Kraj

Janiszewski: Polska jako Miss HIV

Kto potrzebuje hifa? Specjaliści, zawodowi zbawiacze świata, dobrodzieje od pastylek. Dziś Światowy Dzień Zdrowia.

Z tego zamkniętego kręgu rzadko cokolwiek wydostaje się na zewnątrz. Polskie organizacje praktycznie nie istnieją w globalnym obiegu pozarządowych sieci. Są słabe, ich przedstawiciele rzadko wyjeżdżają za granicę, nie mówią w obcych językach. Jeśli ktoś gdzieś pojedzie – niewiele z tego wyniknie dla pozostałych. Na stronach internetowych organizacji nie pojawi się nawet raport, o jakiejkolwiek dyskusji można najwyżej pomarzyć. W efekcie o polskiej sytuacji światowi specjaliści niewiele wiedzą. Nawet jeśli znają liczby, to zupełnie nie potrafią zinterpretować ich znaczenia.

– Czy możesz mi wytłumaczyć, jak to się stało, że macie u siebie tak mało wstrzykujących? – zapytała mnie Susie McLean z International AIDS Alliance, gdy nieśmiało próbowałem podpytać ją o zdanie na temat polskiej sytuacji na tle państw unijnych. – Kompletnie tego nie rozumiem i nikt mi nie umie wyjaśnić. 25–30 tysięcy to strasznie mało jak na czterdziestomilionowy kraj. Chciałabym zrozumieć, jak wam się to udało.

Kiedy w odpowiedzi zacząłem się plątać w zasłyszanych opowieściach o zmianie modelu przyjmowania narkotyków motywowanej wprowadzeniem na rynek nowych substancji odurzających, Susie tylko machnęła ręką. To już słyszała. Tak się tłumaczą przedstawiciele rządowi krajów, którzy nie wiedzą, co powiedzieć, gdy się ich nadto przyciska.

Tymczasem w międzynarodowym obiegu liczy się tylko to, co można precyzyjnie wykazać. Tak brzmi definicja sukcesu. Sukces w walce z epidemią odnosi ten, kto na podstawie rzetelnych danych odnotował wyraźny, potwierdzony w kolejnych latach spadek liczby nowych zakażeń i umie dowieść, z czym łączy się zmiana. Niewiele jest państw, które można zaliczyć do tej elitarnej grupy. – Wymieniłbym Francję, Szwajcarię, Nową Zelandię, Niemcy, Australię, może pod paroma względami Wielką Brytanię – mówi Daniel Wolfe. – Tam wszystko jest w miarę jasne. W wielu krajach obwieszczających sukces, gdy popytasz dokładnie o jego przyczyny, okazuje się, że u podstaw leży nowa metodologia obliczeń statystycznych albo znaczne ograniczenie testowania.

Zdarza się też, że słyszysz przedziwne wyjaśnienia, niemające potwierdzenia w żadnych doniesieniach naukowych. Tak jest na Węgrzech, gdzie rzeczywiście nie ma problemu z hifem, tyle tylko, że Węgrzy twierdzą, że są genetycznie odporni na zakażenie. Może i są, ale żadnymi badaniami nie umieją tego potwierdzić, więc raczej obstawiałbym zbyt niski poziom testowania jako źródło sukcesu.

Polska ma swoje odpowiedniki węgierskiej „genetycznej odporności”. Są nimi zjawiska z paradygmatu romantycznego – historia i religia.

Polsce się upiekło, ale Polska dużo pracowała na to, żeby się jej upiekło – powiedziała w 2010 roku „Gazecie Wyborczej” Anna Marzec-Bogusławska. – Częściowo są to oczywiście działania specjalistów, osób zaangażowanych w walkę z epidemią, a częściowo nie. Na pewno duże znaczenie miało to, że w latach osiemdziesiątych Polacy bardzo rzadko podróżowali po Europie Zachodniej czy USA, gdzie szerzyła się epidemia. Nie było więc gwałtownego wzrostu zakażeń, i to w okresie, gdy wiedza na ten temat była jeszcze niewielka. To dało czas naszym specjalistom na przygotowanie się na HIV. Poza tym Polska to jednak kraj katolicki i mimo wszystko podejmowanie ryzykownych zachowań seksualnych jest ograniczone, choć oczywiście ta teza niewątpliwie wymagałaby dalszych badań, by ją potwierdzić.

Rzeczywiście, w świecie polskiego hifa jest wiele tez wymagających dalszych badań, na czele z wpływami Kościoła katolickiego w obrębie instytucji i organizacji zajmujących się medycyną. Tu przypadek pani dyrektor dostarcza arcyciekawego materiału badawczego. Nie ma bowiem wątpliwości, że porozumienie między Marzec-Bogusławską i Arkadiuszem Nowakiem jest pełne i głębokie. Prawdopodobne, że to właśnie przyjaźń stała u podstaw awansu. Marzec-Bogusławska [dyrektorka Krajowego Centrum ds. AIDS – przypis red.] objęła stanowisko w 2002 roku, po tym jak ministerstwo zwolniło bez uprzedzenia Małgorzatę Czerniawską-Ankiersztejn. Środowisko huczało wówczas od plotek, że poprzedniczka była mało elastyczna w rozmowach i próbowała rządzić po swojemu, skutkiem czego Wielebny pointrygował i się jej pozbył.

Obecnie urzędująca Marzec-Bogusławska była już wówczas zatrudniona w Centrum, w dziale współpracy zagranicznej. Poza biegłą znajomością kilku języków obcych (w tym rosyjskiego, kluczowego dla zrozumienia problemów powiązanych z epidemią w Europie Centralnej i Wschodniej) legitymowała się także dyplomem Wydziału Lekarskiego warszawskiej Akademii Medycznej oraz tytułem International Master of Public Health, nadanego jej przez podyplomowe studium Hadassah Braun School of Public Heath przy Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Roczne stypendium skończyło się w 1999 roku. Po powrocie Marzec-Bogusławska niemal od razu trafiła do pracy w Centrum, by niecałe trzy lata później zostać jego szefową. Dzisiaj na stronach izraelskiej Alma Mater jest wymieniana w gronie najwybitniejszych alumnów koordynujących polityki prozdrowotne w swoich krajach.

Choć, jak mówią o niej współpracownicy, do najbardziej opanowanych w bezpośrednim kontakcie nie należy, bo zdarza jej się płakać albo krzyczeć, doskonale sprawdza się w sytuacjach publicznych. Zręcznie lawiruje między oczekiwaniami i wymaganiami kolejnych gremiów, przed którymi wypada się jej i reprezentowanej przez nią instytucji zareklamować. Wie, co i do kogo powiedzieć. Dość stwierdzić, że objęcie przez Polskę rocznej funkcji przewodniczącego w Radzie Koordynacyjnej UNAIDS w 2012 roku bez wątpienia było związane z zabiegami Marzec-Bogusławskiej. W komunikatach Ministerstwa Zdrowia przedstawia się tę decyzję jako „uznanie dla dorobku Polski w walce z epidemią HIV/AIDS”, na co miał wpłynąć fakt, że „Polska postrzegana jest w naszym regionie jako lider rozwiązań systemowych w walce z epidemią HIV/AIDS”, a decyzja o wyborze została podjęta jednogłośnie.

Zapomniano przy tym dodać, że przewodniczenie nie jest tiarą przyznawaną za zasługi, lecz funkcją koordynacyjną, sprowadzającą się do czuwania nad przebiegiem obrad Rady i reprezentowania jej w kontaktach zewnętrznych. Sprawowały tę rolę zarówno kraje odnotowujące sukcesy w walce z epidemią, jak Holandia czy Szwecja, jak i takie, które mierzą się z poważnymi problemami – Meksyk, Salwador czy Etiopia. Jeśli zaś chodzi o kwestię jednomyślności, także i ona nie jest wyrazem powszechnego zachwytu nad Polską, lecz specyficzną oenzetowską metodą korytarzowego ucierania stanowisk i punktów widzenia w obrębie działających tu programów i komisji, tak by uniknąć głosowania ujawniającego podziały. Oenzetowski świat interpretuje bowiem głosowanie jako zapowiedź konfliktów i dyplomatycznych obstrukcji, natomiast kompromisowa jednomyślność, niczym dobra wróżba z rybich wnętrzności, znaczy dobry rok.

Rada Koordynacyjna nie jest tu wyjątkiem, czego dowiedziałem się bezpośrednio od rzeczniczki UNAIDS Sophie Barton-Knott. To zorientowane na konsensus ciało – wyjaśniła mi w odpowiedzi nadesłanej po zaledwie jednym mailu z pytaniami i jednym ponagleniu – nigdy nie było zmuszone do podejmowania decyzji w trybie głosowania. Zatem Polska została wybrana jednogłośnie. Niemniej jednak, chociaż w przeszłości konkretne kandydatury przechodziły przez skomplikowany proces selekcji poprzedzony dłuższymi lub krótszymi negocjacjami, Polska kandydatura od momentu publicznej prezentacji była wsparta przez wszystkie zasiadające w Radzie podmioty. Ten układ sił Polska zawdzięcza swojej mocno utrwalonej pozycji w Radzie Koordynacyjnej UNAIDS, popartej doskonałym technicznym przygotowaniem, wysokimi kompetencjami oraz wieloletnim zaangażowaniem w przeciwdziałanie HIV w regionie Europy Wschodniej i Azji Środkowej – ostatniej części świata, gdzie epidemia wciąż wykazuje trend wzrostowy. Warto zaznaczyć, że Polska jest pierwszym krajem tego regionu, któremu przypadła rola przewodniczącego Rady Koordynacyjnej.

Fascynujące.

Specjaliści z UNAIDS tworzący tego rodzaju przesłodzone laurki doskonale wiedzą i o tym, że Polska przeznacza skandalicznie małe pieniądze na prewencję zakażeń HIV, i o tym, że łamie prawa reprodukcyjne własnych obywateli, i o tym, że za posiadanie choćby najmniejszej ilości substancji odurzającej można tu trafić do więzienia. Kto temu przeczy, nie odrobił lekcji. Nie zna chociażby raportu sporządzonego w 2010 roku przez prawnika UNAIDS Ananda Grovera dla oenzetowskiej Rady Praw Człowieka, w którym wszystkie te stwierdzenia, choć w mocno złagodzonej formie, znalazły swoje miejsce.

Chodzi o coś innego.

Polska ma za miedzą bliżej niezbadaną Białoruś, Ukrainę z 300 tysiącami zakażonych hifem obywateli oraz Rosję, która w oficjalne statystyki wpisuje około miliona zakażonych. Stanowimy zachodnie rubieże regionu o porażającej skali narkomanii iniekcyjnej. W rosyjskich oficjalnych rejestrach medycznych figuruje pół miliona nazwisk osób uzależnionych od heroiny, szacunki Federalnej Służby Bezpieczeństwa (mocno podporządkowane zmiennemu widzimisię władzy) parę lat temu podawały liczbę 6 milionów użytkowników, ostatnio ograniczyły się do 2,5 miliona. Z 60 tysięcy nowych przypadków zarejestrowanych w 2010 roku do ponad 60 procent zakażeń doszło w drodze iniekcji. Takich wskaźników nie ma żaden kraj na świecie, toteż Kreml robi, co się da, by nie przekraczały granic Rosji.

W 2011 roku po ich publikacji dyrektor Federalnego Centrum ds. AIDS doktor Wadim Pokrowski z trudem utrzymał stanowisko. Co nie znaczy, że zmieniła się polityka narkotykowa. Metadon pozostaje substancją zakazaną, a sama rozmowa w mediach o jego stosowaniu może oznaczać sankcje za „promowanie narkomanii”, bo za kwestię narkotyków odpowiada tutaj nie służba zdrowia, a aparat ścigania. Ten paradygmat obejmuje także kwestie leczenia – uzależnieni szukający pomocy w państwowej służbie zdrowia zostają automatycznie wciągnięci na specjalną listę, działającą jak centralny rejestr skazanych. Osoby na nią wpisane przez trzy lata nie mogą prowadzić pojazdów mechanicznych, często tracą pracę. Wszyscy próbują więc leczyć się za pieniądze z własnej kieszeni, bo to pozwala zachować anonimowość. Ale leczenie prywatne i publiczne odbywa się w tych samych ośrodkach i w tym samym, specyficznym, standardzie.

Pacjentom podaje się antypsychotyki i neuroleptyki – głównie haloperidol i aminezil – traktując głód narkotykowy nie jako fizyczną reakcję odstawienną, lecz jako przejaw zaburzeń psychicznych. Pod ogólnym hasłem psychoterapii często stosuje się rozmaite szamańskie metody, jak kodowanie, zwane także metodą Dowżenki, polegające na przekonywaniu pacjenta, że umrze, jeśli jeszcze raz cokolwiek weźmie. Kodowanie święci triumfy jako metoda leczenia alkoholików i często jest przeszczepiane na niwę walki z uzależnieniem od opiatów. „Umieszczam w twojej głowie kod” – przemawiają więc psychiatrzy do swoich pacjentów, spodziewając się, że zaczarowani w ten sposób heroiniści porzucą zgubny nałóg. Nie trzeba dodawać, z jakim skutkiem. Profesor Władimir Mendelewicz z Uniwersytetu Medycznego w Kazaniu, jedyny w Rosji narkolog i psychiatra otwarcie opowiadający się za wprowadzeniem terapii substytucyjnej, w swoich wykładach na temat rosyjskiej polityki narkotykowej często przywołuje publikację swoich kolegów po fachu pochodzącą z 2004 roku. Przedstawia się w niej nowatorską metodę terapeutyczną polegającą na biciu uzależnionych, co ma prowadzić do pobudzenia „szlaków endorfinowych w mózgu”.

„Rosji rozumiem nie pojmiesz” – cytuje klasyka Mendelewicz i wzdycha. – Nasze leczenie nie jest w żaden sposób oparte na wiedzy, bardziej na mitologii. Narkolodzy widzą uzależnienie jako chorobę ducha, słabość, woli, dewiację. W rosyjskiej polityce narkotykowej coraz więcej do powiedzenia ma Cerkiew. Organizuje konferencje na temat leczenia uzależnień, prowadzi ośrodki rehabilitacji, ale jedyną formą leczenia, jaką się tam stosuje, jest modlitwa i rozmowy o Bogu. Główny narkolog wspiera takie działania, wspólnie z Cerkwią organizuje się konferencje. Nic to nie jest warte, takie konferowanie – kiedyś próbowałem rozmawiać z popem o uzależnieniach, ale nie było między nami żadnego wspólnego mianownika. Robią więc terapię po swojemu, nieopartą na jakichkolwiek przesłankach medycznych. Skądinąd Cerkiew prawosławna jest bardzo zainteresowana doświadczeniami polskiego Monaru i zamierza tworzyć ośrodki oparte na tej koncepsji.

Trudno o gorszą rekomendację dla polskiego systemu leczenia i zapobiegania narkomanii niż rosyjskie zainteresowanie.

 

Cerkiew nie ma co prawda tak szerokich możliwości działania jak polski Kościół katolicki, ale bardzo zabiega o wpływy, wspierając władzę Putina, czego wyraźnie dowiodła sprawa Pussy Riot. Sam fakt, że chciałaby kopiować polskie rozwiązania, dowodzi, jak bardzo autorytarnym systemem jest oferta Monaru. W rosyjskim dyskursie polityczno-społecznym nie istnieje bowiem nic takiego jak prawa użytkowników narkotyków. Narkotyki są tutaj przedmiotem działań policyjnych i polityka interesuje się nimi głównie przez działania FSB.

Polska od strony prawnej nie różni się znacząco od modelu rosyjskiego. Penalizacja posiadania każdej ilości nielegalnej substancji psychoaktywnej wprowadzona w 2000 roku sprawiła, że podobnie jak Rosja chętnie skoszarujemy w jednej celi osoby uzależnione z nieuzależnionymi i zakażone z niezakażonymi, nie dając im żadnych narzędzi ochronnych. Nawet jeśli polskie więziennictwo – w przeciwieństwie do rosyjskiego – przyznaje, że szczelność to fikcja, a w przerzut narkotyków do cel angażują się także sami klawisze, niewiele to zmienia. Ani w polskich, ani w rosyjskich więzieniach nie prowadzi się wymiany igieł i strzykawek. Nikomu to jednak nie spędza snu z powiek. Polscy specjaliści od lat twierdzą, że narkomania iniekcyjna jest u nas w fazie zaniku, a ci, którzy „walą po kablach”, zdarzają się w celach tak rzadko, że nie ma o czym mówić.

Może i tak. A jednak narkomania iniekcyjna to w Polsce wciąż jakieś 25–35 tysięcy ludzi. W Szwajcarii na początku lat 90. wystarczyło, by zacząć bić na alarm, w Polsce nie robi szczególnego wrażenia. Toteż losy tej grupy nie są zbyt ciekawe. Trzy procent nowych użytkowników narkotyków w ciągu zaledwie dwóch lat od pierwszego zakłucia ulega zakażeniu. Specjaliści podkreślają, że to bardzo dużo. Wielka Brytania i Niemcy mają 3 procent zakażonych w całej populacji przyjmujących narkotyki w iniekcjach. W Polsce wszystko dzieje się dużo szybciej, a nie mamy wielkich bajzli, dużych scen narkotykowych. Dominują małe grupki, po parę osób. Gdybyśmy bardziej postawili na leczenie substytucyjne, moglibyśmy te nowe przypadki znacząco ograniczyć.

Ale nie stawiamy, choć na papierze wszystko jest. W papierowej wersji naszych działań stanowimy idealne połączenie kłopotów całego regionu Europy Środkowej i Wschodniej z zachodnimi recepturami. Toteż warto nas pochwalić, nie przyniesiemy wstydu.

A co z rzeczywistością? Czyżby ta nie obchodziła speców z UNAIDS?

Ależ obchodzi. Wiedzą, jak jest. Tyle tylko, że UNAIDS to inaczej Program Wspólny Narodów Zjednoczonych ds. AIDS, co w praktyce oznacza, że na działalność genewskiego biura zrzuciło się siedem różnych agend ONZ. Od dziecięcego UNICEF, przez kulturalne UNESCO, reprodukcyjny Fundusz Ludnościowy, zdrowotne WHO, rozwojowe UNDP, narkotykowe UNODC, aż po Bank Światowy. W efekcie Program nigdy nie był w pełni niezależny. Zawsze musiał liczyć się ze swoimi mocodawcami i zawsze starał się ujmować sprawy tak, by dobroczyńców nie drażnić.

Bo jak piętnować rosyjskie prawo narkotykowe, gdy szefem UNODC jest Jurij Fiedotow? Rosyjski dyplomata, inaugurując swój pobyt w wiedeńskiej delegaturze ONZ w marcu 2011 roku, wielokrotnie podkreślał, że gdy chodzi o leczenie narkomanów, istnieją różne podejścia i różne standardy, a każdy kraj decyduje po swojemu. Słuszajtie, pożałujsta. Hipnotyzowanie, kodowanie, uzdrawiające klapsy i cerkiewne śpiewy na równi z wszechstronnie przebadanym metadonem. Wsio rawnoje.

Nic dziwnego, że język epidemiologów z Genewy nie przypomina żadnego ze znanych ludzkich narzeczy. Jest niesłychanie teleologiczny – wiecznie podkreśla cele, nigdy środki. Jak i co należy robić? Wszystko, co niezbędne. Kogo należy wspierać? Wszystkich, którzy potrzebują wsparcia. I tak bez końca. Bez wskazywania winnych, bez punktowania sprzeczności, w duchu dyplomacji, dialogu i konsensusu. Daniel Wolfe w 2003 roku przedstawił arcyzabawne zestawienie wypowiedzi kolejnych dyrektorów UNAIDS z wypowiedziami przedstawicieli działającej przy UNODC Międzynarodowej Rady ds. Kontroli Narkotyków. Wszystkie odnosiły się do kwestii przeciwdziałania narkomanii w drodze tak zwanej redukcji szkód i wykluczały się co do jednej.

W 2008 roku, gdy z UNAIDS odchodził słynny Peter Piot, niezwykle charyzmatyczny lider, który w ciągu kilkunastu lat pracy z nieśmiałego belgijskiego akademika stał się prawdziwą rock star, „Lancet” opublikował podsumowanie działań oenzetowskiej agendy. Gwiazdy hifologii – Helen Epstein, Elizabeth Pisani, Jim Kim z Harvard School of Public Health – wszyscy podkreślali: sukces polega na tym, że AIDS stał się tematem globalnej dyskusji i każdy czuje się zobowiązany coś z nim robić. W mniejszym lub większym zakresie. Poza tym jednak UNAIDS stworzył kilka potężnych problemów, z którymi wszyscy muszą sobie poradzić.

Po pierwsze, gwiazda Piota przyćmiła markę kierowanej przez niego agendy – wszyscy nabrali przeświadczenia, że walka z AIDS to on i nikt więcej. Po drugie, by zebrać jak największe fundusze, UNAIDS rozdął problem, akcentując ryzyko pandemii AIDS wśród osób heteroseksualnych, tworząc obraz przeczerniony. Po trzecie, wieloletnie milczenie wokół prawnych uregulowań narkomanii, homoseksualizmu i praw kobiet do regulacji płodności sprawiło, że rozmowa o epidemii pomijała kluczowe elementy. By przeciwdziałać nowym zakażeniom, trzeba mówić prawdę i kierować się zdrowym rozsądkiem. Te dwa pryncypia nie zawsze dawały się pogodzić z kompromisami politycznymi.

I wreszcie po czwarte, będące sumą wszystkich powyższych: UNAIDS przez lata dążył, by kwestie hifa były traktowane szczególnie i wyjątkowo. Superchoroba, co wymaga ekstra środków. „Prawdziwym zagrożeniem jest zbyt małe – nigdy zbyt duże! – zrozumienie, że AIDS to wyjątkowy kryzys i coraz poważniejsze zagrożenie” – krzyczał Piot na Światowej Konferencji AIDS w 2006 roku. Wszyscy reagowali z powagą, ale wkrótce nastąpiła fala głosów krytycznych. Książki China, Pisani, Epstein, Alcabesa, wszystkie opublikowane w ciągu zaledwie kilku lat, akcentowały tę unikatowość jako rodzaj półprzejrzystej zasłony, która szeleszcząc niczym dolary, z których jest utkana, skupia na sobie więcej uwagi niż stwarzające ją problemy. Jedym słowem: UNAIDS, walcząc z epidemią, widzi AIDS, zamiast zobaczyć zjawiska, które do niego prowadzą.

Philip Alcabes pisze:

Uznać AIDS za przypadek wyjątkowy, bezprecedensowy i trudny do pojęcia, to udawać, że przed epidemią nie istniały różnice między tymi częściami Afryki, gdzie połowa populacji dożywa zaledwie czterdziestki, a Europą Zachodnią i Japonią, gdzie połowa populacji osiąga osiemdziesiątkę. To także uznać, że możliwość działania jest towarem, którego dostępność musi być ostro różnicowana. Być może presja, by widzieć AIDS jako chorobę niezwykłą, poniekąd wynika z chęci użycia epidemii jako bata, który przymusi bogate kraje Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, by ruszyły na pomoc biedniejszym narodom świata. Ale podtrzymywanie wyjątkowości AIDS pozwala twierdzić, że różnice między tymi, co mają, a tymi, co nie mają (lub inaczej mówiąc – między tymi, co pożyją długo, a tymi, co umrą młodo), są równie wyjątkowe. Że nie mają nic wspólnego z niezdolnością bogatych do bycia sprawiedliwymi w obliczu coraz większego, długodystansowego rozwarstwienia władzy i dobrobytu. Zakładając, że AIDS to coś głęboko nienormalnego, możemy już tylko z nim „walczyć” [Dread: How Fear and Fantasy Have Fueled Epidemics from the Black Death to Avian Flu, s. 178–180].

Następca Petera Piota, Michel Sidibé, nauczony doświadczeniem poprzednika, unika więc dramatycznych tonów. Całym sercem jest za normalizacją tematu i proponuje coś skromnego – zasadę trzech zer: „Zero nowych zakażeń. Zero śmierci na AIDS. Zero stygmatu”.

To brzmi jak groźba. Nie odejdziemy, póki nie nastaną trzy zera – zdają się mówić wszyscy święci z UNAIDS.

Będziemy siedzieli, tu, nad Jeziorem Genewskim, w jednym z najdroższych i najbogatszych miejsc świata. Będziemy tu czesali dobrą kasę, pisali przesłania i czekali na trzy zera jak na powtórne przyjście. Będziemy walczyli o lepsze jutro. Wasze, byście się nie zakażali, i nasze – aby nas nie rozwiązali. Amen.

Kto ma hifa? Ludzie, którzy biorą narkotyki, na potęgę uprawiają seks lub pechowo znaleźli się w nieodpowiednim czasie z nieodpowiednią osobą. Kto potrzebuje hifa? Specjaliści zatrudnieni w poważnych instytucjach, zawodowi zbawiacze świata, dobrodzieje od pastylek. Czego potrzebują ludzie zakażeni hifem? Dobrej służby zdrowia i otoczenia, które spróbuje zrozumieć, zamiast uciekać. Czego potrzebują specjaliści? Zaangażowania, wielkich kampanii, specjalnych programów i wyjątkowych przedsięwzięć.

Gdzieś w tym rozdźwięku kryje się brutalna prawda o sukcesie. O tym, że w służbie zdrowia, biznesie opartym na pomaganiu, jest go najwięcej, gdy najmniej widać. Że prawdziwy sukces w walce z chorobami polega na ich nieobecności. Że tak naprawdę nie ma go ani w papierowych gratulacjach kolportowanych przez ministerialne działy PR, ani w międzynarodowych nagrodach dla wybitnie zaangażowanych. Że poza bliżej nieokreślonym dobrostanem społecznym na nic się nie przekłada. Że jest normą. I jako norma nie daje się zmonetyzować.

Sukces w hifie polega na stabilnej, wiarygodnej służbie zdrowia i głębokim, szeroko podzielanym przeświadczeniu wspólnotowości – niezbędnym, by nieść jakąkolwiek pomoc.

Tylko tyle i aż tyle. Wszystko inne jest pozorem. Kłamstwem. Efektem obcości.

Jest to fragment książki Jakuba Janiszewskiego Kto w Polsce ma HIV? Epidemia i jej mistyfikacje, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Pominięto większość przypisów.

Jakub Janiszewski (1977) – dziennikarz radia TOK FM, reportażysta. Prowadzi audycję „Połączenie”, jest autorem głośnego reportażu Kręciła mnie taka moc w nim („Gazeta Wyborcza”, 2007) o czterech kobietach zarażonych wirusem HIV przez Simona Mola.

Bio

Jakub Janiszewski

| Dziennikarz, reporter
Dziennikarz radia Tok FM. Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie. Dziennikarstwem zajmuje się od 1999 roku. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, gdzie publikuje reportaże i wywiady. W 2006 opisał historię czterech młodych kobiet zakażonych wirusem HIV przez Simona Mola - znanego działacza na rzecz imigrantów. Wkrótce potem zajął się innym tematem powiązanym z HIV - polityką narkotykową. W swoich audycjach próbuje pokazać problematykę społeczną w kontekście systemu legislacyjnego i praw człowieka. Był nominowany do nagrody Mediatory 2006.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.