Felieton

Mamo, czy naprawdę muszę głosować na Hillary?

Dylematy lewicy w stanach-huśtawkach.

Republikanie nie chcą głosować na Trumpa, a lewica nie chce głosować na Hillary. Niektórzy tęsknią za konserwatyzmem w niekontrowersyjnym wydaniu: ach Mitt Romney, ach Ronnie Reagan; inni zaklinają się, że dopiszą Berniego do karty wyborczej albo podpalą lokal. Poza tym – zawsze mamy zielonych i libertarian. Ale czy wszyscy mają luksus głosowania zgodnie z własnym sumieniem?

Ta fraza wraca jak bumerang w każdej rozmowie o polityce: what you gonna do, you have to vote your conscience. Tylko co to tak naprawdę znaczy?

„Ja osobiście mam za dużo do stracenia”, tłumaczę kumplowi, prawnikowi od finansów, który od zawsze imponuje mi swoim spokojem, dobrą wolą i odprasowanym garniturem. „Trump kwestionuje NATO. Boję się, że Putin zabierze nam Suwałki”. Kolega klepie mnie po ręce ze współczuciem, ale jest nieugięty. Nie wie gdzie są Suwałki, ale za Chiny nie zagłosuje na Hillary. W prawyborach popierał Berniego, w generalnych zamierza głosować na Jill Stein (Zieloni). „Poza tym, myślę że mogę spokojnie głosować zgodnie ze swoim sumieniem”, dodaje poprawiając krawat. „Arlington i tak zagłosuje na Hillary, więc nie mamy się co spinać, że nasz głos zważy na losach ojczyzny”.

To prawda – właściwie, większość głosów w Ameryce jest rozparcelowana na długo przed wyborami. Możesz głosować na kogo ci się żywnie podoba, twój stan i tak należy albo do demokratów, albo do republikanów. Prawdziwa odpowiedzialność pojawia się wtedy, gdy mieszkasz w stanie, który od lat „huśta się” między dwiema partiami…

Po pierwsze, zidentyfikujmy te stany: Kolorado, Floryda, Iowa, Michigan, Nevada, New Hampshire, Karolina Północna, Ohio, Pensylwania, Wirginia i Wisconsin. To tu rozegra się prawdziwa walka. Prezydent Obama zgarnął je wszystkie w 2008 i generalnie tendencja jest taka, że wymiana pokoleniowa (i rasowa) jest korzystna dla demokratów. Ale tym razem „to nie są normalne wybory”, ostrzega koleżanka po doktoracie z ekonomii. Ostrożności nigdy zadość. Trump zmienił trajektorię wyborów – wszyscy się z niego śmialiśmy, a on tymczasem pokonał 16 kandydatów republikańskiego establishmentu, a obecnie drepcze Hillary po piętach w wyścigu o fotel prezydencki.

Wspomniana koleżanka-ekonomistka dostaje białej gorączki, kiedy słyszy, że zwolennicy Berniego wahają się, czy oddać swój głos na Hillary. Mimo że zmiana klimatyczna jest dla niej top-priorytetem, jest wściekła na Jill Stein – tak, jak była wściekła na Ralpha Nadera w 2000 roku. Efekt Nadera (albo mit Nadera, jak chcą niektórzy) jest powracającym przedmiotem sporu w amerykańskiej polityce. Zdrada czy heroizm? Czy Ralph Nader miał prawo (i sumienie) startować na prezydenta jako kandydat niezależny, umniejszając tym samym szanse Ala Gore’a i oddając kraj w szpony Busha na 8 lat? Czy Jill Stein, a także Gary Johnson (taki odpowiednik Jill dla młodych rozczarowanych po republikańskiej stronie) mogą zagrozić pojedynkowi między Hillary a Trumpem? Oczywiście zagrozić w tym sensie, że podzielą głosy, bo o wygranej żadne z nich nie ma co marzyć.

Sedno dylematów lewicy wydaje się sprowadzać do następującej kwestii – czy warto ryzykować rządy trumpizmu, nie głosując na Clinton?

Do jakiego stopnia jest to niebezpieczne? I wreszcie – jaka jest różnica między Trumpem a Hillary? Zdaniem Chrisa Hedgesa – niewielka.

Chris Hedges, były korespondent zagraniczny New York Timesa, a obecnie felietonista progresywnej strony TruthDig, rozmawiał kilka dni temu z Robertem Reichem, byłym sekretarzem pracy w administracji Billa Clintona, który wzbudził kontrowersję swoim poparciem dla Berniego. Niedawno, po apelu Sandersa, Reich bez większego entuzjazmu „nawrócił się” na Hillary, ale Hedges nie zamierza się poddać. Będzie głosować na Jill Stein. Jest przekonany, że koncentrowanie się na osobowościach naszych przywódców („Trump to obciach, Hillary przynajmniej ma doświadczenie” i tego typu gadki) to tylko pułapka zgotowana przez „odwrócony totalitaryzm” (termin amerykańskiego politologa Sheldona Wolina).

To bardzo trudny i smutny czas dla zwolenników Sandersa, przyznaje Reich. „Początkowo poparłem Sandersa, bo znam Hillary Clinton od 50 lat”, dodaje bezradnie i chyba nie zdając sobie sprawy, jak niekorzystnie to brzmi. Reich jest przekonany, że rewolucja Sandersa będzie trwać dalej i że lepiej ją budować pod rządami Clinton. „Prezydentura Trumpa byłaby zbyt wielkim krokiem do tyłu. Nie widzę innej alternatywy”.

Lecz według Hedgesa nie należy koncentrować się na wyborze między tym dwojgiem (jeśli chodzi o megalomanię i narcyzm, to Hillary Trumpowi wiele nie ustępuje), lecz przyjrzeć się samym strukturom władzy. Korpowładza próbuje nas przekonać, że nie mamy szans – że nie da się głosować przeciw interesom takich firm, jak Goldman Sachs czy Exxon. Zaangażowanie demokratów w politykę korporacyjną zaczęło się właśnie od Billa Clintona, a administracja Obamy nie zachowywała się inaczej niż administracja Busha, notorycznie naruszając naszą prywatność jako obywateli i delegalizując dziennikarstwo śledcze. Hedges nie wierzy w systematyczną zmianę w ramach obecnych struktur władzy, wie natomiast , że 10 lat temu Syriza wypadała w sondażach dokładnie tak jak partia Zielonych w USA teraz (na poziomie 4%). Nie mamy innego wyjścia niż zapuścić się w polityczną „dzicz” – być może nawet na całą dekadę.

Tutaj Robert Reich – a z nim wielu innych – chwyta się za głowę. Porównywanie Clinton i Trumpa jest szaleństwem, twierdzi. Trzeba pamiętać, że Trump zmieni Amerykę na zawsze – np. jako prezydent mianuje następnego członka Sądu Najwyższego. Musimy myśleć długofalowo. Bernie obiecał, że poprowadzi swoją rewolucję dalej; musimy być cierpliwi.

Hedges: Nie mamy czasu. Trzeba się wziąć za zmianę klimatyczną. Bernie zdradził swoich ludzi. Został wykorzystany przez liberałów, żeby krzewić strach.

Muszę przyznać, że mamy ma nie lada orzech do zgryzienia. Arlington Arlingtonem, ale moja piękna Wirginia to zawsze jednak stan-huśtawka… Clinton prowadzi tu o jakieś 7-10 punktów, zależnie od źródła. Ale na Florydzie kandydaci idą praktycznie łeb w łeb.

W ogólnokrajowym sondażu CNN na dzień dzisiejszy Clinton ma 49% poparcia, Trump 39%.

Zinn-Ludowa-historia-stanow

**Dziennik Opinii nr 223/2016 (1423)

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA

Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.