Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Świat

Jak Ameryka wojuje z chińskimi technologiami

„Doktryna Cheneya” głosi, że jeśli Ameryka ocenia ryzyko jakiegoś wydarzenia choćby na jeden procent, to musi mu zdecydowanie przeciwdziałać. Tak uzasadniono wojnę w Iraku, a dziś tak samo uzasadnia się próby wypchnięcia chińskiej technologii z rynków USA i UE.

NOWY JORK – Najgorszą decyzją poprzedniego pokolenia (lekko licząc) w polityce zagranicznej USA było rozpoczęcie „wojny z wyboru”. Amerykanie wywołali ten konflikt w Iraku w 2003 roku rzekomo w celu wyeliminowania broni masowego rażenia, która w rzeczywistości nie istniała. Dziś znów trzeba wrócić do tamtej katastrofalnej decyzji i dobrze zrozumieć jej pokrętną logikę, bo ten sam schemat myślenia jest obecnie wykorzystywany w Stanach Zjednoczonych do uzasadnienia innej, a równie chybionej polityki.


Decyzja o inwazji na Irak wypływała z nielogicznej argumentacji ówczesnego wiceprezydenta USA Richarda Cheneya, który oświadczył, że nawet jeśli ryzyko przejęcia broni masowego rażenia przez terrorystów było bardzo małe – jeśli na przykład wynosi tylko jeden procent – to trzeba postępować tak, jakby ten scenariusz miał się na pewno zrealizować.

Takie rozumowanie musi prowadzić częściej do podejmowania błędnych niż słusznych decyzji. Mimo to Ameryka i część jej sojuszników właśnie doktryną Cheneya uzasadniają ataki na chińskie technologie. Rząd USA twierdzi, że skoro nie możemy być pewni, że chińskie technologie są bezpieczne, to powinniśmy je blokować i postępować tak, jak gdyby były na pewno groźne.

Chiny – ostatnie mocarstwo z przyszłością?

czytaj także

Prawidłowy proces decyzyjny opiera się na przypisywaniu prawdopodobieństwa różnym alternatywom. W poprzednim pokoleniu ludzie kształtujący amerykańską politykę powinni nie tylko brać pod uwagę ryzyko związane z przejęciem broni masowego rażenia przez terrorystów – które rzekomo wynosiło właśnie jeden procent – ale także 99-procentowe ryzyko rozpętania wojny na podstawie błędnych założeń. Skupiając się tylko na jednoprocentowym zagrożeniu, Cheney (i nie on jeden) odciągnął uwagę opinii publicznej od znacznie bardziej prawdopodobnej możliwości, że wojna w Iraku będzie pozbawiona uzasadnienia i że doprowadzi do śmiertelnie poważnej destabilizacji Bliskiego Wschodu oraz globalnej polityki.

Problem z doktryną Cheneya nie polega tylko na tym, że nakazuje ona eliminowanie małych zagrożeń bez brania pod uwagę potencjalnie bardzo wysokich kosztów. Tworzy ona pokusę dla polityków, by własnych, ukrytych powodów potęgować lęki wyborców.

Podwójne standardy Zachodu

czytaj także

Właśnie to robią teraz amerykańscy przywódcy: sieją panikę wokół chińskich firm technologicznych, wskazując i wyolbrzymiając źródła niewielkiego ryzyka. Najlepiej widać to na (wcale nieodosobnionym) przykładzie ataku rządu USA na firmę Huawei, która dostarcza mobilne urządzenia dla sieci szerokopasmowych. Ameryka zamyka przed nią swój rynek i prze ostro do tego, żeby chińska firma musiała zwinąć interes na całym świecie. Tak jak w przypadku Iraku, Waszyngton może bez żadnego powodu doprowadzić do geopolitycznej katastrofy.

Śledzę rozwój technologii Huawei i jej poczynania w państwach rozwijających się, ponieważ uważam, że sieć 5G oraz inne technologie cyfrowe mogą znacząco pomóc w zwalczaniu ubóstwa  i realizacji innych celów  zrównoważonego rozwoju (SDG). W przeszłości nawiązywałem podobne kontakty z innymi firmami telekomunikacyjnymi i zachęcałem całą branżę, by robiła więcej dla osiągnięcia SDG. Kiedy napisałem krótki wstęp (za co nie wziąłem wynagrodzenia) do raportu Huawei dotyczącego tych zagadnień, zostałem skrytykowany przez wrogów Chin. Zwróciłem się więc do czołowych przedstawicieli branży oraz urzędników administracji, by pokazali mi dowody niewłaściwych działań chińskiej firmy. Wielokrotnie słyszałem wtedy odpowiedź, że Huawei nie robi nic, czego nie robiliby inni liderzy branży, których amerykański rząd darzy zaufaniem.

Mimo to rząd USA przekonuje, że sprzęt Huawei pozwalający korzystać z technologii 5G może stanowić zagrożenie dla światowego systemu bezpieczeństwa. Tzw. „backdoor”, czyli tylna furtka, w oprogramowaniu lub sprzęcie Huawei może pozwolić chińskim władzom podsłuchiwać cały świat – twierdzi Waszyngton. Przecież, przekonują urzędnicy, chińskie prawo wymaga od tamtejszych firm, by współpracowały z rządem w sprawach dotyczących bezpieczeństwa narodowego.

Fakty są takie, że sprzęt Huawei do obsługi technologii 5G jest niedrogi i wysokiej jakości. Wyprzedza już wielu konkurentów i jest wdrażany w praktyce. Wysoka jakość związana jest ze znacznymi nakładami na badania i rozwój, korzyściami związanymi z produkcją masową i nauką przez praktykę na chińskim rynku cyfrowym. Biorąc pod uwagę płynące z 5G korzyści dla zrównoważonego rozwoju, rezygnacja z wczesnego wdrożenia tej technologii przez kraje o niskim dochodzie byłoby nieroztropne.

Co wolno Jankesowi, to nie Chińczykowi

Jednak, mimo braku dowodów na istnienie tajnych furtek, władze amerykańskie mówią całemu światu, że lepiej trzymać się od Huawei z daleka. Ostrzeżenia USA mają charakter ogólny. Jak mówi członkini Federalnej Komisji Łączności (FCC) „państwo, które kontroluje technologię 5G, będzie kontrolować innowacje i ustalać standardy dla reszty świata, a tym państwem na razie najprawdopodobniej nie będą Stany Zjednoczone”. Inne kraje – między innymi Wielka Brytania, co należy podkreślić – nie znalazły ukrytych furtek w urządzeniach ani oprogramowaniu Huawei. Nawet gdyby miano je odkryć w przyszłości, , to niemal na pewno będzie je można zamknąć.

Niezwykle burzliwa debata wokół Huawei  toczy się w Niemczech, którym władze USA grożą ograniczeniem współpracy wywiadowczej, jeśli rząd w Berlinie nie zdecyduje się wykluczyć wdrażanie technologii 5G tej firmy. Szef niemieckiego wywiadu, być może pod wpływem amerykańskiej presji, postawił niedawno tezę równoznaczną z doktryną Cheneya: „Infrastruktura to nie jest obszar dla grupy, której nie można w pełni zaufać”. Nie przedstawił dowodów na żadne konkretne przewinienia. Za to kanclerz Angela Merkel walczy za kulisami o to, by rynek dla Huawei pozostał otwarty.

Stiglitz: Stany Zjednoczone mogą przegrać wojnę handlową z Chinami

Jak na ironię, zarzuty Amerykanów stanowią po części odzwierciedlenie działań inwigilacyjnych, które sami prowadzą w kraju i za granicą. Chiński sprzęt może utrudnić władzom USA podsłuchiwanie innych. Trzeba jednak skończyć z nieuzasadnioną inwigilacją jako taką, niezależnie od tego, jaki rząd za nią stoi. Monitoring niezależnej instytucji oenzetowskiej zmierzający do wyeliminowania takich działań powinien stać się częścią globalnego systemu telekomunikacji. Mówiąc krótko, postawmy na dyplomację i zabezpieczenia instytucjonalne, a nie na wojnę technologiczną.

Amerykańska próba blokowania Huawei jest niebezpieczne nie tylko dlatego, że przedłuża proces wdrożenia sieci 5G. Stanowi również poważną groźbę dla systemu handlowego opartego na ustalonych, wspólnych zasadach. Teraz, kiedy USA nie są już niekwestionowanym liderem w dziedzinie technologii, prezydent Donald Trump i jego doradcy nie chcą dłużej konkurować w tym systemie. Ich celem jest powstrzymanie Chin przed rozwijaniem coraz doskonalszych technologii. Jednocześnie próbują zneutralizować system rozstrzygania sporów w Światowej Organizacji Handlu (WTO), co także pokazuje ich pogardę dla globalnych zasad.

Teraz, kiedy USA nie są już niekwestionowanym liderem technologii, Trump nie chce dłużej konkurować w systemie światowego handlu.

Gdyby administracja Trumpa odniosła „sukces” i zdołała podzielić świat na różne technologiczne obozy, wzrosłoby po wielokroć ryzyko przyszłych konfliktów. Po II wojnie światowej Stany Zjednoczone promowały system wolnego handlu nie tylko po to, by uzyskać globalny wzrost wydajności i rozwinąć rynki dla amerykańskich technologii, ale także by odwrócić skutki załamania handlu międzynarodowego w latach 30. Zapaść ta wynikała częściowo z protekcjonistycznych ceł narzuconych przez USA (ustawą Smoota-Hawleya), które pogłębiły wielki kryzys, a później przyczyniły się do wzrostu popularności Hitlera i koniec końców – do wybuchu II wojny światowej.

W stosunkach międzynarodowych, tak jak w innych dziedzinach, podsycanie lęków i podejmowanie działań ze względu na te rozdmuchane obawy, a nie w oparciu o dowody, jest prostą ścieżką do katastrofy. Trzymajmy się logicznego myślenia, zasad i dowodów, bo to najbezpieczniejsze.

Big Brother spotyka Big Data. Oto najbardziej totalna technologia władzy w historii ludzkości

Stwórzmy niezależną organizację nadzorującą światowy system telekomunikacji, by zredukować groźbę, że jakiś kraj użyje globalnej sieci do prowadzenia inwigilacji i wojny cybernetycznej przeciwko innym państwom. Tym sposobem świat będzie mógł skupić się na wykorzystaniu przełomowych technologii dla dobra ludzkości, bo to jest teraz najpilniejsze.

 

**
Copyright: Project Syndicate, 2019. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

Bio

Jeffrey D. Sachs

| Ekonomista, Columbia University
Profesor Zrównoważonego Rozwoju oraz profesor Polityki i Zarządzania Zdrowiem Publicznym na Uniwersytecie Columbia. Jest dyrektorem Centrum ds. Zrównoważonego Rozwoju na Columbii oraz Sieci Rozwiązań na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju przy ONZ.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.