Gdy zostają tylko obrazy przemocy [o „Civil War” Alexa Garlanda]
Zdaniem części recenzentów niejasność polityki w „Civil War” czy fakt, że miejscami wydaje się ona po prostu pozbawiona sensu, to wielka zaleta filmu. Nie zgadzam się z tą opinią.
Imperium wolności i nierówności.
Zdaniem części recenzentów niejasność polityki w „Civil War” czy fakt, że miejscami wydaje się ona po prostu pozbawiona sensu, to wielka zaleta filmu. Nie zgadzam się z tą opinią.
Spora część polityków i wojskowych w USA i w Izraelu uważa, że właśnie nadarza się okazja, by zniszczyć irański program nuklearny.
Przywódcy europejskich państw wykazują zdumiewający brak poczucia palącej konieczności działania.
Sieroty z Davenport, które przybyły do Glenwood jesienią 1936 roku, wkroczyły do lśniącego świata, który zastąpił ponure, mało stymulujące oddziały Davenport i przepracowane, nieuważne opiekunki towarzyskimi pensjonariuszkami, pielęgniarkami i personelem zachwyconym ich obecnością. Był to istotny krok w pokonaniu eugenicznych przekonań epoki.
Nasilenie konfliktów zbrojnych nie jest dziś przypadkiem, ale trendem. Nie ma widoków na ich deeskalację w nieodległej przyszłości.
Międzynarodowy Komitet Olimpijski ignoruje prośby Hawajek i Hawajczyków, by mogli oni używać własnej flagi na igrzyskach.
Czy rząd ma prawo ścigać i zamykać w więzieniu kogoś, kto publikuje mroczne tajemnice tego rządu? O to chodzi w sprawie Juliana Assange’a.
Tu chodzi o „wielką politykę”, czyli sojusz Stanów Zjednoczonych i Izraela, na którego ołtarzu składani są Palestyńczycy.
Największy sukces odnoszą prawicowi populiści, którzy zyskują masowe poparcie wyborców z klasy robotniczej.
Haiti to aktualny przykład tego, jak wygląda państwo dysfunkcyjne w wersji ekstremalnej.