Kraj

Keyser Söze reportażu, czyli co odkrył Sumliński

Czy Bronisław Komorowski rozmawiał z oficerami wywiadu za pomocą cytatów z najpoczytniejszych kryminałów?

Klęska Bronisława Komorowskiego w zeszłorocznych wyborach miała wielu ojców, z których najważniejszym był sam prezydent, ale nie bez znaczenia w mobilizacji negatywnego elektoratu była także książka Wojciecha Sumlińskiego Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego. Książka, wielki reportaż śledczy, przedstawia tezę, iż Bronisław Komorowski jest tak naprawdę człowiekiem Wojskowych Służb Informacyjnych, prowadzonym przez nie być może od końca lat 80., chroniącym dawnych funkcjonariuszy po przełomie. Funkcjonariusze ci (w powiązaniu z dawnymi rosyjskimi mocodawcami, rodzimymi postkomunistami i mafią pruszkowską) opletli Polskę mackami tajnych układów i powiązań, uwłaszczali się na państwowym majątku, chronili geopolityczny interes Rosji i przekazywali Moskwie polskie sekrety. Komorowski rzekomo o wszystkim wiedział i wszystko chronił. Jak na spotkaniu autorskim powiedział Sumliński, zastanawia się, czy w świetle zebranych przez niego dowodów Komorowskiego nie należałoby „oskarżyć o jedno z najważniejszych przestępstw, jakie może być”.

W poniedziałek polski „Newsweek” opublikował artykuł dowodzący, że w książce Sumlińskiego całe partie zostały przepisane z innych autorów – Chandlera, Macleana, czy Stiega Larssona. Czasami te przeklejki mają względnie „niewinny” charakter. Najczęściej to opisy miejsc, postaci, sytuacji. Np. opis Ustki zimą niemal dosłownie przeklejony został z opisu szwedzkiego miasteczka Hebestadt z Trylogii Millenium. Sumliński broni się, że to tylko inspiracje. I faktycznie, w niektórych wypadkach można, będąc autorowi życzliwym, przyjąć, że chodzi o literacką stylizację, grę z konwencją i czytelnikiem.

Ale ilość kryptocytatów podważa w pewnym momencie wiarygodność książki jako literatury faktu. Weźmy opis spotkania z Bronisławem Komorowskim, wówczas szefem MON w rządzie Buzka, z oficerami w Białej Podlaskiej:

– Gdy dziś rano wyjeżdżałem z Warszawy – mówił cicho minister – byłem spokojny. Jestem bardzo zajętym człowiekiem, a mimo to zdecydowałem się przyjechać do was, bo miałem nadzieję…W pełnej napięcia ciszy pochylił się do przodu, oparł o stół i mówił dalej, zniżając głos nieomal do szeptu. – Bądźmy zupełnie szczerzy panowie. Spodziewałem się, miałem prawo się spodziewać, poparcia z waszej strony i pełnej współpracy przy jak najspieszniejszym załatwieniu tej nieprzyjemnej sprawy. Nieprzyjemna sprawa? – Uśmiechnął się kwaśno. – Dobieranie słów nic nie pomoże.

Jako czytelniczki mamy prawo zakładać, że fragment jest beletryzowany, ale ufamy też, że nie jest zupełnie zmyślony. I rzeczywiście nie jest. Przynajmniej nie przez Sumlińskiego – został przez niego przeklejony z powieści HMS Ulisses Alistaira Macleana:

 Gdy dziś rano odlatywałem z Londynu  mówił spokojnie  byłem niezadowolony. Bardzo niezadowolony. Jestem bardzo zajęty. Myślałem, że Pierwszy Lord Admiralicji marnuje zarówno mój, jak i swój czas. Gdy wrócę, będę musiał go za to przeprosić. Sir Humphrey miał rację. Jak zwykle zresztą… […] Bądźmy zupełnie szczerzy, panowie. Spodziewałem się, miałem prawo się spodziewać całkowitego poparcia z waszej strony i pełnej współpracy przy jak najspieszniejszym załatwieniu tej nieprzyjemnej sprawy. Nieprzyjemna sprawa?  Uśmiechnął się kwaśno. Dobieranie słów nic nie pomoże.

Spisek z pulpy

Trudno uwierzyć, że Bronisław Komorowski rozmawia z oficerami cytatami z brytyjskiego autora. Czytając kolejne przypadki takich przeklejek, coraz trudniej też uwierzyć w „fakty”, które przedstawiać ma Sumliński. Przy najbardziej nieżyczliwej autorowi interpretacji cała jego narracja wydaje się być wręcz rojeniem kogoś, kto przeczytał zbyt dużo literatury kryminalnej i szpiegowskiej.

Zaczynamy się zastanawiać, czy jak Don Kichote z powieści Cervantesa przeczytał zbyt wiele romansów rycerskich i uroiło mu się, że jest błędnym rycerzem; tak Wojciech Sumliński, przeczytawszy zbyt wiele Macleana i Chandlera, nie uroił sobie, że jest samotnym dziennikarskim krzyżowcem, reporterem wyklętym, walczącym z wszechobecnym układem.

Tak jak Don Kichote ciągle mówił cytatami z rycerskiej epiki, tak Sumliński, niemalże bezwiednie, wszędzie wkleja a to czarny kryminał, a to literaturę szpiegowską.

To tworzy problem: nawet jeśli to było urojenie, to podzielało je setki tysięcy czytelników i jeszcze więcej osób znających książkę z omówień na prawicowych portalach i forach. Można uznać, że nie pozostawało bez wpływu na wynik wyborów. Dziś okazuje się, że jedna z najważniejszych narracji nowej odsłony IV RP jest kolażem cytatów z literackiej pulpy. Ukryta prawda, jaką odsłaniać ma Sumliński, okazuje się być serią pamiątek z lektur. Trochę tak – przy zachowaniu wszelkich proporcji – jakby po dymisji Nixona wyszło na jaw, że dziennikarze „Washington Post” słowa rzekomo pochodzące z Głębokiego Gardła przepisali z zapomnianych powieści szpiegowskich sprzed kilku dekad. Na pewno Sumliński wydaje się raczej kiepskim odpowiednikiem Quentina Tarantino, niż polskim Woodwordem i Bernsteinem. Odwrotnie niż w Wahadle Foucault Eco, w sprawie Sumlińskiego rzekomo prawdziwy opis spisku okazuje się w zasadzie w najlepszym wypadku literackim żartem.

Bałkany debaty

Fakt, że sprawa ta wychodzi dopiero teraz, pokazuje stopień bałkanizacji naszej debaty publicznej. Środowiska nie-PiS książkę Sumlińskiego, chociaż żyło nią pół kraju, przemilczały. Jest to o tyle zrozumiałe, że Sumliński już wcześniej miał na koncie dość żenujące wpadki, np. pomylił adwokata Jacka Olszewskiego z premierem Janem Olszewskim, tego drugiego niesłusznie oskarżając o załatwienie ułaskawienia gangsterowi Słowikowi. Zrozumiała jest więc rezerwa dziennikarzy do rewelacji autora i niechęć do uwiarygodniania ich polemiką. Tym niemniej, znając skalę popularności tej prozy, należało być może wcześniej zareagować. Przemilczenie dodało im siły.

Z drugiej strony jednak też nie było reakcji.

Nikt po stronie PiS nie był w stanie przeczytać Sumlińskiego z elementarnym krytycyzmem. Od razu uznano jego prawdy za politycznie użyteczne i żyrowano je bez refleksji i pytań, które należałoby zadać

Praktyczny kurs postmodernizmu

Miejmy nadzieję, że jednak przynajmniej niektórzy czytelnicy Sumlińskiego poczują się teraz jak Dave Kujan w ostatniej scenie Podejrzanych. W tej, gdy policjant odkrywa, że całe zeznanie postaci granej przez Kevina Spacey’ego było zmyśleniem, pojawiające się w nim miejsca i nazwiska wzięte zostały z wiszącej na komisariacie tablicy, a osoba, którą właśnie wypuścił, nie jest wcale nierozgarniętym kuternogą, ale być może samym złowieszczym Keyserem Söze. Sumliński okazuje się dziś Sözem polskiej literatury faktu.

Całe zamieszanie wokół „literackich inspiracji” jego książek może jednak przynieść polskiej sferze publicznej pożytek. Może okazać się świetnym, praktycznym kursem postmodernizmu stosowanego. Bo przecież Sumliński lepiej niż ktokolwiek inny obala pretensje literatury faktu. Pokazuje, że faktów nie ma, są tylko fikcje. Z całego zamieszania wokół Niebezpiecznych związków… skonfudowany czytelnik ma prawo wysnuć wniosek, że nie ma tak naprawdę Bronisława Komorowskiego, WSI, Masy, polskiej mafii, jest tylko Biblioteka Babel, a w niej fikcje odnoszące się do innych fikcji. Sumliński zmusza najbardziej tępych zwolenników klasycznej teorii prawdy do jej zakwestionowania. Zabiera nieskorą do wyprawy w te rejony publikę przez rozpoznania Nietzschego, Borgesa, Foucaulta.

Któryś z wielkich postmodernistycznych mistrzów – Pynchon, DeLillo, Pielewin, Eco – mógłby wymyśleć narrację, w której dziennikarz śledczy preparuje z literackich cytatów książkę, wstrząsającą polityką jego kraju. Po czym – gdy skandal obala rządy, zatapia całe formacje i zmienia współrzędne polityki – ujawnia, że wszystko było tylko literackim żartem z jego strony.

Taka próba byłaby testem na jakość debaty publicznej i mediów, na znajomość literackiej klasyki, którą sfera publiczna oblała. Wkręceniem czytelników, mającym podważyć jedną z ostatnich ostoi metafizycznej pewności w społeczeństwach Zachodu, jaką jest literatura faktu i dziennikarstwo śledcze. U nas nikt takiej powieści nie napisał, ale być może Wojciech Sumliński realizuje taki scenariusz w praktyce. Jeśli ogłosi, że takie były od początku jego intencje, zasługuje na wszystkie nasze nagrody literackie i kilka zagranicznych.

Gdzie jest Sanczo Pansa

Wtedy oczywiście straci swoich fanów z prawej strony. Ale dla nich to też jest wygodna interpretacyjnie sytuacja, pozwalając wyjść z afery Sumlińskiego najbardziej z twarzą. Na jakiej zasadzie? Wracając do porównania autora z Don Kichotem, sięgnijmy po kafkowską parabolę Prawda o Sanczo Pansie:

Sanczo Pansa […] wieczorną i nocną porą, dawał diabłu, którego później nazwał Don Kichotem, mnóstwo rycerskich i rozbójniczych powieści, przez co […] ten potem bez opamiętania dokonywał najbardziej zwariowanych czynów […]. Sanczo Pansa, człowiek wolny, towarzyszył w spokoju ducha (…) Don Kichotowi w jego wyprawach i miał z tego dużą i pozytywną rozrywkę do końca swoich dni.

Bo jeśli Sumliński jest Don Kichotem dziennikarstwa śledczego, to kto jest jego Sanczem? Kto podsuwał mu szkodliwe lektury? Kto w miejsce prawdy powstawiał literackie tropy? Czy nie Rosja – „mocarstwo postmodernistyczne”, którego propaganda dąży dziś nie tyle do wzmacniania jednej ideologii, co relatywizowania wszystkiego, podważania wszystkich pewników? W tym rozróżnienia na literaturę faktu i kiepski thriller?

Czy istniałby lepszy sposób na ukrycie prawdziwych związków Komorowskiego z WSI i roli rosyjskich służb w Polsce, niż napisanie książki kompromitującej przez słabo ukryte plagiaty z beletrystyki jakiekolwiek takie dociekania? Nawet jeśli nie ma na to dowodów, to chyba jest najlepszy dowód! Pomysł takiej interpretacji afery Niebezpiecznych związków oddaję za darmo. Niepokorni do piór!

***

Prawda o Sanczo Pansie Franza Kafki w przekładzie R. Karsta

 

 **Dziennik Opinii nr 13/2016 (1163)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Szacun za artykul,ale jeszcze bardziej za tego Keysera Soze. Dawno się tak nie uśmialem. Jesteś Pan "Janko Muzykantem" w dziedzinie tytulowania artykulów.