Kraj

Walka i nadzieja, czyli co po 40 dniach w Sejmie

Protest opiekunów osób z niepełnosprawnością przed Sejmem, 27 kwietnia 2018. Fot. Jakub Szafrański

Nie wystarczy mieć rację, racja musi być poparta organizacją.

W jaki sposób opowiemy historię tych 40 dni? Co się tak naprawdę wydarzyło i co z tego zechcemy zapamiętać? Od tego, w jaki sposób opowiemy ten protest, zależy, czym dla nas się stanie i co zrobimy. Czy popadniemy w zniechęcenie, czy nabierzemy nadziei. „Z jakiegoś powodu opowieści o porażce i upadku mają władzę, jakiej te o nadziei nie mają” – pisze Rebecca Solnit w książce Hope in the Dark (Nadzieja w ciemnościach).

Po Dniu Supermatki: Tu chodzi o prawa, a nie o jałmużnę

Moja próba jest właśnie taka. Chciałabym, żeby tych kilka obserwacji pomogło tworzyć opowieść nadziei.

Skrzywdzeni 4.0

Polski rząd chciał budować gospodarkę 4.0, miały być samochody elektryczne i roboty od Tatr do morza – a tu proszę, wylazło na wierzch polskie średniowiecze. Oto jacyś ludzie wsadzają kule i laski w tryby „czwartej rewolucji przemysłowej” i krzyżują plan Morawieckiego. Zamiast na skok w wiek XX chcą pieniędzy na to, żeby oddalić się od XIX. Oddzieleni od reszty społeczeństwa kordonem ochronnym niedostosowanych szkół i niedostępnych budynków, skazani na samotność i lekarzy, którzy nie wiedzą, że osobie na wózku inaczej działają organy wewnętrzne, uwięzieni w określeniach „kaleki”, „inwalidzi”, „problem”. Oto ta „średniowieczna”, polska codzienność osób z niepełnosprawnościami.

Dlaczego ci wszyscy ludzie, którzy z taką empatią i zaangażowaniem zbierają co roku pieniądze do puszek z serduszkiem, nie pojawili się pod Sejmem? Dlaczego coś tak odległego jak Trybunał Konstytucyjny i tak abstrakcyjnego jak wolne sądy porwało tysiące ludzi, a konkretna ludzka krzywda porwała ich jednak dużo mniej? Sławomir Sierakowski odpowiada, że właśnie dlatego – bo to konkretna ludzka krzywda, a w Polsce skrzywdzonych jest (zbyt) wielu i każdy broni swojej krzywdy, a nie szuka solidarności z innymi. „Skrzywdzeni mają kamienne serca” – szukają najpierw zadośćuczynienia i zemsty dla siebie.

Paraliżujący wstyd

„Rachunki krzywd” to pewnie ważny element wyjaśnienia, czemu ten protest nie obudził powszechnego gniewu ani powszechnej solidarności. Ale ja bym dodała jeszcze dwa inne. Jeden z nich to wstyd. Zawstydzonym bowiem trudno czuć gniew, a tym bardziej w gniewie się zjednoczyć.

Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje ten wstyd. Wstydzić się musi Grzegorz Schetyna i cała Platforma Obywatelska – że ustawa o wyrównywaniu szans, napisana 10 lat temu, skończyła w rządowej szufladzie. „Daliśmy ją premierowi Donaldowi Tuskowi, ale napotkała sprzeciw w różnych resortach” – mówił „Gazecie Wyborczej” Piotr Pawłowski, twórca fundacji Integracja i programu „Polska bez barier”. Wstydzić się muszą również dziennikarze, że problemy 15-procentowej grupy obywatelek i obywateli oraz ich rodzin zajmowały media tylko okolicznościowo, przy okazji dni różnych chorób. Wstydzić się musimy właściwie my wszyscy – społeczni wrażliwcy walczący o różne sprawy, ale o tę akurat nie (z wyjątkami, wspaniałymi wyjątkami takimi jak dr Rafał Bakalarczyk). Może wstydzili się też sami rodzice osób z niepełnosprawnościami – bo przecież „trzeba nieść ten krzyż”, a zbyt głośno krzyczeć nie wypada.

Ten wstyd połączony ze straszakiem „upolitycznienia protestu” i szantażem, że ktoś mógłby go przejąć, zawłaszczyć – skutecznie zabił solidarność.

Niepełnosprawnym należy się więcej – i równiej

Sami. Razem

Drugi element to odosobnienie. Sukces najwspanialszego polskiego ruchu – „Solidarności” – polegał na połączeniu trzech elementów: moralnego (godność – wówczas: ludzi pracy), taktycznego (negocjacje z rządem i z udziałem ekspertów) oraz strategicznego (solidarność ucieleśniona, czyli wsparcie innych zakładów, strajki solidarnościowe). Być może zresztą na tym polega po prostu sukces każdego ruchu, który walczy o podstawową sprawiedliwość. „Solidarność” uderzyła w ton, który mógł wybrzmieć w każdym (godność), jednocześnie twardo walczyła o swoje postulaty i dopuściła do stołu ludzi z zewnątrz (ekspertów), a stała za nią siła dziesiątek tysięcy robotników. Proste? No nie bardzo.

Żeby to się udało potrzebny jest nie cud, ale zaufanie i parę setek wykonanych telefonów. A na to czasem potrzeba lat. Tym bardziej, że przez ostatnie ćwierćwiecze współpraca aktorów społecznych nie była czymś, co szczególnie promowano, w zgodzie z ideą, że „każdy sobie rzepkę skrobie”. Z tego punktu widzenia kluczowa data protestu to 24 kwietnia: to wtedy właśnie Krajowa Rada Konsultacyjna ds. Osób Niepełnosprawnych (KRK) podpisała „porozumienie” z rządem. To wtedy rząd zgodził się spełnić jeden z postulatów protestu – podniesienie renty socjalnej o 165 zł miesięcznie, do 1029 złotych brutto  – ponad głowami protestujących z Sejmu. To wtedy też PiS skompromitował ideę negocjacji. Po czymś takim protestujący z Sejmu mieliby ufać komuś na zewnątrz? Komuś, kto w ich imieniu miałby prowadzić negocjacje?

Rząd podpisał porozumienie sam ze sobą?

czytaj także

Jednocześnie właśnie wtedy PiS odebrał protestującym autorstwo najbardziej wymiernego sukcesu tego protestu. Powtórzmy zatem, żeby nie zapomnieć: dzięki protestowi renta socjalna zostanie zrównana do poziomu renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy (przysługującej osobom, które niepełnosprawność dotknęła już po podjęciu pracy). To bardzo niewielkie (165 złotych!), ale jednak konkretne pieniądze.

W poniedziałek 21 maja przyszedł do protestujących Lech Wałęsa. Przyszedł taki, jaki jest, czyli przekonany o swojej niepodważalnej racji, irytujący, niczym zgrana płyta powtarzający „ja wygrałem, ja zwyciężyłem”. Zza powtórzonego sto razy Wałęsowego „ja” trudno było usłyszeć, że jednak miał coś ważnego do przekazania: nie wystarczy mieć rację, racja musi być poparta organizacją. „Nikt nie wygrał z matką niepełnosprawnego dziecka” – powiedziała wtedy Iwona Hartwich. A Wałęsa przytomnie odpowiedział: „Każdy może przegrać”.

Wyszli z cienia, będą się organizować

Inna sprawa, czy Wałęsa jest najwłaściwszym emisariuszem. Mało kto ma tak intuicyjne wyczucie dynamiki protestu społecznego, ale nikt też nie jest tak jak on znienawidzony przez obecne władze. Protestujący próbowali go włączyć w protest – jest materac, niech zostanie. Zaraz jednak posypała się krytyka: Wałęsa mocny w gębie, wujek dobra rada nie chce się położyć na materacu z protestującymi. Tylko wyobraźmy sobie, co by było, gdyby tam faktycznie został! Czy protestujący wkrótce sami nie poprosiliby go, by sobie jednak poszedł, gdyby spadł na nich ten sam hejt, który dziś jest udziałem Wałęsy? A co gorsza, gdyby się okazało, że to nie protestują osoby z niepełnosprawnościami i ich opiekunki, tylko jakaś „III RP” ucieleśniona w Wałęsie?

A przecież to właśnie protest w Sejmie odsłonił bardzo wyraźnie, że nie ma żadnej nowej Rzeczypospolitej – ani czwartej, ani nawet trzeciej i pół. Jest to samo. Dla tych, którzy nie siedzą w pierwszym rzędzie, tylko na wózku pod ścianą jest ciągłość władzy i ciągłość arogancji. PiS konsekwentnie budował wizerunek władzy odmiennej od tych poprzednich, ale okazał się tak samo nieczuły.

Wraz z Antonem Ambroziakiem przepytaliśmy dla OKO.press różne organizacje i związki zawodowe: od OPZZ po lekarzy-rezydentów i obrońców Puszczy Białowieskiej. Wszyscy deklarowali współczucie i poparcie postulatów, nikt jednak nie obiecał ulicznej akcji ani pomocy w negocjacjach. Górnicy powiedzieli portalowi naTemat: „Nikt się z nami nie skontaktował”. Nie wiem, czy rzeczywiście tak było (a raczej nie było: nie wykonano tego telefonu), ale wydaje się to prawdopodobne. Czarny sen władzy – „bo zaraz kolejni przyjdą protestować” – mógł się spełnić w ciągu tych 40 dni. Mogli przyjść nie za kilka miesięcy, ale już od razu. Nie przyszli.

Te różne grupy, którym ostatnio udało się coś wywalczyć (rezydenci, ekolodzy), i te, które wciąż walczą bez sukcesów (nauczyciele, pielęgniarki) nie mają wspólnej platformy.

Nadzieja i działanie

„Przekraczanie alienacji i izolacji lub ich przyczyn to cel polityczny, który powinniśmy sobie wyznaczyć” – pisze Rebecca Solnit w Hope in the Dark. Izolację nieraz udaje się przekroczyć. Czasem towarzyszy temu pokusa, by uwierzyć, że dzieje się to niemal magicznie – dzięki jednemu postulatowi, który porusza tak zwanych wszystkich, dzięki wzniosłości, dzięki estetycznym rekwizytom (parasolki, światła). A jednak przekroczenie odosobnienia wymaga zazwyczaj po prostu ciężkiej pracy. Rozmów z tymi, z którymi nie do końca się zgadzamy, albo których zwyczajnie nie znamy.

Wyjście z odosobnienia zaczyna się jednak jeszcze wcześniej.

Pierwszy krok to dołączenie do tych, którzy mają godność. I właśnie ten wielki krok został wykonany przez kończący się protest. Po 40 dniach w Sejmie osoby z niepełnosprawnościami zyskały status osobnych podmiotów. Ludzi, którzy nie tylko podlegają trosce i zabiegom opieki, ale mają własną godność. Bo skoro umieją o nią walczyć, to przecież ją mają. Może to brzmi okrutnie („skoro umieją walczyć…” – a gdyby nie walczyli? a czy sama ich codzienność nie jest ciągłą walką, tylko ukrytą przed naszym wzrokiem?), ale coś takiego – wywalczenie uznania godności – właśnie się wydarzyło.

Problemy osób z niepełnosprawnościami z kompletnego marginesu przesunęły się odrobinę bliżej centrum społecznej uwagi. Karolina Hamer, paraolimpijka i uczestniczka protestu, powiedziała mi w wywiadzie dla OKO.press, że powinniśmy zapamiętać tę datę – maj 2018 roku to historyczny moment, kiedy w Polsce zaczęła się zmieniać świadomość społeczna. W mojej niewielkiej redakcji o proteście i tym, co dokoła niego (systemie, a raczej braku systemowego wsparcia) piszą trzy osoby. W innych redakcjach pewnie podobnie – powiększyło się grono zajmujących się tą „działką”. Wiedza, kontakty i uwaga dziennikarzy pozostaną. To całkiem sporo. Zaczynamy się pilnować, żeby nie pisać „niepełnosprawni”, tylko „osoby z niepełnosprawnościami”, żeby nie pisać „Kuba”, tylko „Jakub”, żeby o komentarz prosić nie tylko opiekunki, ale też same osoby z niepełnosprawnościami.

Protestowali pod Sejmem, bo walczą o godność

Co z tym zrobimy? Co dalej? Podeprę się kilkoma cytatami z pięknej książki Rebeki Solnit o nadziei:

„Rozpacz wymaga od nas mniej, jest bardziej przewidywalna i boleśnie bezpieczniejsza. Autentyczna nadzieja wymaga jasności – dostrzegania kłopotów – i wyobraźni, dostrzeżenia, co może leżeć poza tym, co prawdopodobnie nie jest nieuniknione i nie jest niezmienne”.

„Nadzieja jest ryzykowna, ponieważ ponad wszystko jest formą zaufania, zaufania do tego, co nieznane i możliwe, oraz w nieciągłość”.

„Nadzieja i działanie karmią się nawzajem. (…) bycie zaangażowanym politycznie oznacza poczucie własnej siły – że to, co robisz, ma znaczenie – i poczucie przynależności”. Solnit cytuje Paolo Freire: „Bez minimum nadziei nie możemy rozpocząć walki. Ale bez walki nadzieja zostaje roztrwoniona, traci kierunek i zmienia się w beznadzieję”.

Bio

Agata Szczęśniak

| Redaktorka OKO.press
Publicystka, redaktorka OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Doktorantka w ISNS UW. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.