Świat

Indyjska prawica pozostaje u władzy

Mimo oskarżeń o politykę podziałów, korupcję i działania przeciwko najbiedniejszym Narendra Modi i jego Indyjska Partia Ludowa (BJP) zdobyli po raz drugi z rzędu samodzielną większość w izbie niższej parlamentu. Osiągnęli to przy rekordowej frekwencji, która wyniosła nieco ponad 67 procent.

Te wybory zapiszą się niewątpliwie w historii kraju nie tylko z tego powodu. Pierwszy raz przewidywana frekwencja wśród kobiet była wyższa niż wśród mężczyzn. Kobiety wywalczyły sobie też najwięcej mandatów w historii, prawie 15 procent. Mimo triumfu nacjonalistów promujących hinduizm wybrano więcej niż ostatnio parlamentarzystów wyznających islam. Wybory trwały aż 6 tygodni, a głosowanie przebiegało w 7 fazach, żeby zapewnić większy spokój i bezpieczeństwo − co udało się osiągnąć.

Kobiety wywalczyły sobie najwięcej mandatów w historii, prawie 15 procent.

Wreszcie kampania wyborcza obfitowała w barwne i emocjonujące momenty, na czele ze sporem o prawo do wprowadzenia do kin w trakcie wyborów filmu biograficznego, a właściwie wysokobudżetowej bollywoodzkiej hagiografii premiera Modiego.

Zasadnicze pytanie po ogłoszeniu wyników wyborów brzmi jednak, jak to się stało, że mimo niebywałej mobilizacji opozycji, kilku, wydawałoby się, katastrofalnych decyzji rządu w polityce gospodarczej oraz wysokiego bezrobocia i cen paliw sondaże wyborcze, które wróżyły zaciętą rywalizację, okazały się błędne. Modi nie tylko utrzymał władzę, ale wręcz okazał się silniejszy niż kiedykolwiek.

Jedność narodowa czy sprawiedliwość

Nacjonalizm i bezpieczeństwo oraz sprawiedliwość to wartości wybrane przez dwie wielkie partie na indyjskiej scenie politycznej jako tematy przewodnie programów wyborczych. Wybór ciekawy, bo oznacza powrót do źródeł ideologicznych obu ruchów politycznych sięgających początków zeszłego wieku, czyli nacjonalizmu hinduskiego dla BJP i wizji Indii Mahatmy Gandhiego dla Indyjskiego Kongresu Narodowego (INC). Według tego pierwszego Indie mają być przede wszystkim państwem narodowym, mocarstwem, które nie boi się ani sąsiedniego Pakistanu, ani też rywalizacji gospodarczej z potężnymi tego świata. Według tego drugiego najważniejszym celem istnienia państwa indyjskiego powinno być zagwarantowanie wszystkim, bez względu na wyznanie, płeć czy status społeczno-ekonomiczny, sprawiedliwego traktowania i równych szans.

PiS wygrał, bo spełnia obietnice wyborcze

Prawica skupiła się na kwestii bezpieczeństwa i jedności narodowej, bo po lutowym zamachu na indyjskie wojsko w Kaszmirze tematy te były stale obecne w debacie publicznej i premier Modi wizerunkowo dobrze to wykorzystał, prezentując się jako silny przywódca na niestabilne czasy oraz znaczący lider w walce z terroryzmem na arenie międzynarodowej.

Jednak kiedy opozycyjny INC przedstawił swój program zatytułowany Sprawiedliwość, wydawało się to strzałem w dziesiątkę, szczególnie że odniesiono się w nim zarówno do nierówności ekonomicznych i niesprawiedliwych w ocenie Kongresu reform Modiego, ale również do polityki podziałów stosowanej przez BJP i marginalizowania grup mniejszościowych, szczególnie muzułmanów.

Politycy opozycji zaproponowali też wprowadzenie dochodu gwarantowanego dla najbiedniejszych, podnieśli problem drobnych rolników, którzy znaleźli się w pętli zadłużenia (co jest przyczyną plagi samobójstw), oraz podnieśli kwestię cen produktów rolnych i benzyny. Wydawało się, że opozycja ma nową energię i pomysły, jak przyciągnąć do siebie utraconych ostatnio wyborców i wyborczynie.

Sprzedawca herbaty kontra polityczna dynastia

Już pięć lat temu widać było, że premier Modi nie potrzebuje filmu biograficznego wyświetlanego z dubbingiem w kilkunastu językach regionalnych Indii, żeby zdobyć sympatię ludzi z różnych klas społecznych. Starannie buduje swój wizerunek od lat i jako pierwszy indyjski przywódca znakomicie opanował media społecznościowe. Wykorzystuje do tego swoją biografię, rzeczywiście niezwykle filmową. Pochodzi z biednej, wielodzietnej rodziny, a jego ojciec pracował, m.in. prowadząc niewielkie stoisko z herbatą na dworcu kolejowym. Dzisiejszy premier twierdzi, że w dzieciństwie musiał pomagać ojcu w pracy, bo rodzina była w trudnej sytuacji. Nowe życie i przepustkę do polityki dało mu nacjonalistyczne stowarzyszenie RSS, organizacja przypominająca nieco harcerstwo pod względem panujących w niej reguł i sposobów działania. Modi wielokrotnie powtarzał w kampanii wyborczej, że jest dumny z bycia ćaiwalą (czyli ulicznym sprzedawcą herbaty), i wzywał ludzi marzących o awansie społecznym i o nowych Indiach, żeby oddali głos właśnie na niego. Wizerunek okazał się trwały: nie zniszczyły go nawet dwie wielkie reformy gospodarcze rządu BJP, na których najbardziej stracili najubożsi.

Wizerunek sprzedawcy herbaty okazał się trwały: nie zniszczyły go nawet dwie wielkie reformy gospodarcze rządu BJP, na których najbardziej stracili najubożsi.

W 2016 roku przeprowadzono demonetyzację i bez uprzedzenia wycofano z użycia banknoty o nominałach 500 i 1000 rupii, rzekomo po to, by walczyć z praniem brudnych pieniędzy, skorumpowanymi urzędnikami, politykami i podejrzanymi biznesmenami. Równolegle promowano transakcje bezgotówkowe. Na chaosie demonetyzacji zyskały większe sklepy, średni i więksi przedsiębiorcy oraz, w dłuższej perspektywie, banki. Ubodzy i niewykształceni, mikroprzedsiębiorcy i osoby funkcjonujące w szarej strefie, czyli znaczący odsetek pracujących w Indiach, ledwie przeżyli, w dosłownym tego słowa znaczeniu, cały ten kilkumiesięczny proces. Zaraz po nim rząd wprowadził powszechny podatek od towarów i usług (GST), likwidując skomplikowany system podatkowy, różny w różnych stanach. I znów na nowym rozwiązaniu zyskali więksi gracze na rynku, bo byli w stanie szybko się do niego przystosować. Słabszych czekało bezrobocie lub życie w strachu przed nałożeniem kary za niewdrożenie przepisów.

Godne życie, godna śmierć. Indie legalizują bierną eutanazję

Opozycja przyjęła za pewnik, że zdoła przekuć niezadowolenie z tych reform panujące wśród ubogich na poparcie polityczne. Jednak rząd Modiego robił wiele, by pokazywać zmiany jako postępowe, przełomowe, wznoszące Indie na nowy poziom rozwoju gospodarczego − a jeśli nawet ktoś teraz stracił na ich wprowadzeniu, to zyska w przyszłości. Modi powtarzał, że każda reforma, która czyni państwo lepszym, skuteczniejszym i silniejszym, niesie korzyści dla wszystkich. Równolegle bardzo zręcznie też zbudował obraz opozycji jako kliki skorumpowanych, przebrzmiałych polityków powiązanych z elitą gospodarczą, którzy żerowali przez lata na najbiedniejszych.

Na korzyść Modiego działa niewątpliwie fakt, że liderem opozycji jest Rahul Gandhi, którego pradziadek, babka i ojciec byli premierami Indii. Kiedyś gwarantowałoby mu to wygraną, ale nie dziś. Nie umiał pozbyć się łatki spadkobiercy politycznej dynastii i beneficjenta nepotyzmu, przyklejonej mu przez BJP.

Modi-fikacja indyjskiej polityki

Zwycięska BJP to jednak nie tylko premier. Choć spełnia się w roli frontmana, za machinę wyborczą odpowiada Amit Shah współpracujący z Modim od lat. Pochodzą z tego samego regionu kraju, ale Shah to dobrze wykształcony przedstawiciel wyższej klasy średniej, spec od strategii kampanii. To on podobno stworzył potęgę BJP w internecie. Na reklamy w serwisach Facebook, Instagram i YouTube partia wydała podczas tej kampanii 250 milionów rupii (ekwiwalent 14 mln zł), kilkanaście razy więcej niż Kongres, jej główny oponent (14 milionów rupii, czyli 775 tys. zł). Indie mają najszybciej rosnącą populację użytkowników Facebooka na świecie. Równie popularny jest WhatsApp, też wykorzystywany przez zwolenników Modiego. W Indiach żyje więc całe pokolenie ludzi czerpiących wiedzę o polityce tylko z internetu, a właściwie z internetu w smartfonie, którzy na co dzień obcują tam głównie ze zwycięską retoryką BJP. Jeśli dołożyć do tego rekordową mobilizację gwiazd Bollywoodu i sportu przez partię rządzącą, nietrudno było przewidzieć, kogo wybiorą młodzi, szczególnie mniej świadomi politycznie wyborcy.

#MeToo zmienia Bollywood, ale czy zmieni Indie?

BJP potrafiło też jednak przeciągnąć na swoją stronę bardziej tradycyjnych wyborców. Opozycja próbowała stworzyć program wychodzący naprzeciw najuboższym i rolnikom, ale to partia rządząca zyskała więcej głosów na terenach wiejskich niż poprzednio, jak pokazują ogłoszone już bardzo szczegółowe statystyki wyborcze. Wydaje się więc, że INC wybrała nieodpowiednie środki, by dotrzeć do odbiorców i odbiorczyń, albo była dla nich niewiarygodna bądź wydawała się zbyt słaba, by oddać na nią głos.

Na pewno Rahulowi Gandhiemu nie pomógł również fakt, że nie potrafił stworzyć wspólnego frontu przeciwko prawicy z mniejszymi partiami opozycyjnymi, głównie o regionalnym zasięgu, a polityczne targi i rozgrywki między nimi prowadziły nieuchronnie nie tylko do podważenia autorytetu samego lidera, ale również do kompromitacji całej opozycji. Reguły gry w indyjskiej polityce są proste i wszystkim znane, choć brutalne: przy systemie z jednomandatowymi okręgami wyborczymi wygrany w danym okręgu bierze wszystko, a słabsze partie zostają z niczym.

Krajobraz po klęsce, czyli zamiast robić, zacznijcie gadać

Triumf Narendry Modiego w 2014 roku jest postrzegany jako jeden z wczesnych przykładów ogólnoświatowego zwrotu na prawo oraz zwycięstwa polityki podziałów i zarządzania strachem. I mimo że indyjska prawica bezspornie się w ten trend wpisuje, nie można zapominać, że pięć lat temu wygrała między innymi dlatego, że centrolewica była przekonana, że nie przegra albo zdobędzie wystarczająco dużo mandatów, by stworzyć rząd mniejszościowy. Sądziła, że ludzie zagłosują na nią z przyzwyczajenia, z rodzinnej tradycji, a może chociaż z obawy przed prawicą. Pomyliła się. Teraz zaś się okazało, że aby władzę odzyskać, potrzebuje dużo więcej pracy, zasobów i politycznej charyzmy, niż sobie kiedykolwiek wyobrażała. Kolejny wyborczy sprawdzian za pięć lat.

Bio

Weronika Rokicka

| Indolożka, politolożka
Doktor nauk humanistycznych, absolwentka indologii i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim, obecnie adiunktka na Wydziale Orientalistycznym UW; jako stypendystka rządu indyjskiego i programu Erasmus Mundus razem dwa lata studiowała w Indiach i Nepalu. W latach 2011-18 pracowniczka polskiej sekcji Amnesty International, gdzie zajmowała się obszarem praw kobiet i dyskryminacji. Ze względu na zainteresowania naukowe i pracę zawodową blisko śledzi stan przestrzegania praw człowieka i sytuację polityczną w Indiach, Nepalu i Bangladeszu, w tym szczególnie problematykę praw kobiet i przemocy wobec kobiet.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.