Gospodarka

Nie bójmy się start-upów, tylko „Doliny Krzemowej nad Wisłą”

To nie ta kategoria wagowa, ale jest jeszcze ważniejszy powód.

„Czas na polską Dolinę Krzemową”. Nad Wisłą to hasło powtarzano już wiele razy. Teraz do takiego miana aspiruje Kraków, ale swoją Dolinę Krzemową miał przecież nawet Nowy Sącz. Nic w tym dziwnego, jaki lepszy wzór można bowiem stawiać centrom biznesu niż kawałek Zatoki San Francisco, który dał nam mikroprocesory, smartfony i Facebooka, szaremu obywatelowi dał wgląd w jego własny genom i ożywił marzenia o podboju kosmosu, a do tego każdego roku przynosi zyski liczone w setkach miliardów dolarów, inwestuje w młodych przedsiębiorców i płaci pracownikom bajońskie sumy.

Niestety, każdy kij ma dwa końce. Nie powinniśmy w Polsce powielać błędów pustej bańki spekulacyjnej, tryumfalizmu obietnic i realnych nierówności, które także są – choć mniej chlubnym – obliczem technologicznego sukcesu USA.

Dolina Niesamowitości

Dolina Krzemowa wypracowała specyficzny model działania. Opiera się na pozornie niewyczerpanych pokładach kapitału inwestycyjnego, używanych jako paliwo dla wzrostu i skalowalności, dwóch charakterystyk startupów – nowoczesnych przedsiębiorstw technologicznych będących wizytówką Zachodniego Wybrzeża.

Początkowego sukcesu startupu nie mierzy się tam zyskami. Liczy się wzrost: liczby klientów, pracowników, przychodu. Skalowalność to z kolei nic innego jak zdolność firmy do radzenia sobie z tym wzrostem. Zupełnie inaczej działa firma mająca 100 i 10 000 klientów. Zupełnie inaczej pracuje zespół pięciu i 500 osób. Szczególnie, gdy przechodzi się tę drogę w dwa czy trzy lata. A w Dolinie im szybciej, tym lepiej.

Niektórzy, jak Twitter, nad faktycznym zarabianiem zaczynają zastanawiać się dopiero po latach ciągłego wzrostu. Inni, jak Oculus VR, nigdy nie muszą przejmować się byciem nad kreską, bo chętni do przejęcia firmy za 2 miliardy dolarów ustawiają się w kolejce. Wzrost pompuje się za pieniądze prywatnych inwestorów. To zwykle firmy typu Venture Capital (VC) nastawione na wysokie ryzyko. Największe dysponują nawet miliardami dolarów. Mają jeden cel: upolować „jednorożca”. To popularne w Dolinie określenie firm, które osiągnęły wycenę ponad miliarda dolarów, często jeszcze przed debiutem na giełdzie.

Mieć w portfolio takiego jednorożca to dla VC nie tylko punkt honoru, ale też kwestia być albo nie być. Dziewięćdziesiąt pięć procent zwrotu z inwestycji w VC jest generowane przez zaledwie dwadzieścia z tysiąca amerykańskich funduszy. Jeśli trafią jednorożca za młodu, inwestycja zwróci się po stokroć i z nawiązką pokryje straty z mniej udanych przedsięwzięć.

W kontekście Polski to wszystko i tak mrzonki.

Z dwóch powodów. Po pierwsze: to nie ta kategoria wagowa. Owszem, możemy tworzyć społeczności startupowe, zapewniające przepływ ludzi i kapitału. Udało się to w Berlinie, w Sztokholmie czy w Tel Awiwie. Nie ma powodu, żeby miało nie udać się u nas. Ale potęga Doliny Krzemowej jest budowana od ponad 50 lat. Dzięki temu dziś podaż kapitału dla projektów wysokiego ryzyka jest o rząd wielkości ponad jakimkolwiek innym regionem, efekty sieciowe dają każdemu dostęp do setek ekspertów, inwestorów i potencjalnych pracowników i pracowniczek, a biura technologicznych gigantów przyciągają utalentowane osoby z każdego zakątka świata. Jakbyśmy nie zaklinali rzeczywistości, żaden pojedynczy region nie przeskoczy tej przepaści. Ani w Polsce, ani nigdzie indziej.

Drugi powód jest jednak ważniejszy.

Merytokracja dla wybranych

Nawet gdybyśmy mogli, nie powinniśmy podążać drogą Doliny Krzemowej. Problem nie leży bowiem w ekonomii, a w etyce. Ludzie z Doliny często mówią że panuje tam merytokracja. O tym kim jesteś ma decydować tylko to co wiesz i umiesz. Jak jest w rzeczywistości? Yishan Wong, były CEO Reddita oraz pracownik Facebooka i PayPala, tak pisze o merytokracji w Dolinie:

Dolina jest merytokracją, jeśli spełniasz pewne wymogi, wynikające z rasy, płci i przynależności klasowej.

Zaiste, bardzo merytoryczne. W tej „merytokracji” wszystko dzieje się za pieniądze koterii białych mężczyzn. Zaledwie 4 procent partnerów w tamtejszych funduszach VC to kobiety. Liczba startupów zarządzanych przez kobiety mieści się w granicach błędu statystycznego. W największych firmach technologicznych trzy czwarte najwyższych pozycji okupują mężczyźni, w miażdżącej większości biali. Siedemdziesiąt pięć procent kobiet w branży technologicznej deklaruje, że czują się wyobcowane. Ponad połowa odchodzi z tego sektora po swojej pierwszej pracy. Dyskryminacja kobiet i mniejszości etnicznych to tylko jeden z wielu etycznych problemów ciągnących się za samozwańczą merytokracją Doliny Krzemowej. Niektóre z nich dotykają nas wszystkich, jak to że firmy z Doliny układają się z NSA by ułatwić amerykańskiemu rządowi inwigilację ludzi, jednocześnie opowiadając o transparentności i zmienianiu świata. Inne odbijają się tylko na społeczności lokalnej – niemal nigdzie na świecie nierówność dochodu nie jest tak widoczna jak w San Francisco, gdzie średni dochód przekracza krajowy wynik o połowę, a jednocześnie odsetek bezdomnych jest większy niż gdziekolwiek indziej w Stanach . Napływ programistów, designerów i menedżerów zarabiających krocie wywindował ceny nieruchomości do poziomów, przy których pensja minimalna nie starcza na to, by zapewnić sobie dach nad głową . Jednak problem tysięcy bezdomnych na swoim własnym podwórku uprzywilejowani mieszkańcy San Francisco i okolic najchętniej zamietliby pod dywan, w czym starają się pomóc policja i radni.

Jednocześnie wybitni menedżerowie i inżynierowie wmawiają sobie, że z każdą linijką kodu czynią świat lepszym. W lipcu 2015 na konferencję Efektywnego Altruizmu w Mountain View przybyli gwiazdorzy Doliny Krzemowej, na czele z Elonem Muskiem (PayPal, Tesla, SpaceX) i Peterem Thielem (PayPal, Palantir, Founders Fund). Mieli dyskutować o zwiększaniu efektywności działalności charytatywnej. Skupili się na… rozprawianiu o tym, jak uratować ludzkość przed zbuntowaną sztuczną inteligencją.

Wiele naprawdę świetnych produktów tworzonych przez startupy i wielkie korporacje wyrosłe z tej kultury, jak Apple, Google, Facebook czy Uber, tonie w mesjanistycznym bełkocie, który nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością warunków pracy w chińskich fabrykach, praktyk monopolistycznych, protestów kierowców czy eksperymentowania z manipulowaniem emocjami użytkowników.

Sam Biddle, dziennikarz komentujący kulturę Doliny Krzemowej, tak podsumował ją w kilku zdaniach:

Po prostu chcemy, by zachowywali się, jak wolnorynkowi kapitaliści, którymi są, a nie jak zbawiciele ludzkości. Palo Alto to nie renesansowa Florencja i nie ma w tym nic złego. Wall Street jest znacznie gorsze od Doliny, ale przynajmniej nie ma złudzeń o własnym heroizmie. Nasza pogarda dla finansjery i bankierów sprawia, że bliżej przyglądamy się Wall Street – tak powstrzymujemy J.P. Morgan przed paleniem wiosek i sprzedawaniem popiołów. I to wszystko, czego potrzebujemy od Doliny Krzemowej – świadomości całego tego bzdurnego samozadowolenia. Na początek.

Inna droga

Gwoli sprawiedliwości trzeba oddać, że Dolina Krzemowa miewa ostatnio coraz częstsze przebłyski normalności. Od dwóch lat ciągnie się debata na temat tego, czy znalazła się w bańce inwestycyjnej. Zawzięcie dyskutują o tym inwestorzy, dziennikarze, przedsiębiorcy. W jednej kwestii natomiast panuje względna zgoda. Jesteśmy na ostatniej prostej w okresie nadpodaży kapitału od VC. Łatwość pozyskania kapitału sprawiła, że dziś nawet sztandarowe jednorożce jak Evernote, Dropbox i Twitter są w tarapatach, bo ich obecne modele biznesowe nie mogą wytrzymać nieracjonalnych oczekiwań inwestorów stojących za miliardowymi wycenami tych spółek. Wprost mówi się, że „nadchodzi zima dla jednorożców”.

Nie tylko giganci mają kłopoty. Bankructwo Homejoy – startupu, który miał ułatwić nam między innymi sprzątanie w domu – boleśnie przypomniało fantastom z Zachodniego Wybrzeża, że sharing economy to coś znacznie bardziej skomplikowanego niż aplikacja łącząca zleceniobiorców z klientami. Z kolei kontrowersje dotyczące takich produktów, jak uBeam czy Theranos unaoczniły, jak łatwo omamić nawet najlepszych inwestorów.Wystarczyło pokazać im dyplom z MIT, by wyłożyli pieniądze na niewykonalne pomysły.

Skoro więc nawet Dolina dostrzega, że zbłądziła, nie zachęcajmy Polaków, by szli jej śladem. Nie oznacza to wcale, że musimy ich odstraszać od startupów i rynku technologii. Technologia i oprogramowanie będą już tylko ważniejsze dla światowej gospodarki, więc żal byłoby przegapić szansę na bycie pionierami i na zawsze zostać kopalnią taniego outsourcingu IT. Co prawda próżno szukać nad Wisłą jednorożców, ale już teraz mamy globalne firmy z dużymi perspektywami: Azimo, Base, Brainly, CD Projekt RED (notowany na GPW), Estimote (gwoli przejrzystości: nasze miejsce pracy), Livechat (również na GPW) czy UXPin.

Być może jednak w ogóle błędem jest myślenie o polskiej branży technologicznej. Oprogramowanie łatwo się skaluje, bo koszt replikowania go jest niemal zerowy: dlatego właśnie stanowi świetny produkt globalny. A skoro produkt jest globalny, to i zasoby mogą być… a przynajmniej europejskie. Niestety, wspieranie firm technologicznych Unii Europejskiej do tej pory nie szło najlepiej. Ciężko inaczej niż porażką nazwać program Innowacyjna Gospodarka. 220 pomysłów na e-biznes dofinansowanych w latach 2007–2013 na sumę 93 milionów złotych zaowocowało zaledwie kilkoma sprawnie działającymi przedsiębiorstwami, jak FreshMail czy JakDojadę. Co gorsza, gdy rozmawiamy z ludźmi zajmującymi się technologiami – po obydwu stronach oceanu – mówią oni, że pozyskanie środków z UE to często wręcz przeszkoda w robieniu biznesu. Dla przedsiębiorców nakład pracy włożony w biurokratyczną obsługę takiej dotacji jest niewart zachodu, zaś dla klienta ze Stanów to sygnał, że potencjalny kontrahent jest na unijnym „zasiłku”, bo nie potrafi pozyskać prywatnego kapitału.

Jeśli Unia Europejska chce się włączyć w rozwój e-biznesu, może zamiast skomplikowanych programów dotacyjnych powinna spróbować transferu wiedzy.

W książce Społeczności Start-Upowe Brad Feld opisuje powstanie sceny startupowej w mieście Boulder w stanie Kolorado. W 300-tysięcznej miejscowości udało się rozwinąć prężnie działającą społeczność, w której firmy współpracowały z uczelniami, zapewniając absolwentom start kariery oraz regularnie organizowały otwarte wydarzenia by dzielić się know-how między sobą. Co więcej, jeśli zdarzyło się, że któraś z firm upadała, społeczność szybko wchłaniała byłych pracowników, zapewniając im ciągłość zatrudnienia i możliwość uczestnictwa w kolejnych projektach. Stworzony w Boulder system naczyń połączonych, którym przepływały kapitał, wiedza i pracownicy, stał się świetnym fundamentem pod budowanie startupów. Dziś są ich tam setki.

Na społeczności biznesowe stawia też Korea Południowa, jedno z najbardziej zaawansowanych technologicznie państw świata. Od lat z budżetu państwa finansuje się tam huby dla przedsiębiorców, gdzie mają oni dostęp do taniej przestrzeni biurowej, mentoringu, tłumaczy, konsultantów i zagranicznych klientów oraz inwestorów.

Takie społeczności wcale nie muszą być ograniczone geograficznie, co dla Unii Europejskiej powinno być cenną wskazówką. Jeśli w Dolinie Krzemowej kryje się jakaś inspiracja, z której można czerpać garściami, to jest nią Y Combinator. Zapoczątkowany 10 lat temu akcelerator i fundusz inwestycyjny pomaga wystartować obiecującym startupom z całego świata. Największą siłą YC jest społeczność, stworzona przez założycieli i uczestników akceleratora. Przedsiębiorcy którzy przeszli przez program Y Combinator, pozostają ze sobą w kontakcie. Dzielą się przemyśleniami i wymieniają poradami. Często stają się nawzajem swoimi pierwszymi klientami i testerami nowych produktów. Społeczność Y Combinator jest dla każdego z jej uczestników nieocenionym wsparciem.

W Europie mamy kilka prężnie rozwijających się centrów gromadzących firmy technologiczne: choćby w Berlinie, Londynie czy Sztokholmie. W Polsce są obiecujące społeczności w Krakowie, Warszawie i Trójmieście. Oczywiście żadna z nich nie może równać się z gospodarczą potęgą Doliny Krzemowej. Dlatego właśnie zamiast nieudolnie starać się kopiować jedną Dolinę, może lepiej zbudować – nomen omen – unię. UE to ciągle największa gospodarka na świecie, więc jeśli chce inwestować w technologie i e-biznes, niech zacznie od stworzenia dla nich środowiska, w którym mogą wymieniać się know-how i z łatwością wprowadzać produkty na nowe rynki. Niech stworzy ambitnym przedsiębiorcom warunki, w których szczytem marzeń jest zaproszenie nie do Y Combinator, ale do europejskiej społeczności technologicznych firm.

Za czyje pieniądze?

Przepływ wiedzy i bariera wejścia na nowe rynki to jedno, dalej jednak pozostaje problem funduszy. Według raportu Fundacji Startup Poland, 60 procent polskich startupów finansuje się z oszczędności założycieli i nigdy nie pozyskało kapitału z zewnątrz. To zupełne przeciwieństwo opartego na nadpodaży kapitału modelu rodem z Doliny Krzemowej, ale wybór między dwiema skrajnościami to żaden wybór. Nawet takie firmy jak Buffer i Basecamp, które wśród startupów stanowią symbol zrównoważonego rozwoju i stawiania na rentowność, a nie rynkową wycenę i wzrost za wszelką cenę, korzystały ze wsparcia inwestorów, by w odpowiednim momencie wrzucić wyższy bieg. Historia programu Innowacyjna Gospodarka pokazała, że tutaj na UE polegać nie można.

Co ciekawe, jeśli za miarę sukcesu uznać liczbę i wartość tak zwanych „exitów” – to znaczy sytuacji, gdy firma zostaje sprzedana, wchodzi w fuzję lub debiutuje na giełdzie – to nie Dolina a Skandynawia zostawia cały świat w tyle (jeśli weźmiemy poprawkę na ludność i poziom PKB). Może warto zastanowić się, co kraje skandynawskie zrobiły, by stworzyć tak przyjazny klimat dla rozwoju przedsiębiorczości zorientowanej na technologię. Według danych funduszu inwestycyjnego Creandum w ciągu ostatnich 10 lat Skandynawowie odpowiadali za dziewięć procent globalnych i aż pięćdziesiąt trzy procent europejskich exitów wycenianych na przynajmniej miliard dolarów, a przy tym uniknęli ślepej pogoni za wirtualnymi liczbami, w czym pogrążyła się Dolina Krzemowa.

Z raportu Creandum jasno wynika, jak wielką rolę w tworzeniu ekosystemów dla przedsiębiorczości odgrywa równowaga pomiędzy prywatnym kapitałem a państwem tworzącym dogodne warunki do rozwijania biznesu opartego o nowoczesne technologie i oprogramowanie. Z jednej strony za prawie każdym miliardowym i 80 procentami mniejszych exitów w Skandynawii stał kapitał VC – również amerykański. Z drugiej zaś nie sposób przeoczyć tego, jak Dania, Finlandia, Norwegia i Szwecja dbają o przyjazny klimat dla przedsiębiorców. Nie wodzą ich jednak na pokuszenie niskimi stopami podatkowymi. Mają do zaoferowania znacznie więcej: dobrze zorganizowane i godne zaufania instytucje publiczne, środki na badania i rozwój, możliwość komercjalizacji projektów naukowych. Do tego Skandynawom, mimo niewielkiej populacji, nie brak wysoko wykwalifikowanych pracowników, koniecznych do rozwijania gospodarki opartej na wiedzy. Na liście „Forbesa” najlepszych krajów do zakładania firmy w pierwszej 10 są wszystkie kraje skandynawskie. Cała czwórka jest też w czołowej dziesiątce jeśli chodzi o liczbę naukowców względem liczby ludności (Bank Światowy) i Indeks Percepcji Korupcji (Transparency International). Po trzy trafiły do najlepszej dziesiątki Globalnego Indeksu Innowacji (INSEAD) i wydatków na badania i rozwój ze skarbu państwa (Bank Światowy). Finlandia i Szwecja są dodatkowo w czołówce Globalnego Indeksu Konkurencyjności. Dla porównania – najlepszy wynik Polski w tych rankingach to 30 miejsce w Indeksie Percepcji Korupcji.

Skandynawowie są również w światowej czołówce, jeśli chodzi o rozwój oprogramowania. Nie tylko mają istotny wkład w ruch Open Source, ale stworzyli też wiele języków programowania leżących u podstaw współczesnego IT.

Izrael to kolejny przykład z którego można czerpać. By przetrwać w ekstremalnych geopolitycznych warunkach, właściwie od początku swojego istnienia stawiał na badania i rozwój. Izraelici nieustannie inwestowali w edukację i naukę oraz starali się być w technologicznej czołówce, czy chodziło o mikroprocesory, obronność, czy odsalanie wody. Przez lata pracy u podstaw wychowano tam pokolenie wykwalifikowanych specjalistów z różnych obszarów IT i nauki, którzy ciągle podążają śladem szczególnie obiecujących innowacji – teraz budują rozwiązania w zakresie odnawialnych źródeł energii, robotyki i nanotechnologii. Dla tych projektów nie brakuje kapitału zagranicznego, głównie z USA i Chin. Otoczony wrogami z każdej strony Izrael musi szukać partnerów na całym świecie, a za sprawą budowanego przez dekady know-how ma argumenty by ich przyciągać. Efekt? Choćby to, że Intel to obecnie jeden z największych pracodawców w Izraelu i wiele z ich najważniejszych produktów ostatnich kilkunastu lat powstało w laboratoriach w Hajfie. Izrael jest dziś największym centrum biznesu technologicznego poza Stanami Zjednoczonymi – w ciągu ostatnich 10 lat założono tam 6 tysięcy startupów i tylko w ciągu ostatnich dwóch lat zanotowały one 10 exitów o wartości ponad miliarda dolarów.

Jak widać, przedsiębiorczość można stymulować czymś więcej niż ulgami podatkowymi i specjalnymi strefami ekonomicznymi. W Polsce wcale nie musi być gorzej. Nie brakuje przecież obiecujących projektów naukowych, żeby wymienić tylko zwycięstwo projektu Hyperion 2 w konkursie łazików marsjańskich czy projekty związane z produkcją grafenu. Mamy też pokolenie ambitnych przedsiębiorców, z dobrymi produktami przebijającymi się na globalnym rynku. A jednak przy obecnym kursie jakby bliżej rodzimemu IT do masowego outsourcingu na modłę indyjską niż do szwedzkich innowacji. Cóż, przynajmniej do Doliny Krzemowej daleko.

Wojciech Borowicz – pracuje z technologią (w krakowskim Estimote) i pisze o technologii (publikował między innymi w The Next Web i UX Magazine). Absolwent kulturoznawstwa na UJ 

Arek Flinik – od lat związany z czołowymi polskimi startupami (aktualnie Estimote), działacz Partii Razem, absolwent informatyki na Uniwerystecie Wrocławskim

Tekst pochodzi z Krytyki Politycznej nr 44: Koniec prasy. Będziecie tęsknić?

**Dziennik Opinii nr 75/2016 (1225)

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.