Kraj

Fantazja o Ludzie, czyli populizm bez populi

Przywykliśmy mówić, że w Polsce nie ma demosu, teraz odkrywamy, że nie istnieje także populus, a to wszystko dlatego, że nie istnieje w Polsce społeczeństwo.

W mediach aż gęsto od analiz, co dalej z obozem władzy. Od wizji „operacji Walkiria” – buntu w szeregach PiS, który ma usunąć Jarosława Kaczyńskiego po prognozy rekonstrukcji rządu i przemiany Prezesa w Prezesa Rady Ministrów. Analizując wszystkie dworskie intrygi w obozie władzy, warto pamiętać o specyfice polskiego społeczeństwa – niskim poziomie politycznego zaangażowania.

Bardzo słabe zaangażowanie polityczne Polaków rzuca się cieniem na III Rzeczpospolitą już od samego początku. W wyborach 4 czerwca 1989 r. uczestniczyło nieco ponad 60 proc. uprawnionych. Potem już było tylko gorzej, a polskie statystyki wyborcze należą do najgorszych w strefie postkomunistycznej. W efekcie powstała demokracja bez demosu – aktywnego politycznie społeczeństwa, dla którego demokracja jest nie tylko procedurą, lecz stylem życia. Dlatego też jej mozolnie budowany gmach legł jak domek z kart zaatakowany przez projekt populistyczny.

Bo projekt Jarosława Kaczyńskiego doskonale odpowiada kryteriom definicyjnym populizmu, jakie podaje Jan-Werner Müller w książce Co to jest populizm?. Müller pisze między innymi:

„Populizm to szczególny rodzaj moralizującej wyobraźni politycznej i taki sposób postrzegania świata politycznego, który ustawia moralnie czysty i w pełni zjednoczony – choć, jak postaram się wykazać, zupełnie fikcyjny – naród czy lud naprzeciw elitom, ukazywanym jako skorumpowane bądź z innego powodu gorsze moralnie. […] Populiści stoją na stanowisku, że kto nie wspiera partii populistycznej, w ogóle nie może zostać uznany za prawdziwego członka narodu.”

Populiści twierdzą, że reprezentują całość, czerpiąc siłę z tej części elektoratu, która w wyniku niedoskonałości procesu demokratycznego opartego na reprezentacji czuła się w jakiś sposób wykluczona. Oferta populistyczna daje im wrażenie włączenia, i to w sposób radykalny, jako członka Prawdziwej Wspólnoty, ale bez możliwości partycypacji. Populistyczna władza wie, co jest dobre, i nie musi swych decyzji konsultować, bo z definicji reprezentuje Wolę Ogólną.

W Polsce jednak populizm jest zakładnikiem tego samego deficytu co demokracja. Jest populizmem bez populi. Owszem, populistyczny program PiS pozyskał wystarczająco wiele głosów, by zapewnić władzę, a sondaże opinii publicznej pokazują nieustannie wysokie (choć nie większościowe w wymiarze absolutnym) poparcie dla rządu. Jarosław Kaczyński jednak, w przeciwieństwie do Juana Perona lub tureckiego Erdoğana, nie jest w stanie poprowadzić za sobą masy. Wielokrotnie zapowiadane „przykrywanie” wrogów ludu czapkami i marsze milionów skończyły się zapowiedzią zakończenia w przyszłym roku miesięcznic smoleńskich, bo nawet kluczowy rytuał ruchu bardziej mobilizuje opozycję niż ów Lud.

Leder o protestach: wiadomość zła, dobra i lepsza

Jarosław Kaczyński Ludu się boi, i to dobrze, a ci, co go popierają, mają swoje powody, jednak nie stoi za nimi tak gorąca polityczna namiętność, by szukała dla siebie ujścia na ulicy. Ta sytuacja nie przeszkadzała na etapie walki o władzę, zaczyna jednak być problematyczna wobec pierwszych oznak zużycia tej władzy. Populistyczni liderzy w chwilach kryzysu czerpią energię odnowy, odwołując się bezpośrednio do Ludu, czyli mas swoich zwolenników. Robią to zarówno po to, by postraszyć opozycję, jak i zdyscyplinować własne szeregi – masa skandująca imię wodza ma przypominać, że nie wyczerpała się jego charyzma. Jarosław Kaczyński takiej odnowy zrobić nie może, w zasadzie jedynym sposobem na relegitymizację przywództwa jest objęcie stanowiska premiera, zakomunikowanie: oto ucieleśniam już nie tylko Lud, ale i Państwo.

W przeciwnym wypadku coraz liczniejsze kadry obozu władzy zajmujące konkretne stanowisko w strukturach państwa i dysponujące konkretnymi zasobami coraz bardziej będą się rozsmakowywać w swej mocy i coraz częściej zastanawiać się, dlaczego mieliby z niej rezygnować, jeżeli z Nowogrodzkiej przyjdzie rozkaz. Moment jest więc ciekawy, Andrzej Duda stworzył precedens, który może, choć oczywiście nie musi przełożyć się na efekt odkrycia, że „król jest nagi”. Jesień zapowiada się więc interesująco. Zwłaszcza że analizując możliwe scenariusze, uwzględnić trzeba jeszcze jeden specyficzny polski czynnik.

Otóż przywykliśmy mówić, że w Polsce nie ma demosu, teraz odkrywamy, że nie istnieje także populus, a to wszystko dlatego, że nie istnieje w Polsce społeczeństwo. Polityka, czy to demokratyczna, czy też populistyczna, polegała na zarządzaniu „próżnią socjologiczną”, o której pisał w 1979 r. Stefan Nowak. Zgodnie z tą konstatacją dla Polaków istnieją tylko rodzina i przyjaciele oraz naród, a po środku nie ma niczego. Tyle tylko, że Stefan Nowak wyraźnie podkreślił, że tak się dzieje w wyobraźni Polaków, bo w rzeczywistości tworzą oni całkiem nowoczesne i w nowoczesny sposób zinstytucjonalizowane społeczeństwo. Ale go nie widzą.

Protesty mają sens

Po 1989 r. z jednej strony cieszyliśmy się rozwojem tzw. społeczeństwa obywatelskiego, z drugiej jednak strony cały czas narzekaliśmy na jego niedorozwój i małe zaangażowanie Polaków. Tymczasem okazuje się, że był to, użyję określenia Slavoja Žižka, błąd paralaksy. Niepełne społeczeństwo obywatelskie istniało już w PRL, po jego upadku rozwijając się dalej, tylko bardzo często nie w sposób, jaki opisywali teoretycy. Sprawę analizuje dokładniej świeża książka Civil Society Revisited. Lessons from Poland pod red. Kerstin Jacobsson i Elżbiety Korolczuk. Autorki i autorzy dowodzą, że społeczeństwo obywatelskie ma się w Polsce zdumiewająco dobrze, tylko z różnych względów mieliśmy problemy z tym, żeby je dostrzec.

Cieszy mnie ta książka, bo sam od wielu lat stawiam tezę o „niewidocznym społeczeństwie” – więcej w wynikach projektu Spisek kultury, jakim zajmowałem się jakiś czas temu z Bęc Zmianą i Narodowym Centrum Kultury. W każdym razie można powiedzieć, że polska polityka jest zakładnikiem paradoksu próżni socjologicznej: nie widzimy, że jako społeczeństwo istniejemy, więc polityka zamiast odwoływać się do realnie istniejącego społeczeństwa, mocuje się z wyobrażoną próżnią socjologiczną, którą można zarządzać albo technokratycznie, albo populistycznie.

Demokrację odzyskamy wówczas, gdy wymyślimy formy polityki adekwatne do rzeczywistych form organizacji życia społecznego w Polsce. W uproszczeniu – gdy znajdziemy sposób, by włączyć do polityki tych, którzy ujawnili swoją podmiotowość w lipcu, choć wcześniej wydawało się, że nie istnieją.

Tekst ukazał się na blogu Antymatrix.

Bio

Edwin Bendyk

| Dziennikarz, publicysta, pisarz
Dziennikarz, publicysta, pisarz. Pracuje w tygodniku "Polityka". Autor książek „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” (2002), „Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci” (2004), „Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu” (2009) oraz „Bunt Sieci” (2012). W 2014 r. opublikował wspólnie z Jackiem Santorskim i Witoldem Orłowskim książkę „Jak żyć w świecie, który oszalał”. Na Uniwersytecie Warszawskim prowadzi w ramach DELab Laboratorium Miasta Przyszłości. Wykłada w Collegium Civitas, gdzie kieruje Ośrodkiem badań nad Przyszłością. W Centrum Nauk Społecznych PAN prowadzi seminarium o nowych mediach. Członek Polskiego PEN Clubu.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Milczącym założeniem tekstu pana Bendyka jest uznanie, że korupcja elit jest jedynie wymysłem populistów. Niestety dobra pamięć jest przekleństwem. Ja pamiętam jeszcze jak w roku 1990 ówczesny rzecznik rządu p. Zarębski tłumaczył ludowi, że "pierwszy milion trzeba ukraść". mrugając przy tym oczkiem nieznacznie. Cały smak tamtych czasów jest w tym mrugnięciu. Pamiętam, że osławiony Paweł Piskorski został prezydentem Warszawy dzięki rekomendacji Bronisława Geremka. Pamiętam, że prezydent Kwaśniewski zaraz po zakończeniu kadencji został "doradcą" oligarchy Kulczyka z pensją pięć razy większą niż prezydencka emerytura. Pamiętam jakie interesy robili Miro, Zbycho i Grzechu z panem Sobiesiakiem i jak p. Rosół załatwiał posadę dla panny Sobiesiakówny.
Nie wiem jak można rozmawiać o społeczeństwie pomijając problem korupcji.

Podejzewam ze "pierwsze ukradzione miliony" z lat 90'tych mocno zbledna przy przewalkach na unijnej kasie. Autostrady, akwaparki, szkolenia... Just wait.

Kolejne artykuły lewicowych intelektualistów/tek pokazują, że wiedzę o procesach zachodzących w polskim społeczeństwie czerpią w całości z książek i to najlepiej zagranicznych. Nawet ruch kobiecy ma niewielkie szanse jeśli będzie robiony przez aktywistki dla aktywistek.

wróć nam opowiedzieć swoje fantazje o ruchu kobiecym, jak zaczniesz odróżniać liberalizm od lewicowości

O ile dobrze rozumiem ten tekst, to pan Bendyk nie popiera tezy, że "nie istnieje w Polsce społeczeństwo", natomiast popiera tezę, że "społeczeństwo obywatelskie ma się w Polsce zdumiewająco dobrze, tylko z różnych względów mieliśmy problemy z tym, żeby je dostrzec"? Ciekaw byłbym uzasadnienia tej ostatniej tezy, bo ta pierwsza jest w pierwszej części tekstu całkiem sensownie uzasadniona i poparta przykładami, po czym nagle "ni z gruszki ni z pietruszki" autor stwierdza, ze jest ona nieprawdziwa "bo tak" - bo w jakiejś książce tak napisano, a pan Bendyk się z tym zgadza. No dobrze, ale przydałoby się jakieś uzasadnienie, które zaprzeczyłoby całkiem mocno uargumentowanym tezom postawionym w części pierwszej - a tego brak. Może autor by tak rozwinął, co dokładnie ma na myśli z tym "niewidocznym społeczeństwem", bo niestety moje doświadczenia z działalnością społeczną wskazują, że ludzi bardzo trudno jest zmobilizować do myślenia kategoriami wspólnoty, tego czegoś "pośrodku" pomiędzy rodziną a narodem, nie mówiąc już o działaniu dla dobra tego "czegoś". A w ostatnich latach jest to wręcz niemożliwe. Czekam zatem na wyjaśnienie, jak to jest z tym "całkiem nieźle się mającym społeczeństwem obywatelskim"?