„Czy powinienem się martwić?” – pyta jeden z użytkowników subredditu r/plassing, załączając zdjęcie swojego przedramienia, niemal w całości pokrytego bordowymi zasinieniami. Komentujący jednogłośnie wysyłają go do lekarza, przywołując własne historie spapranych wkłuć w punktach poboru osocza.
Ktoś inny skarży się, że w jego lokalnym punkcie płacą mniej niż kiedyś: „Coraz więcej ludzi jest spłukanych, więc coraz więcej oddają osocze. Podaż rośnie, stawki spadają”. Inny użytkownik powątpiewa: „W punkcie poboru mówili mi, że podaż jest niska, bo ludzie dostają teraz zwrot podatku. Największa jest w okresie Bożego Narodzenia. 130 dolarów tygodniowo to świetne pieniądze, u mnie było 90, teraz jest nieco lepiej, bo 120”.
W innym wątku ktoś pyta, jak mocno odbija się na zdrowiu oddawanie osocza dwa razy w tygodniu. Ktoś odpowiada, że oddawanie osocza pomogło mu obniżyć cholesterol. Inna osoba przytacza badania o tym, że częste donacje obniżają stężenie mikroplastiku w organizmie. Kolejna skarży się na zawroty głowy i fizyczne wyczerpanie.
Reddit proponuje powiązane wątki: r/pracaniewolnicza, r/finansebiedoty.
Stany Zjednoczone to jedno z kilku państw na świecie, w których płaci się za oddanie osocza krwi. Rozwój medycyny, a wraz z nim rosnący popyt na osocze, doprowadziły do gwałtownego rozrostu branży komercyjnych punktów jego poboru. W latach dwutysięcznych na rynek wkroczyły duże korporacje, które ulokowały swoje placówki w miastach akademickich, podmiejskich pasażach handlowych i obszarach o niższych dochodach. Z czasem punkty te stały się powszechnym i wyraźnie widocznym elementem amerykańskiego krajobrazu.
Od świtu ustawiają się przed nimi kolejki dawców. Są wyposażeni w specjalną kartę, na którą wpływa wynagrodzenie za oddane osocze. Chociaż punkty poboru mają obowiązek przeprowadzać odpowiednie testy przed pobraniem osocza, w niektórych przypadkach te ograniczają się one do wypełnienia elektronicznego formularza i pomiaru ciśnienia, żeby zapobiec ewentualnym omdleniom.
Punkty poboru zachęcają do donacji, odwołując się zarówno do korzyści finansowych, jak i altruizmu („Zarób aż 400 dolarów, pomagając innym! Oddaj osocze już dziś i buduj siłę Ameryki!”), lecz przygniatająca większość dawców oddaje osocze, żeby pokryć najpilniejsze wydatki. Badania wykazały, że po otwarciu takiego punktu o kilkanaście procent spada popyt okolicznych mieszkańców na „chwilówki”. Analiza danych z telefonów komórkowych wykazała zaś wzrost wizyt w lokalnych dyskontach i sklepach spożywczych bezpośrednio po wizycie w punkcie pobrań. Wielu dawców oddaje osocze dwa razy w tygodniu, bo na tyle pozwala amerykańskie prawo. W większości innych państw można to robić nie częściej, niż co dwa tygodnie.
Dzięki tak generowanej podaży Stany Zjednoczone dominują na globalnym rynku osocza, zapewniając około 70 proc. jego światowego wolumenu. Są jego największym producentem i eksporterem.
Osocze krwi to fundament współczesnej terapii hemofilii i neurologii. Jego masowe wdrożenie w połowie ubiegłego wieku, będące początkowo naukowym triumfem, doprowadziło jednak do splotu zdarzeń uznawanych dziś za jeden z największych dramatów w dziejach medycyny.
W połowie lat 60. naukowcy opracowali metodę pozyskiwania z osocza krwi koncentratu białka znanego jako czynnik VIII, który wspomaga proces krzepnięcia krwi. Dla chorych na hemofilię była to zmiana rewolucyjna; nie musieli już regularnie stawiać się w szpitalu na transfuzje krwi lub osocza, lecz mogli samodzielnie podawać sobie lek w domu.
Czynnik VIII powstawał przez łączenie osocza od tysięcy dawców. Zapotrzebowanie było ogromne, dlatego w Stanach Zjednoczonych firmy często płaciły za krew tzw. dawcom wysokiego ryzyka, w tym więźniom i osobom uzależnionym od narkotyków. Wystarczyło, aby jeden zakażony dawca znalazł się w puli liczącej nawet 60 tysięcy osób, by skazić całą partię preparatu.
Chcąc obniżyć koszty, firmy sięgnęły po jedną z najbardziej zdesperowanych grup społecznych, czyli więźniów osadzonych w zakładzie karnym Cummins w stanie Arkansas.
W więzieniu, gdzie osadzeni nie otrzymywali wynagrodzenia za swoją pracę, program oddawania osocza był jednym z niewielu sposobów zdobycia pieniędzy. Więźniów badano odpowiednio pod kątem chorób, a niektórym płacono nie gotówką, lecz narkotykami. Osadzeni uczestniczyli również w prowadzeniu dokumentacji i rejestrów badań przesiewowych. Niektórzy z nich za łapówki dopisywali do listy dawców osoby wykluczone ze względów medycznych, na przykład nosicieli wirusowego zapalenia wątroby typu B. Skażone osocze wykorzystywano następnie do produkcji czynnika VIII, który trafiał do Kanady, Europy i Azji. W konsekwencji tysiące osób zostało zakażonych wirusem HIV oraz wirusowym zapaleniem wątroby typu B i C.
Po serii ostrzeżeń wydanych przez Federalną Agencję Żywności i Leków, zaniepokojoną rozprzestrzenianiem się nowo poznanego wirusa HIV wśród grup wysokiego ryzyka, oraz dzięki przeciekom od samych więźniów i śledztwom dziennikarzy, skandal wyszedł na światło dzienne. Program zakończono w 1994 roku, tymczasem jednak wirusem HIV I wirusem zapalenia wątroby typu C zakażono dziesiątki tysięcy ludzi. Tragedia ta była tym bardziej bulwersująca, że nauka dysponowała już narzędziami mogącymi jej zapobiec.
W połowie lat 80. opracowano i wdrożono metodę obróbki cieplnej osocza, która skutecznie eliminowała wirusy, w tym HIV. Mimo to amerykańskie firmy farmaceutyczne nadal eksportowały starsze, potencjalnie zakażone preparaty na rynki zagraniczne, próbując wyprzedać istniejące zapasy.
W wielu krajach ruszyły wieloletnie śledztwa, które obnażyły skalę zaniedbań, korupcji oraz systemowego tuszowania faktów. We Francji skandal doprowadził do procesów karnych i skazania wysokich urzędników państwowych, w tym byłego dyrektora Narodowego Centrum Krwiodawstwa. W Wielkiej Brytanii, po opublikowaniu przełomowego raportu ze śledztwa, rząd oficjalnie przeprosił ofiary i zobowiązał się do wypłaty miliardowych rekompensat dla tysięcy osób. W Kanadzie utworzono fundusz odszkodowawczy w wysokości 1,2 miliarda dolarów i zlikwidowano ówczesny program krwiodawstwa Czerwonego Krzyża.
Przed zakażonymi pacjentami w USA stało osobne wyzwanie.
W połowie ubiegłego wieku niemal wszystkie stany uchwaliły tak zwane blood shield laws, czyli zasadę ograniczonej odpowiedzialności za preparaty krwiopochodne. Przepisy te zostały pierwotnie uchwalone w celu ochrony zasobów krwi po serii zakażeń wirusem WZW w latach 50. Ustawodawcy obawiali się, że jeśli banki krwi zostaną pociągnięte do odpowiedzialności za wirusy, których nie są jeszcze w stanie wykryć, to zbankrutują, a cały system opieki zdrowotnej ulegnie załamaniu.
Blood shield laws chronią firmy zajmujące się osoczem przed pozwami od osób zakażonych za sam fakt zakażenia, chyba że poszkodowanym uda się udowodnić rażące zaniedbanie ze strony firmy, na przykład wykażą brak przestrzegania ustalonych standardów zawodowych lub zignorowanie znanego zagrożenia. Ponieważ wirus HIV był wirusem nowym, a testy na jego obecność pojawiły się dopiero w 1985 roku, wiele firm argumentowało, że nie dopuściły się zaniedbania, ponieważ przestrzegały ówczesnych standardów branżowych. To sprawiło, że osobom cierpiącym na hemofilię niezwykle trudno było skutecznie dochodzić odszkodowania.
Branża medyczna utrzymuje, że przepisy te są konieczne, bo po pierwsze nikt nie jest w stanie zagwarantować, że produkty krwiopochodne będą w stu procentach wolne od patogenów, gdyż nieznane wirusy mogą dostać się do zasobów krwi, zanim zostaną opracowane odpowiednie testy. Po drugie, gdyby banki krwi ponosiły odpowiedzialność za wszelkie wyrządzone szkody, nawet kiedy bezbłędnie przestrzegają wszystkich zasad bezpieczeństwa, koszty ubezpieczenia wzrosłyby tak bardzo, że wiele banków o charakterze non-profit musiałoby zakończyć działalność.
Przełom nastąpił w 1992 roku, kiedy zakażona wirusem HIV podczas transfuzji Susie Quintana wygrała sprawę przeciwko United Blood Services. Jej prawnicy skutecznie wykazali, że standardy obowiązujące w całym sektorze krwiodawstwa w 1983 roku były niewystarczające, a Quintana otrzymała odszkodowanie w wysokości ośmiu milionów dolarów.
Niedługo później tysiące osób z hemofilią na całym świecie pozwały gigantów farmaceutycznych Bayer, Baxter, Armour oraz Alpha Therapeutic. W ramach ugody przedsiębiorstwa zgodziły się wypłacić łącznie 640 milionów dolarów około sześciu tysiącom pacjentów w Stanach Zjednoczonych.
Obecnie kraje dopuszczające wynagrodzenia za osocze argumentują, że nowoczesne technologie badań znacznie ograniczają ryzyko zanieczyszczenia preparatu, a ich model zapewnia im samowystarczalność w produkcji leków ratujących życie. To mocny argument. Europa jest uzależniona od importu osocza z USA, a kraje z modelem płatnym są mniej narażone na jego niedobory.
Większość krajów stosuje jednak zalecenie Światowej Organizacji Zdrowia i polega na nieodpłatnych donacjach wynagradzanych symbolicznie, na przykład słodyczami. Zalecenie opiera się na założeniu, że wynagradzanie dawców może skłaniać ich do ukrywania problemów zdrowotnych, ale rodzi to również poważne pytania o naturę samego systemu. W praktyce bowiem amerykańska dominacja na tym rynku opiera się na osobach, które nie zdecydowałyby się na regularne nakłuwanie żył, gdyby nie ich własne problemy finansowe.
Chcąc poprawić im samopoczucie, punkty poboru odwołują się w sloganach reklamowych do altruizmu i ratowania życia, chociaż pełny obraz przemysłu osocza to również hasło „Zarób 120 dolarów i pomóż bogaczowi żyć wiecznie!” Osocze jest bowiem wykorzystywane również do drogich, eksperymentalnych terapii odmładzających i (być może) przedłużających życie ludzi, którzy musieliby żyć dziesiątki tysięcy lat, żeby wydać swoje pieniądze.
Kilka lat temu zainteresowaniem broligarchów z Doliny Krzemowej cieszyła się spółka Ambrosia, oferująca transfuzje osocza wyłącznie od młodych dorosłych. Pomysł podłapał również Bryan Johnson, multimilioner z obsesją życia wiecznego, który przetaczał sobie osocze pobrane od własnego syna. Trudno powiedzieć, co młody Johnson naprawdę sądził o tym eksperymencie, ale można założyć, że przynajmniej nie uczestniczył w nim po to, żeby zarobić na czynsz.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.