Felieton

Dlaczego Kijów gości Warszawę w Budowie

Ziemia, która nie nadawała się już do prywatyzacji, nie nadawała się – jak wówczas myślano – do niczego. Ale wtedy przyszli artyści.

Dlaczego festiwal Warszawa w Budowie w tym roku odbywa się nie tylko w Warszawie, ale też w Kijowie? Z pewnością te dwa miasta dużo więcej dzieli niż łączy. Zacznijmy od tego, co te miasta dzieli.

Na przykład, w centrum Warszawy na pewno nie ma terenów zupełnie opuszczonych przez cywilizację ludzką, z władzą miejską włącznie. W Kijowie zaś takie tereny są. Jeden z nich właśnie został kijowską lokalizacją projektu Sąsiedzi (pod takim hasłem odbywa się tegoroczna edycja Warszawy w Budowie).

Sąsiedzi

Ktokolwiek miał kiedyś okazję zwiedzić Kijów, na pewno pamięta rozległe zielone skarpy w centrum miasta – na pograniczu pomiędzy miastem Górnym i miastem Dolnym. Relief tego terenu uniemożliwił tradycyjną miejską zabudowę, więc miasto musiało zachować kruchą równowagę współistnienia z dziką przyrodą. W ostatnich dekadach ta równowaga została zaburzona. Czasem – na rzecz agresywnej komercyjnej zabudowy, która powstała w dolinie Honczary w pobliżu Muzeum Historycznego. Na początku lat dwutysięcznych tu – na kawałku ziemi, gdzie kiedyś zrodziło się miasto Kijów – bez przeprowadzania żadnych badań archeologicznych wybudowano luksusowe osiedla mieszkaniowe.

W sąsiedniej zaś dolinie – Wozniesieńskim Jarze, po drugiej stronie placu Lwowskiego – równowaga pomiędzy cywilizacją miejską oraz siłą przyrody została zdecydowanie zaburzona na rzecz tej ostatniej. Trzy dekady temu doliną przebiegała ulica Petriwska – jedna z arterii łączących Dolne i Górne miasto. Dzisiaj już nic nie przypomina o tym, że jeszcze niedawno jeździły tędy samochody i stały tu dziewiętnastowieczne kamienice. W zasadzie, kiedy zwiedzamy tę te tereny, nic nie wskazuje na to, że znajdujemy się w mieście, tym bardziej – w jego centrum. Trudno pozbyć się po prostu wrażenia, że jesteśmy w głuchej puszczy.

Jak to się stało? Najpierw zawiodła geologia, później – geopolityka. Grunt, osuwający się z sąsiednich wzgórz, zabierał miastu kawałek po kawałku jego terytorium. Na początku lat 90. gatunek homo sapiens został ostatecznie zmuszony do opuszczenia tego terenu przez zjednoczone siły wolnej przyrody i wolnego rynku. Ponieważ ziemia ta nie nadawała się już do prywatyzacji, nie nadawała się – jak wówczas myślano – do niczego.

To nie był pierwszy raz, kiedy Wozniesieński Jar został areną małej, lokalnej apokalipsy. Historycy przypuszczają, że w czasach wczesnego Średniowiecza na tym właśnie terenie znajdowało się żydowskie miasto podległe Kaganatowi Chazarskiemu i rozwijające się równolegle ze słowiańskim miastem Kijów, które właśnie powstawało zaledwie parę kilometrów obok. Stopniowo teren ten został przejęty przez Słowian, a Żydów wypędzono. Chociaż mogło być zupełnie odwrotnie.

Historię tę usłyszałem od Saszy Burlaki – autora architektonicznego projektu Sąsiedzi w Kijowie. Na początku lat dwutysięcznych, studiując architekturę, Sasza dostał od swojego profesora propozycję zrobienia dyplom na temat Wozniesieńskiego Jaru. Zainteresował się tematem kijowskiej ulicy, która z tajemniczych powodów przestała istnieć, zbadał góry materiałów dotyczących historii i geologii tego terenu. Aż nagle okazało się, że pan profesor współpracuje z firmą, która zamierza zbudować w tym miejscu ogromne osiedle mieszkaniowe Wozniesieński Jar, a prace jego studentów będą użyte jako uzasadnienie architektoniczne projektu deweloperskiego. Sasza natychmiast zrezygnował z pracy dyplomowej. Osiedla mieszkaniowego ostatecznie nie zbudowano z powodu kolejnych osuwisk gruntu.

Jakieś piętnaście lat później wiedza zdobyta podczas tych przerwanych badań jednak się przydała. Po latach nieobecności gatunek homo sapiens zaczął powoli, ostrożnie wracać na opuszczone przez siebie terytorium. Jak to się często zdarza, pierwszymi przedstawicielami tego gatunku, którzy odważyli się na ryzykowne wejścia na nowy teren, okazali się artyści. Z najbliższej osady ludzkiej cywilizacji – pobliskiej kooperatywy garażowej, przerobionej na pracownie artystyczne – zaczęli dokonywać nieśmiałych interwencji w tej wyludnionej przestrzeni. Dostosowywali ją do swoich, ludzkich potrzeb. Artyści zmierzali się z nierównymi siłami przyrody oraz nieżyczliwymi gośćmi z sąsiednich garaży. Czasami przypominało to zakładanie pierwszych kolonii na odległej wyspie w epoce wielkich odkryć geograficznych.

Aż w końcu nadeszła okazja zadomowić się tu na serio. Dzięki projektowi Sąsiedzi zrealizowano projekt architektoniczny, który na nowo odkrywa pieszą drogę z Dolnego miasta przez byłą ulicę Petriwską do miasta Górnego. Po środku tej trasy powstała scena dla performansów muzycznych, przestrzeń, gdzie odbywają się pokazy filmowe oraz amfiteatr. To zalążki dla infrastruktury przyszłego świata, który tutaj powstaje.

Dlaczego tworzymy dostępną dla wszystkich architekturę w opuszczonej części stolicy? Czy nie jest to kolejny przykład naiwnego aktywizmu miejskiego, który tak naprawdę po prostu pomaga nieudolnej władzy wykonywać pracę, od której ta się uchyla? Czy punktowa interwencja nie jest raczej przykładem ucieczki przed prawdziwym miejskim problemem, aniżeli jego rozwiązaniem? Otóż nie. Sąsiedzi w Kijowie to laboratorium działania w warunkach kontrofensywy, wyrządzonej przez przyrodę gatunkowi ludzkiemu. Trzeba przyznać: na tą kontrofensywę całkiem zasłużyliśmy. Musimy więc nauczyć się nowych strategii przetrwania.

A o tym, co Warszawę i Kijów łączy, napisze w kolejnym felietonie.

Bio

Oleksij Radynski

| Publicysta i filmowiec (Kijów)
Filmowiec dokumentalista, członek zespołu Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie. W latach 2011-2014 redaktor ukraińskiej edycji pisma Krytyka Polityczna.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.