że akurat Gry losowe są stosunkowo porządne, wyposażone w konkretne społeczne kotwiczki. Nie wesołkowate i mizoginiczne jak na przykład proza Darka Foksa i innych postmodernistów. Nie bełkotliwe jak przeważnie książki Sławomira Shutego. Zbliżone tonem do również w miarę uczciwego NN Jerzego Franczaka. Miejscami przypominają późną Masłowską, ale wypadają znacznie mniej niefrasobliwie.

Mikrosytuacje i mikrogry tekstowe Joanny Dziwak bawią albo nie, całość tyleż angażuje, co nuży (angażuje w znużenie). Na zwichrowaną satysfakcję czytelniczą składa się również uczestnictwo w bardzo wąskiej wspólnocie interpretacyjnej – odcinkowa publikacja elektroniczna była (dość złudnym, ale zawsze) zabiegiem na rzecz rozpowszechnienia, książkę zaś przyjmie garstka dość odpornych na odwlekanie sensu odbiorców. Dobrze jest mieć tego świadomość. Krytyk literacki z kolei powinien zdawać sobie sprawę, że jego rola wydaje się w tym przypadku wyjątkowo zdradliwa. Mógłby zanadto upoić się swoją biegłością w odczytywaniu piętrowej ironii albo wręcz przeciwnie – zadowolić się podważeniem takiej strategii pisarskiej. Wobec ograniczonego obiegu książki pozostaje mu tylko – z nowym rodzajem smutku – zapytać: no dobrze, nawet to udane, tylko dla kogo i po co?

Joanna Dziwak, „Gry losowe”, korporacja ha!art 2014

Bio

Eliza Szybowicz

| Krytyczka literacka
Polonistka, współautorka (z Przemysławem Czaplińskim, Maciejem Lecińskim i Błażejem Warkockim) Kalendarium życia literackiego 1976-2000. Publikuje teksty o książkach i filmach na łamach internetowych i papierowych, m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Dwutygodniku” i „Czasie Kultury”. Prowadzi blog poświęcony peerelowskiej powieści dla dziewcząt: nietylkomusierowicz.wordpress.com. Interesuje się współczesnymi przedstawieniami i zastosowaniami PRL-u.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.