Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Energia dla bidoków

Matthew Desmond, „Bieda w Ameryce”

„W dzisiejszych czasach bardziej akceptowalne społecznie jest przyznanie się do choroby psychicznej niż do tego, że jest się spłukanym” – pisze Matthew Desmond.

ObserwujObserwujesz
Dom w Delcie Mississippi Recenzja
Walka

W powszechnym dość mniemaniu ludzie biedni dzielą się na dwie grupy. Jedni to ci, którzy są biedni w rezultacie wyłącznie swoich własnych słabości i zaniedbań – uzależnieni, leniwi, nie dość zawczasu roztropni, żeby urodzić się w dużym mieście albo już w podstawówce wytyczyć sobie najwłaściwszą ścieżkę edukacji – drudzy zaś bardzo realistycznie biednych udają, bo niczego tak na świecie nie pragną, jak naciągać liczne instytucje państwowe i kościelne na zapomogi, lokale socjalne, torby z chrupkimi owocami, używane zabawki dla dzieci i przechodzone swetry.

Biedę uznano więc albo za osobistą wadę i pochodną – do wyboru – charakteru, wykształcenia, inteligencji, albo za kostium nakładany w celach wyrachowanych i łupieżczych. W tym drugim przypadku bieda byłaby czymś w rodzaju płaszcza w strzępach, siekacza zamalowanego flamastrem na czarno i kontrolowanej drżączki obu dłoni, a życie takiego biedaka – wieczną grą w monodramie „Ja, biedak”.

Czytaj także Ikonowicz: Biedni, których nie widać Piotr Ikonowicz

Bieda zarazem jest i nie jest widoczna. Chętnie ją zauważymy i napiętnujemy moralizatorskim komentarzem tudzież darmową kołczingową radą, jeśli będą to sceny w stylu Dickensa czy naturalistów, a więc dziatwa nad rynsztokiem, podupadła okolica z przewagą kamienic o murach wysmarowanych sześćdziesioną i judeosceptycyzmem, mieszkanie zamienione w melinę, rodzina 2+8 w domku z pustaków gdzieś na wsi podkarpackiej, lubuskiej, suwalskiej.

Wielu z nas łączy biedę z bezrobociem, dlatego trudno nam sobie wyobrazić, że istnieją biedni pracujący. Jeszcze trudniej, że bierzemy aktywny udział w czyimś ubożeniu, wyzysku, odbieraniu szans na zmianę. My?! Co najwyżej jacyś miliarderzy albo wielkie korporacje. Nas interesuje przecież tylko, żeby było najtaniej, najszybciej, pod nos i z uśmiechem. „Staliśmy się panami w nowej gospodarce usług, w której zanonimizowana, nisko opłacana siła robocza wykonuje zlecenia klasy uprzywilejowanej”. […] „Głodowe pensje pozwalają utrzymać ceny na niskim poziomie. Nieustanny nadzór i kontrola umożliwiają szybką obsługę”.

Czy książka o biedzie w Ameryce może nam coś powiedzieć o biedzie w Polsce? Jak najbardziej – może. Jesteśmy przecież peryferyjnym, entym stanem tego mocarstwa, jak pozostałe kraje sprzęgnięci globalizacją, późnym kapitalizmem, Big Techami, mitologią i anglojęzycznymi symbolami liberalizmu. To stamtąd przybyło do nas „sojowe latte” jako symbol nieskorego do uczciwej roboty i odklejonego lewactwa – stamtąd zstąpiły do nas mutacje „królowych na zasiłku”, wielorękich bogiń Kali, które bezczelnie pozyskują kasę z naszych podatków, żeby spać do południa i byczyć się przed telewizorem.

Najróżniejsi internetowi mędrkowie, zamożne banany, cyniczne nepociaki i zawodowi komentatorzy wszystkiego, tacy, co to oceniają „na chłodno” i „mówią, jak jest”, wprost po amerykańsku przekonują nas przecież, że bieda to stan umysłu; że nie-biedę, czyli bogactwo, należy sobie wyafirmować; że bezdomni sami wybierają sobie własny los, a jeśli ci w tej firmie dokręcają śrubę, to znajdź sobie inną – w innym województwie, na innej planecie. Ameryka jest wszędzie, w nas i wokół nas.

Matthew Desmond jest socjologiem i autorem książki Eksmitowani. Nędza i zyski w jednym z amerykańskich miast, za którą niecałą dekadę temu dostał Nagrodę Pulitzera. Jego najnowsza rzecz, Bieda w Ameryce, to próba odpowiedzi na pytanie o przyczyny niedostatku w krainie obfitości.

„Gdyby amerykańscy biedni założyli własne państwo, liczyłoby ono więcej mieszkańców niż Australia czy Wenezuela. Niemal co dziewiąty Amerykanin – w tym co ósme dziecko – zmaga się z niedostatkiem. W Stanach Zjednoczonych żyje ponad 38 milionów ludzi, których nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb, a przeszło 108 milionów utrzymuje się za 55 tysięcy dolarów rocznie lub mniej; wielu z nich tkwi w zawieszeniu między biedą a kruchym poczuciem bezpieczeństwa”. Desmond uzupełnia ten trzeźwiący opis jeszcze o taką konstatację: „co osiemnasty mieszkaniec Stanów Zjednoczonych żyje w »głębokim ubóstwie«, czyli na najniższym poziomie niedostatku”.

Czytaj także Kapitalizm barbarzyński. Szybka dostawa to nie prawo człowieka Wojtek Żubr Boliński

Wylicza ponadto, czym bywa w istocie bieda, bo ta jest nie tylko pojęciem i położeniem ekonomiczno-społecznym, lecz też, a może przede wszystkim, fizycznym bólem, nieustępującymi chorobami, które próbuje zagłuszyć się używkami, „traumatycznym doświadczeniem”, życiową niestabilnością, tułaczką, spiralą kredytową, więzieniem za byle nieuiszczona grzywnę lub opłatę, wegetacją podtrzymywaną chwilówkami, stresem czy „ciągłym strachem, że będzie jeszcze gorzej”. Bieda odziera z ambicji i zdolności.

Bieda zawęża horyzont, bo biedni koncentruje się głównie na przetrwaniu, odpuszczają więc sobie to, co twórcze, zbyt na pozór intelektualne, nieprzynoszące wymiernych, natychmiastowych efektów. Bieda traktowana jest przez innych niczym powód do wstydu. Jak gorzko zauważa Desmond, „w dzisiejszych czasach bardziej akceptowalne społecznie jest przyznanie się do choroby psychicznej niż do tego, że jest się spłukanym”. Powołuje się również na behawiorystów, Sendhila Mullainathana i Eldara Shafira, którzy utrzymują, że „ubóstwo ogranicza zdolności poznawcze człowieka bardziej niż zarwanie całej nocy”.

Sytuacja biednych nie poprawia się jednak nie dlatego, że kolejne rządy skąpią na ten cel pieniędzy. Ta informacja może zaszokować sojuszników osób niezamożnych, zwłaszcza tych okazjonalnych i korespondencyjnych, ale wydatki na ten cel rosną. Tyle że według Desmonda „amerykańskie państwo opiekuńcze przypomina dziurawy kubeł”, w następstwie czego wsparcie finansowe często nie dociera do naprawdę potrzebujących albo dociera w szczątkowej postaci, bo „po drodze” karmią się nim najróżniejsze instytucjonalne podmioty, opiekunowie tego i owego, biurokracje i modne, zbędne fanaberie warsztatowo-motywacyjne.

Wbrew powszechnej opinii nie tylko niezamożni korzystają z takiej czy innej formy „socjalu”. Zabezpieczeni i możni doją najróżniejsze dopłaty i ulgi, aż im się uszy trzęsą. Tyle że nie wytyka się ich za to palcami – prędzej bije im się brawo, wychwalając „zaradność” i umiejętność pozyskiwania środków „na rozwój”. 

„W 2020 roku rząd federalny wydał ponad 193 miliardy dolarów na subsydia dla właścicieli domów – kwotę znacznie przewyższającą wydatki na bezpośrednią pomoc mieszkaniową dla rodzin o niskich dochodach (53 miliardy). Większość rodzin korzystających z tych ulg to zamożni biali Amerykanie z sześciocyfrowymi dochodami. Biedne rodziny, którym udało się uzyskać mieszkanie komunalne, często muszą zmagać się z pleśnią i farbą z ołowiem, podczas gdy bogaci odliczają od podatków odsetki od kredytów hipotecznych na pierwsze i drugie domy. Dla ubogich rodziców limit czasowy pobierania zasiłku gotówkowego wynosi pięć lat, lecz rodziny odliczające odsetki mogą robić to przez trzydzieści lat, czyli przez cały okres spłacania kredytu. Piętnastopiętrowy blok komunalny i jednorodzinny dom na kredyt – oba są dotowane przez państwo. Ale tylko jedno z tych miejsc wygląda, jakby korzystało z pomocy rządowej”.

Czytaj także Zarób 120 dolarów i pomóż bogaczowi żyć wiecznie Magdalena Bazylewicz

Jakie remedium na niedolę tak wielu Amerykanów proponuje Desmond? Są to rozwiązania stare jak świat, ale w Ameryce rozdygotanej od mitycznego socjalizmu, wkręconej w bitewki kulturowe (zamiast w wielką wojnę wyzyskiwanych z wyzyskującymi) i skrojonej pod miliarderów, potężne familie biznesowe i korporacje nie będzie łatwo dokonać takich zmian. Należy więc podnieść najwyższą stawkę podatkową i metodycznie eliminować z gry wszelkiego rodzaju oszustów i cwanych wymigiwaczy z obowiązków podatkowych. Dalej – „wspierać w tworzeniu bogactwa, ale nie hojnie do niego dopłacać” oraz „poszerzyć możliwości mieszkaniowe rodzin o niskich dochodach”.  

Przede wszystkim jednak trzeba się organizować i hardo bić o swoje tu i teraz, bez oglądania się na farmazony o skapywaniu, o wspaniałomyślnym, a ciemiężonym przez rząd pracodawcy, byciu kowalem własnego losu czy o cnotach niskopłatnego znoju.  

„Podnieśmy poziom życia – poprzez zrównoważenie naszej siatki bezpieczeństwa socjalnego; wzmocnijmy pozycję biednych – poprzez ograniczenie wyzysku; zainwestujmy w powszechny dobrobyt – odrzucając segregację. Tak właśnie zlikwidujemy ubóstwo w Ameryce”.

**
Wszystkie cytaty z książki Matthew Desmonda w przekładzie Piotra Królaka.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x