Kraj

A może legalizacja?

Wartość rynku narkotykowego w Polsce liczy się w milionach złotych. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby uświadomić sobie wielkość wpływów do państwowej kasy, gdyby opodatkować konopie indyjskie.

Premier Tusk wyznał, że palił trawkę, ale w czasach studenckich. Prezydent Clinton „palił, ale się nie zaciągał”. Obama palił i się zaciągał. W Holandii już od dawna można legalnie kupić marihuanę w coffee shopach. W Hiszpanii i Portugalii zdepenalizowano jej posiadanie. Nawet zwykle konserwatywne Stany Zjednoczone, pionierzy wojny z narkotykami, liberalizują swoją politykę, a w wielu stanach już od dawna marihuaną wspomaga się medycyna. W Europie środkowej wybiły się Czechy, można tam wyhodować do 5 krzaków konopi bez obawy, że trafi się do więzienia. Były premier Jarosław Kaczyński powątpiewał na jednej z konferencji prasowych: „Czy marihuana jest z konopi? Chyba nie”. Jednak – jak stwierdził – „z marihuaną trzeba walczyć”. Ministerstwo sprawiedliwości – jeszcze pod wodzą Zbigniewa Ziobry – przygotowało projekt ustawy zaostrzającej politykę narkotykową – za posiadanie miało grozić aż do 8 lat więzienia.

Nie ma takiej siły, by nam palić zabronili

Wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego była  niefortunna, ale stanowi dobitną ilustrację konserwatywnego dyskursu narkotykowego. Marihuana jest narkotykiem, a narkotyków używają niebezpieczni narkomani ze strzykawkami, żebrzący o działkę na dworcach. Zważywszy, że takim redaktorom jak Artur Bazak i Mateusz Matyszkowicz (Teologia Polityczna) konopie kojarzą się z lewicową kontrkulturą , spór traci jakikolwiek  aspekt merytoryczny na rzecz ideologicznej walki z lewackim złem. Wtedy polityka narkotykowa staje się trzebieniem zła.  A uzależnieni stają się orężem w partyjnych przepychankach, instrumentalizowani tak samo, jak dziadek w Wehrmachcie. Na szczęście rządy PiS mamy za sobą, choć prawo nadal karze za posiadanie najmniejszej ilości.

„Polska pali gandzię” – śpiewa Mewa, śląska artystka związana z muzyką reggae i hip – hop. „Wstawić nazwę miasta… pali gandzię”. Warszawiacy manifestują to rokrocznie, podczas „Marszu miliona blantów”. Liczba uczestników stale rośnie i w tej chwili mówi się nawet o 5 tysiącach osób. Emblemat marihuany jest stale obecny w naszej kulturze, przyozdabia odzież głównie młodych ludzi, którzy czasami chętniej utożsamiają się z zielonym liściem niż godłem narodowym. Jednak po konopie sięgają wszyscy. Dwudziestolatkowie i czterdziestolatkowie, studenci i pracownicy fizyczni, pracownicy korporacji i bezrobotni…
Gdy na scenę jednego z katowickich klubów wchodzi hip-hopowy Hemp Gru, już po chwili w głośnikach wybrzmiewa: „się jara dziewczyno, się jara chłopaku, to czysta marycha bez odoru maku, bez odoru wojny…”, a w powietrzu unoszą się opary spalanych konopi indyjskich. Skręty wędrują po sali. Pali każdy, kto ma ochotę. Ochrona się nie wtrąca, więc można, ale nielegalnie. Państwo w państwie.

Dzieci polityków w tarapatach

Kiedy wyszło na jaw, że Tomasz Lepper hoduje konopie, jego ojciec, ówczesny minister rolnictwa Andrzej Lepper, starał się przekonać opinię publiczną, że legalizacja przyniesie profity dla budżetu państwa. Jego głos jednak ledwo przedarł się przez medialną wrzawę i nie został potraktowany na serio.
Kiedy za posiadanie siedmiu i wprowadzenie do obrotu sześciu gramów marihuany skazany został Stanisław Zdrojewski, syn ministra kultury, Donald Tusk nie mówił o legalizacji, uznając zapewne, że na tak radykalne środki jest jeszcze w Polsce za wcześnie. Jego rząd miał przygotować jednak ustawę, o której wiadomo było tylko tyle, że politykę narkotykową zliberalizuje. Casus Zdrojewskiego udało się więc zracjonalizować w podobny sposób jak aferę hazardową.

Status quo niczym obrona Częstochowy

Właściwie w tym miejscu warto by zadać pytanie, dlaczego marihuana jest tak pechową używką. W 1997 roku Światowa Organizacja Zdrowia opublikowała słynny raport dotyczący konopi, jednak już rok później brytyjski „New Scientist” wykazał, że zatajony został jeden z rozdziałów dokumentu. Zawierał zestawienie suszu konopi indyjskiej z narkotykami legalnymi – tradycyjnym alkoholem i popularną nikotyną, a także z opiatami. Badania zagrożeń wynikających z użytkowania środków wypadły korzystnie na rzecz nielegalnej marihuany. Mówi się, że prominenci WHO „wpadli w szał”, gdy zapoznali się z kontrowersyjnym dokumentem.

Skoro więc prawo jest nieskuteczne, a w niektórych kręgach marihuana popularnością dorównuje wódce, skoro coraz więcej osób przyznaje się do jej palenia, a badania niezależnej WHO okazały się dla konopi korzystne, dlaczego nie zalegalizować używki?

Nie w smak to politykom. Nie w smak to również zorganizowanym grupom przestępczym, kartelom narkotykowym, które – szczególnie w Ameryce Łacińskiej – korumpują polityków i policję, zapewniając sobie monopol na handel narkotykami. Byłoby zbytnim uproszczeniem i nadużyciem stwierdzenie, że nad Wisłą sytuacja wygląda podobnie, jednak to polskie grupy przestępcze głównie zyskują na obecnych regulacjach prawnych. Pewne jest , że silne lobby spirytusowe i przemysłu tytoniowego jak Częstochowa będą bronić istniejącego status quo, aby tylko nie doprowadzić do wprowadzenia konkurencyjnego środka, który osłabi pozycję wódki czy papierosów. Warto przypomnieć, że to również rozgrywki biznesowe zadecydowały, że konopie zostały zdelegalizowane w USA na początku XX wieku, gdy jeszcze służyły w przemyśle, m. in. do produkcji papieru. Mało komu zależy na prostowaniu stereotypów.

Czy picie piwa jest furtką do spożywania denaturatu?

Ze stereotypami jest taki problem, że ich siła tkwi w braku debaty na temat polityki narkotykowej w Polsce. Duża w tym zasługa mediów, które do niedawna o narkotykach albo nie traktowały wcale, albo powierzchownie, reprodukując fałszywe twierdzenia.

O stereotypach można by napisać oddzielny artykuł. Najczęściej pojawia się ten, że marihuana jest furtką do twardych narkotyków. Pytanie: czy picie piwa jest furtką do spożywania denaturatu? No, i czy piwo nie jest furtką do marihuany, wobec czego – czy nie powinniśmy zdelegalizować złocistego napoju?
Inną powielaną „mądrością ludową” jest założenie, że legalne alkohol i papierosy wyrządziły ludziom dość zła, aby „wprowadzać” kolejną używkę. Otóż ta kolejna używka już jest, a co więcej – jej zdobycie nie sprawia trudności. Rzecz w tym, że gdy dystrybucją zajmuje się świat przestępczy, sprzedawana marihuana zawiera domieszki innych, groźniejszych i silniej uzależniających narkotyków. Dealer nie cofnie się też przed sprzedażą konopi nieletniemu. Zupełnie jakby czasy prohibicji niczego nas nie nauczyły…

Karanie się nie opłaca

Za legalizacją przemawiają też względy ekonomiczne. Wartość rynku narkotykowego w Polsce liczy się w milionach złotych. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby uświadomić sobie rząd wielkości wpływów do państwowej kasy, gdyby opodatkować konopie indyjskie. Tymczasem eksperci Instytutu Spraw Publicznych policzyli w grudniu, że ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii kosztuje nas każdego roku 80 mln złotych. „Najdroższy” jest artykuł 62 mówiący o tym, że za posiadanie jakiejkolwiek ilości nielegalnych substancji psychoaktywnych grożą trzy lata odsiadki.

Dobra polityka uznawałaby, że środki pochłaniane przez kryminalizację, policję, więzienie, etc. – bez porównania lepiej procentowałyby, gdyby były wykorzystane na pomoc ludziom uzależnionym i zagrożonym uzależnieniem – pisze konstytucjonalista, profesor Wiktor Osiatyński w pracy  Niezamierzone konsekwencje. Polityka Narkotykowa i Prawa Człowieka pod redakcją Kasi Malinowskiej-Sempruch. Osiatyński sytuuje się wśród zwolenników otwartej polityki narkotykowej, traktującej narkomanię jako chorobę, a uzależnionych jako chorych.

Chorych ludzi nie zamyka się w więzieniach. Nie skazuje się ich na resocjalizację, umieszczając w zakładach karnych wraz z przestępcami (wedle polskiego prawa za posiadanie marihuany grozi kara podobna jak za pedofilię czy gwałt). Chorym (niepełnosprawnym) ludziom pomaga się na rynku pracy, nie przekreśla zaś ich szans wpisem o karalności do akt. Chorych ludzi się leczy.

– Jeżeli penalizujemy posiadanie, to wtedy po drugiej stronie bariery staje zarówno handlarz, dealer narkotykowy, jak również jego ofiara. Ofiara ma być po naszej stronie – zaznacza Osiatyński.

Jaki jest sens ścigania i karania konsumentów? Żaden!

Argumentem za liberalizacją ustawy jest też reorganizacja pracy służb bezpieczeństwa. Policja, która obecnie zajmuje się wyłapywaniem „planktonu” narkotykowego, musiałaby się przestawić na walkę z biznesem narkotykowym, za którym stoją dobrze zorganizowane grupy przestępcze. Na łeb na szyję spadłyby również policyjne statystyki, które służą przecież jako miara skuteczności policji. Obecnie wystarczy, że ambitny aspirant złapie za rękę siedemnastoletniego licealistę, który być może próbuje pierwszy raz.

Absurd tej sytuacji obnażył pewien doktorant prawa z Gdańska. J.S. wszedł do komisariatu policji i położył na biurku woreczek z pół grama suszu konopi indyjskiej. Taka ilość wystarczyła, aby przeszukać mieszkanie jego matki, zaś jego samego zatrzymać w areszcie na 24 godziny.

Jak powiedział „Wyborczej”, tylko dzięki prowokacji mógł złożyć skargę do Trybunału Konstytucyjnego na obowiązujące prawo, jego zdaniem – niezgodne z ustawą zasadniczą.

„Wielu orędowników obowiązującego prawa nie zdaje sobie sprawy z tego, że angażowanie prawa karnego w rozwiązywanie społecznych problemów obwarowane jest w Konstytucji RP szeregiem warunków, wśród których są: skuteczność w realizacji celu, proporcjonalność skutków do uciążliwości użytych środków dla obywateli, oraz brak alternatywnych strategii. Obowiązująca „Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii” nie spełnia żadnego z nich” – twierdzi dr Mateusz Klinowski w swoim tekście: „Polityka narkotykowa, czyli popis demagogii”.

– Jaki jest sens ścigania i karania konsumentów? Żaden! Organy ścigania i wymiaru sprawiedliwości są niewydolne, jeśli dwadzieścia godzin zajęło im postawienie mi zarzutu z art. 62 ust. 3, czyli przypadek mniejszej wagi. A gdyby w tym samym momencie swój czyn ujawnili wszyscy konsumenci z Trójmiasta? – pytał J.S.

Wydaje się, że do legalizacji jeszcze długa droga. Są jednak powody do optymizmu. Potrzeba nam jednak jeszcze więcej takich „komandosów” jak J.S., którzy obnażają sens istniejącego prawa. Potrzeba włączyć problematykę narkotykową do debaty publicznej, czym zajmuje się już „Gazeta Wyborcza” czy „Krytyka Polityczna”. Bo, jak twierdzi prof. Vetulani z Instytutu Farmakologii Polskiej Akademii Nauk w Krakowie: – Nasze społeczeństwo jest już przygotowane do zaakceptowania legalizacji marihuany.

* Do 5 „krzaczków”. Dlaczego ustawodawca decyduje, co mi wolno, a co nie, uprawiać we własnym mieszkaniu? W czym lepszy jest kaktus od konopi indyjskiej?

Korzystałem m.in. z:
Gazeta.pl, Krytykapolityczna.pl, Narkopolacy.pl, Hyperreal.info, Wolnekonopie.pl, Spliff.com.pl

Dominik Łaciak www.litery.blog.pl

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij