Kraj

Do trzech razy gender

Gender nie jest akademicką ciekawostką. Gender jest w przedszkolach, w pracy, w związkach intymnych, nadaje określony charakter relacjom władzy, eksponuje na przemoc albo przed nią chroni. Magdalena Kunz polemizuje z Agatą Sikorą.

Agata Sikora proponuje nowej lewicy zmianę języka. Na jaki? Nad tym trzeba się zastanowić. Refleksja nad językiem nieuchronnie pociąga jednak za sobą rozmowę o wartościach. Sikorze i podobnym jej krytykom nie chodzi przecież o słownik – chodzi o coś więcej – o strategię, priorytety i podstawowe cele polityczne.

Brzydkie słowo na „g”

„Nie chodzi mi o rezygnację z równościowych postulatów czy chowanie hasła „aborcja jest OK” – twierdzi Agata Sikora w tekście Brzydkie słowo na »g« – raczej o poszerzenie pola i grę na wielu bębenkach”. Poszerzenie pola proponuje zacząć od odłożenia na bok kłopotliwego pojęcia „gender”. Słowo na „g” ma być brzydkie jako – po pierwsze – niezrozumiałe, po drugie – przeciwskuteczne. Może czas odpuścić dyskursywne forsowanie koncepcji płci jako społeczno-kulturowej konstrukcji, skoro – twierdzi Sikora – nie tylko nie ma ono przełożenia na rzeczywistość społeczną, ale też oddala nas od autentycznego codziennego doświadczenia „kobiet z krwi i kości”, o których rozmawiamy ponad ich głowami w obcym dla nich języku. Wspólny grunt jest całkiem szeroki i bez tego – twierdzi Sikora – z katoliczkami można się dogadać w kwestii przeciwdziałania przemocy domowej, przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej protestują też umiarkowane konserwatystki i tak dalej. Sikora rozumie, że w czasach rosnącego nacjonalizmu i sukcesów skrajnej prawicy w Polsce jej propozycja „może brzmieć brutalnie”, ale – wiadomo – nie czas żałować róż. Przyznaje też, że mówi z określonego miejsca – mieszka w kraju, w którym małżeństwa jednopłciowe wprowadzili konserwatyści, a od legalnej, bezpiecznej aborcji dzieli ją 15 minut spaceru do najbliższego szpitala.

Ja też mieszkam w tym kraju. Swój rodzinny musiałam opuścić, ponieważ nie pozwala mi na realizację jednej z podstawowych potrzeb, jaką jest założenie rodziny, zawarcie związku z moją partnerką i wspólne wychowanie dzieci. Doświadczyłam też bezpośrednio wszystkich negatywnych konsekwencji i tak już restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Moje istnienie zmusza osoby heteroseksualne do podjęcia wysiłku rozszyfrowania kłopotliwego skrótowca LGBTQIA+, które, jak ironicznie podsumowuje Sikora, kończy się fiaskiem nawet dla tych, którzy językiem genderu władają na poziomie zaawansowanym.

Moje problemy są specyficznie mniejszościowe – moja rodzina jest tęczowa, w Polsce brakuje dla mnie rozwiązań prawnych, które nie dotyczą większości społeczeństwa. Moje problemy są również zupełnie przeciętne i podzielane przez społeczną większość tzw. zwykłych kobiet – dotyczą praw reprodukcyjnych i dostępu do opieki medycznej w pełnym wymiarze, bezpłatnych żłobków i przedszkoli, edukacji czy przyjaznego matkom rynku pracy. Nie umiem wskazać, który ze społecznych problemów jest dla mnie bardziej uciążliwy – czy ten, że decyzja o wspólnym wychowaniu w Polsce dziecka z moją partnerką oznaczała dla niej brak praw rodzicielskich, pociągający daleko idące konsekwencje dla całej naszej rodziny, czy ten, że jako matka zmagałabym się tu z powszechnymi ekonomicznymi trudnościami związanymi z życiem w kraju generalnie nieprzyjaznym rodzicielstwu.

Graff, Korolczuk: Gender to śmiertelnie poważna sprawa

Problem z diagnozą Sikory polega na tym, że przywoływana przez nią retoryka ewokująca podział na „samo życie” i abstrakcyjną sferę językową, w której mieści się jakiś oderwany od tego życia gender, stawia mnie przed niemożliwym wyborem, każąc decydować, kim jestem b a r d z i e j – jedną z wielu kobiet, które będą zmagać się z codziennymi trudami rodzicielstwa, czy przedstawicielką mniejszości seksualnej, która domaga się równoprawnego rozpoznania swojej tożsamości na poziomie systemowym. Ta logika zupełnie nie odpowiada rzeczywistości mojej codziennej egzystencji, w której moja tożsamość psychoseksualna, płeć, klasa czy imigrancki rodowód stanowią zbiór różnych i równie mocnych determinant mojego życia.

Retoryka Sikory wypływa wprost z nadal obowiązującej w środowisku polskiej lewicy dychotomicznej logiki podziału na problemy „tożsamościowe”, czy też „obyczajowe” z jednej, i „społeczno-ekonomiczne” z drugiej strony. Na poziomie politycznego praxis polega ona na przeciwstawianiu „idei” „pragmatyce” w taki sposób, żeby akcenty między polityką „tożsamościową” a „społeczno-ekonomiczną” przesunęły się wyraźnie na korzyść tej drugiej. W duchu takiego realpolitik nominalnie lewicowemu SLD przez lata nie udało się zliberalizować ustawy antyaborcyjnej, a konserwatywno-liberalna Platforma „nie zdążyła” wprowadzić związków partnerskich, ponieważ zawsze znajdowały się kwestie pilniejsze i bardziej palące, takie jak utrzymanie wysokiego poparcia społecznego bez narażania się konserwatywnej części elektoratu. Na podobnej zasadzie walczący o pryncypia demokracji KOD wyrzucał z demonstracji uczestników z tęczowymi flagami, a lewicowo-liberalne środowiska zaangażowane w Czarny Protest głośno krytykowały inicjatywę „Odzyskać wybór” za oddanie podczas demonstracji głosu lesbijkom i osobom transgenderowym, które mówiły o swoich doświadczeniach w obszarze praw reprodukcyjnych, jak się później okazało, ryzykując zniechęcenie do ruchu „zwykłych kobiet”.

Graff: Gender i polityka, ale ta prawdziwa

Rzecz w tym, że myślenie o obszarze praw człowieka jako redukowalnej do abstrakcyjnych, akademickich dywagacji sferze „symbolicznej” jest pułapką zastawioną przez prawicę, z której ruchy lewicowe nadal nie potrafią się wydostać. Zagadnienie gender nie jest bowiem akademicką ciekawostką. Gender jest w przedszkolach, w pracy, w związkach intymnych, nadaje określony charakter relacjom władzy, eksponuje na przemoc albo przed nią chroni. Sposoby rozumienia pojęcia „gender” mają decydujący wpływ na codzienność osób, którym, ze względu na błędnie przypisaną przy urodzeniu płeć, pracodawcy odmawiają zatrudnienia, a ustawodawca komplikuje procedury medyczne i sądowe rozciągając na lata proces korekty płci, który skutkuje pogłębiającą się dysforii, depresją i poważnymi problemami w życiu prywatnym i zawodowym. Sposoby myślenia o płci jako konstrukcie albo przeciwnie, esencjalnym zespole określonych cech, mają fundamentalny wpływ na to, czy dziewczynki w przedszkolu usłyszą od wychowawczyni, że kosmos jest dla chłopców, a kolegę trzeba pocałować w nagrodę za to, że jest miły. Wysoki odsetek samobójstw młodzieży LGBTQ+ ma bezpośredni związek z określonymi społecznymi oczekiwaniami wobec płci, w które domyślnie wpisana jest heteronormatywność. Przyjęcie albo odrzucenie koncepcji płci jako konstruktu nie jest czysto teoretycznym zagadnieniem, jest jednym z kluczowych elementów naszego codziennego doświadczenia.

Homofobia zabija po cichu

czytaj także

Homofobia zabija po cichu

Cecylia Jakubczak

Charakterystycznie często wektor wewnątrzśrodowiskowych oskarżeń o chorobliwą fiksację na języku i syndrom oblężonej twierdzy ma jeden kierunek: od bardziej do mniej uprzywilejowanych użytkowników lewicowego dyskursu. I tak osoby niebinarne słyszą od ciskobiet i cismężczyzn, że – przy całym szacunku dla ich specyficznych potrzeb – na końcówkach gramatycznych świat się nie kończy; kobiety, które zwracają uwagę mansplainującym kolegom, zostają napomniane, że przesadzają, bo na Czarnym Proteście mansplainujący stali po właściwej stronie, a nawet zrobili kanapki organizatorkom. Wszyscy działamy we wspólnym interesie, a prawdziwy wróg jest gdzie indziej – tłumaczą uciszający. Uciszani wycofują się na bezpieczne pozycje, bo interes przestaje być wspólny. Antagonizowanie grup uprzywilejowanych i defaworyzowanych wewnątrz własnego pola politycznego działania jest od lat powtarzanym przez lewicę błędem.

Gender jest w przedszkolach, w pracy, w związkach intymnych, nadaje określony charakter relacjom władzy, eksponuje na przemoc albo przed nią chroni.

Sikora słusznie zauważa, że stopień biegłości w korzystaniu z antydyskryminacyjnego słownika niekoniecznie przekłada się jeden do jednego na etyczne czy nawet polityczne postawy: można być medialnym adwokatem praw kobiet i przemocowcem w życiu prywatnym – historia papierowych feministów jest tego najdobitniejszym przykładem. Można też korzystać z językowych stereotypów i potocznych, upraszczających wyobrażeń o świecie, ale przejawiać szacunek wobec odmienności i różnorodności. Jako osoba nieheteronormatywna doświadczyłam wsparcia od osób bardzo religijnych i przemocy ze strony progresywnych aktywistów lewicowych.

Przywołana przez Sikorę anegdotycznie koleżanka, która chłopięce zainteresowanie dziewczęcymi ubrankami komentuje jako niegroźny element dziecięcej zabawy, ma być jednym z dowodów na nieszkodliwość esencjalnych wyobrażeń o rolach płciowych. A co się stanie, jeśli to zainteresowanie okaże się czymś więcej niż tylko zabawą i – co więcej – dotyczyło będzie własnego dziecka? Czy esencjalne wyobrażenia o płci na pewno nie będą stanowiły wtedy dodatkowej przeszkody w i tak już trudnym procesie dochodzenia do etapu pełnej akceptacji nienormatywności, która przestaje być neutralną sprawą kogoś innego, a zaczyna stanowić nasz własny problem? Czy to znaczy, że każdy lewicowo zorientowany rodzic poradzi sobie w takiej sytuacji wzorowo? Nie. To znaczy natomiast, że – odwrotnie niż chce Sikora – nie możemy ignorować doświadczenia językowego i stojących za nim wyobrażeń, które mają realny wpływ na życie konkretnych jednostek, niezależnie od tego, czy ich dysponentami są nasi koledzy aktywiści, czy koleżanki katoliczki.

Polska drugim najbardziej homofobicznym krajem UE

czytaj także

Dlaczego gender jest dla nas taki ważny? – pyta Sikora i sugeruje, że ma to związek z naszym emocjonalnym stosunkiem do swojskiego dyskursu i lękiem przed utratą dobrego samopoczucia. Dlaczego gender jest ważny, pokazali nam wyraźnie – jak sama zauważa – polscy biskupi, zgrabnie i na czas przechwytując to pojęcie, konsekwentnie wypełniając je negatywnymi konotacjami i czyniąc z niego ideologiczny bat na feministki, mniejszości i całą progresywną lewicę.

Prawica lepiej i o wiele wcześniej od nas zrozumiała, że strategie dyskursywne pełnią podstawową rolę w kształtowaniu postaw społecznych. Przegrana dawno temu bitwa o język praw reprodukcyjnych dała o sobie znać podczas Czarnego Protestu, kiedy boleśnie przypominano nam, że określenie „dziecko poczęte” pełni w polskiej debacie publicznej funkcję przezroczystego i neutralnego ideowo sformułowania. Obóz rządzący trafnie dzisiaj rozpoznaje, że wojna o symbole jest czymś więcej niż tylko kwestią wymiany tabliczek z nazwami ulic – że kształtuje zbiorową wyobraźnię i utrwala określoną wizję świata, w której to nie Dąbrowszczacy, a Wyklęci są bohaterami narodowymi, a antysemityzm właściwie nigdy nas nie dotyczył. Jednym z podstawowych kluczy do sukcesu aktualnie rządzących jest sprawnie skonstruowana i zgrabnie wykorzystywana retoryka godnościowa, której sukces pozwolił uzyskać szerokie, choć oczywiście niebezkrytyczne, poparcie programu 500+, podczas gdy pochodząca z tej samej palety socjalnych wartości i apelująca do tego samego, słusznego gniewu na liberalne elity, propozycja 75-procentowego podatku spotyka się ze społeczną niechęcią. Rozpoznanie, że język jest jednym z kluczowych narzędzi politycznej walki, wydaje się tym bardziej oczywiste, kiedy poruszamy się w obrębie zagadnień tak wrażliwych na językowe manipulacje, jak społeczne i kulturowe wymiary płci.

Na Jeżycach i na Marsie

Sikora twierdzi jednak, że nasz stosunek do płci jest trzeciorzędny wobec wspólnoty naszego doświadczenia i podzielanych ogólnych przekonań o świecie, które zgrabną klamrą łączy nasza przynależność do klasy średniej. Powołuje się też na wnioski Zimniak-Hałajko, która twierdzi, że spór o „gender” to w istocie „klincz dwóch zrytualizowanych języków”, które w odmienny sposób opisują bardzo podobne w istocie doświadczenie kobiece. I tak, zdaniem Sikory, „z jednej strony feminizm odkrywa, że zaniedbał temat rodziny, a z drugiej konserwatywnym łagodzi „heroiczne” wymagania, oferując matkom sesje coachingowe i warsztaty psychologiczne”.

Modele relacji w rodzinach autorki i jej kolejnej anegdotycznej koleżanki w praktyce niewiele się od siebie różnią: oba zakładają „harmonizację działań wszystkich członków, tak by każdy miał możliwość jak najpełniejszej realizacji własnej autonomii (to postulat z palety liberalnej), przy wzięciu pod uwagę potrzeb całej wspólnoty (to konserwatyzm)”. Wygląda więc na to, że wszystko jest w porządku i materia języka stanowi jedynie zestaw estetycznych ozdobników, a konserwatywny model rodziny to po prostu inaczej opakowana wersja przestrzeni kobiecej emancypacji, wolności wyboru i partnerskich relacji, ufundowanych na średnioklasowym przywileju. Przywołanej w innej anegdocie koleżance autorki macierzyństwo, początkowo trudne, pomogło ostatecznie wzmocnić pewność siebie, a realizacja rodzicielstwa bliskości pozwala na budowanie głębokich, niehierarchicznych więzi z innymi członkami rodziny.

Nie mam wątpliwości co do tego, że istnieją szczęśliwe konserwatystki; znam też kilka niezadowolonych ze swojego życia lewaczek. Ale próba symetryzacji konserwatywnych i progresywnych koncepcji dobra wspólnego, strategii budowania relacji rodzinnych, propozycji realizacji ról płciowych – czyli wszystkiego tego, co bezpośrednio wiąże się ze sposobami konceptualizacji genderu – jest rodzajem myślenia życzeniowego i zarazem myleniem przyczyny ze skutkiem: konserwatystki (i konserwatyści) korzystają oczywiście ze zdobyczy feminizmu i liberalnej demokracji, ale czynią to nie dzięki, a pomimo albo wbrew własnemu światopoglądowemu i społeczno-kulturowemu ukorzenieniu. Kobieta sięgająca po autonomię ma przeciwko sobie cały konserwatywny porządek wartości zakotwiczony w tradycji, religii i historii, co najmniej nieufny wobec idei emancypacji jako wartości samej w sobie, tym bardziej, kiedy korzystać z niej próbują kobiety czy osoby nienormatywne.

Czemu służy straszenie „ideologią gender”?

Jednym z podstawowych dążeń ruchów progresywnych jest od zawsze poszerzanie pola indywidualnego wyboru i rozszczelnianie jednolitych konceptualnie i dyskursywnie modeli jednostkowego i społecznego funkcjonowania. Nie ma potrzeby w imię solidarności ze „zwykłymi” kobietami udawać, że różnice między konserwatywną i lewicową wizją (i realizacją) ról płciowych są czysto kosmetyczne. Szczególnie jeśli rozumiemy, że oferowane matkom przez zwolenników tradycyjnego modelu rodziny „sesje coachingowe i warsztaty psychologiczne” stanowią plasterek na złamanie, który nie rozwiązuje problemu heroicznych wymagań, wobec jakich w tym modelu stają kobiety mierzące się z macierzyństwem.

Nieprawdziwe jest też przekonanie, że uwzględnianie potrzeb wspólnoty jest postulatem konserwatywnym. Lewicowe ruchy feministyczne rozpoznały już, że liberalny feminizm zaniedbał kwestie rodzicielstwa i relacji intymnych, budując fałszywą alternatywę „rodzina albo kariera”, szczególnie absurdalną w neoliberalnej rzeczywistości śmieciówek, mobbingu i braku bezpieczeństwa socjalnego. Lewicy udało się zbudować narrację prorodzinną, operującą językiem, który odpowiada złożonej, niezerojedynkowej rzeczywistości społecznej, w której więzy krwi nie stanowią koniecznego fundamentu budowania relacji rodzinnych, praca opiekuńcza i wychowawcza powinna zostać nie tylko „doceniona”, ale i dobrze opłacona, a postulowane zmiany systemowe kwestionują neoliberalne albo-albo. Sikora mówi o zaniedbaniach lewicy w tym zakresie tak, jakby nigdy tych narracji nie słyszała.

Nie ma potrzeby w imię solidarności ze „zwykłymi” kobietami udawać, że różnice między konserwatywną i lewicową wizją (i realizacją) ról płciowych są czysto kosmetyczne.

Niespójności między językowym obrazem świata a codziennością, które pozwalają niektórym katolikom decydować, że w ich konkretnym przypadku aborcja jest OK, a niektórym feministkom, że warto bronić kolegi, który dopuścił się przemocy, nie są jedynie interesującymi z badawczego punktu widzenia zagadnieniami z obszaru antropologii; stanowią sygnał, że nasze koncepcje trzeba na nowo przetłumaczyć, zamiast z nich rezygnować, oddając pole antyemancypacyjnej retoryce. Dyskusja o wadze słowa na „g” prowokuje kolejne pytanie o to, czy zabieganie o sympatię dla ruchu feministycznego jest istotnym elementem politycznej strategii i czy – znów – praca dyskursywna powinna koncentrować się na odczarowywaniu brzydkiego słowa na „f”. To pytanie jest istotne z punktu widzenia dalekosiężnych konsekwencji polityczno-społecznych: decydując, że gra o sferę „symboliczną” nie jest warta politycznej świeczki, warto mieć na względzie, że społeczeństwo, które nie pamięta, że prawa człowieka nigdy nie są dane raz na zawsze, jest bardziej zagrożone konserwatywnym regresem, który jednym sprawnym ruchem może odbierać nam wszystkie demokratyczne wolności, z jakich korzystamy dzisiaj na równych zasadach jako lewaczki, liberałki i konserwatystki.

Czarny protest odniósł sukces jako ruch masowy, ponieważ wyraźnie skonceptualizował ekonomiczny wymiar ograniczeń w zakresie praw reprodukcyjnych i wykorzystał retorykę solidarnościową. Jednocześnie włączył do swojej narracji argumenty z indywidualnego prawa do wolności wyboru, dzięki czemu pomieścił w sobie wiele różnych perspektyw jako autentycznie lewicowy, różnorodny wewnętrznie ruch. Napięcie między wspólnotą, rodziną i dobrostanem społecznym a autonomią jednostki i wolnością to podstawowe pole wartości, na którym nowa lewica wykuwa swoją tożsamość. Pytania o tę tożsamość, o umiejętne formułowanie inkluzywnych strategii, które solidaryzują i łączą, zamiast polaryzować i skłócać, są szczególnie ważkie w czasie, kiedy część społeczeństwa daje się uwieść skrajnej prawicy, niechęć do nie-Polaków i nie-katolików rośnie niebezpiecznie szybko, a Polska po raz kolejny osiąga jedno z najwyższych miejsc w rankingu najbardziej homofobicznych krajów Unii Europejskiej.

Żeby się uspokoić, można sięgnąć do socjologicznych rozpoznań takich badaczy jak Maciej Gdula i pamiętać o tym, że „lud”, jakkolwiek konserwatywny, kieruje się praktyczną zasadą „żyj i daj żyć innym”, więc sprawa nie jest stracona i konserwatywny trend społeczny można odwrócić. A może – idąc za pesymistyczną diagnozą społeczną Jana Sowy – dla działaczy i działaczek partyjnych progresywnej lewicy jest to czas na przegrupowania, redefinicje pojęć, szukanie nowej estetyki, przy jednoczesnym zachowaniu dbałości o te 2%, które nie zapewnią sukcesu wyborczego, ale pozwalają pamiętać o fundamentalnych założeniach i szeroko rozumianych ideałach i wartościach, na których nowa lewica budowała swoje poparcie.

Dla pozapartyjnych, aktywistycznych i akademickich środowisk progresywnych może to być czas namysłu nad językiem i metodologią, które pomogą położyć podwaliny pod przyszłe działania polityczne. Na pewno nie jest to czas powtarzania starych błędów środowisk centrolewicowych, które na ołtarzu pragmatyki składały interesy kolejnych defaworyzowanych grup społecznych, stopniowo nadwerężając i ostatecznie niszcząc społeczne zaufanie do lewicy i podważając wiarygodność lewicowych wartości. Jeśli nowa lewica chce w przyszłości stanowić poważną propozycję polityczną dla szerokich mas społecznych, to zamiast szukać sposobów na rozrzedzanie własnej krwi, powinna skoncentrować swoje wysiłki na przywracaniu społecznej wartości i wagi podstawowym koncepcjom, które od zawsze stanowią fundament jej tożsamości.

*
Chcesz zabrać głos w dyskusji o języku i wartościach lewicy? Pisz na redakcja@krytykapolityczna.pl

Polityka? Bez klasy, bez sensu [rozmowa z Maciejem Gdulą]

Krakowskim defetystom mówimy stanowcze nie

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.