Historia

Zapomniany październik

Październik '56 radykalnie nie pasuje do współczesnej polityki historycznej. Dzięki temu możemy za to spojrzeć z ukosa na wiele jej mniej lub bardziej skrytych założeń.

Minęła właśnie rocznica jednego z najważniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski – października 1956 roku. Historia wyjątkowo się wtedy do nas uśmiechnęła, uniknęliśmy interwencji radzieckiej i losu Węgrów, wyszliśmy ze stalinizmu, wchodząc w znacznie mniej opresyjny, względnie otwarty jak na standardy Bloku Wschodniego porządek. Choć październik dla tego, jak wygląda dziś politycznie i społecznie Polska, ma dużo większe znaczenie niż walki „żołnierzy wyklętych”, o tej rocznicy względnie cicho w przestrzeni publicznej. Nikt nie rekonstruuje wiecu na dziedzińcu Politechniki, milczą prezydent, premier, a media informują o wydarzeniach sprzed lat dość oględnie. Dlaczego tak się dzieje? Powód jest dość oczywisty. Październik radykalnie nie pasuje do współczesnej polityki historycznej.

Polityczny thriller

A przecież historia polskiego października to narracja dużo ciekawsza, niż te, wokół których polityka historyczna „dobrej zmiany” stara się zintegrować dziś naród.

Historię tego, co działo w Polsce 60 lat temu, a właściwie całego procesu zaczynającego się tak naprawdę już po śmierci Stalina, czyta się niczym świetny polityczny thriller.

Po śmierci Stalina także w Polsce narasta napięcie w aparacie władzy. Zużywa się stara formuła rządów opartych o masowy terror i totalną ideologiczną mobilizację, choć oba te procesy nieprzerwanie trwają. Napięcia eksplodują robotniczym wystąpieniem w czerwcu ‘56 w Poznaniu. Władza traci zdolność całkowitej kontroli nad częścią podległych sobie instytucji i organizacji, w tym nad tytułami prasowymi. Formułują one postulaty mniej lub dalej idących reform. Organizują się studenci, młoda inteligencja, oddolny aktyw partyjny, robotnicy domagający się samorządu robotniczego jako odpowiedzi na władzę wyalienowanej biurokracji. Elita partia rozdarta jest między bardziej zamordystyczną, antyinteligencką, frakcję natolińską, a bardziej liberalną frakcję puławian.

Cały ten konflikt sprzecznych interesów rozwiązać mógł, jak się wydaje, tylko jeden człowiek – akceptowany zarówno przez dwie frakcje elity, oddolnie zmobilizowany aktyw, inteligencję i robotników: Władysław Gomułka, jeszcze niedawno stalinowski więzień trzymany w zamknięciu za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”. Jednocześnie w kraju stacjonuje około 100 tysięcy radzieckich żołnierzy, a w wielu polskich jednostkach faktyczne dowództwo sprawują radzieccy doradcy. Marszałkiem Polski i członkiem Biura Politycznego jest lojalny bezpośrednio wobec Moskwy marszałek Rokossowski. Dalsze setki tysięcy radzieckich żołnierzy stacjonują w sąsiednim NRD.

19 października ma się odbyć posiedzenie Biura Politycznego, na którym ma zostać wybrany jego nowy skład. Z Gomułką, bez Rokossowskiego. W nocy z 18 na 19 października w stronę Warszawy ruszają radzieckie wojska z Pomorza Zachodniego i Dolnego Śląska oraz dowodzone przez Sowietów oddziały Wojska Polskiego z północy kraju. Współpracujący z BP generałowie mobilizują wojska KBW do obrony Warszawy, blokady na drogach stawia lojalna policja. 19 października do Warszawy z niezapowiedzianą wizytą przylatują przywódcy radzieccy z Chruszczowem na czele. Nie wydają się gotowi na ustępstwa. W obronie proponowanych zmian na szczytach władzy w Polsce mobilizują się robotnicy, studenci. Wszystko skończyć się może dramatycznym rozlewem krwi.

Nie kończy się. Rosjanie się wycofują, wojska radzieckie wracają do baz. Nie wiadomo, co wtedy zdecydowało o takim a nie innym scenariuszu, coraz więcej historyków przychyla się do tezy, że zmiany w Warszawie uratował Pekin, stawiając twarde weto radzieckiej interwencji. Nie chodziło o pryncypia, tylko o walkę z Moskwą o równoprawną pozycję w Bloku Wschodnim – wobec pacyfikacji Budapesztu kilka dni później Chińczycy podobno nie mieli żadnych obiekcji.

W Polsce kończy się stalinizm, PRL przestaje być państwem totalitarnym, choć ciągle jest krajem niedemokratycznym, autorytarnym, miejscami silnie represyjnym. Zakres swobód, jakie otwiera październik, jest względnie spory, oczywiście jak na standardy „demoludów”. Nie mamy przymusowej kolektywizacji rolnictwa, mamy względną swobodę w kulturze, otwarcie na Zachód, postępowe prawa reprodukcyjne, tolerancję dla Kościoła rzymskokatolickiego włącznie z obecnością katolickich posłów w Sejmie.

I choć historia to naprawdę ciekawa, trudno nam ją opowiedzieć w ramach parametrów obecnej polityki historycznej. Pozwala ona za to spojrzeć z ukosa na wiele jej założeń.

Naród i partia

Po pierwsze, historia października obala mit o całkowitej alienacji partii i narodu w PRL. Gdy Gomułka obejmował władzę, cieszył się autentycznym społecznym poparciem – choć oczywiście wynikało ono także z tego, że po dekadzie stalinowskiego terroru, ludzie nie byli sobie w stanie wyobrazić powrotu do prawdziwie pluralistycznej polityki.

Październik zadaje kłam przekonaniu o całkowitym odrzuceniu przez Polaków socjalizmu – masowa mobilizacja w ’56 roku była mobilizacją na rzecz wolności od stalinowskiej partii, ale także w niej i przez nią. Przez krótką chwilę wśród kilku istotnych aktorów społecznych wytworzyło się przekonanie, że możliwa jest realizacja szerokich społecznych aspiracji w ramach reformowania PRL.

Październik pokazuje też, że członkowie kierownictwa PZPR, jak wszyscy politycy, dążyli do maksymalizacji swojej niezależności wobec seniora – w tym wypadku Związku Radzieckiego. Przez to w niektórych momentach także politycy PZPR byli w stanie prowadzić politykę zgodną z długoterminową racją stanu Polski. W przypadku ekipy Gomułki taka konwergencja interesów państwa i partyjnego kierownictwa bez wątpienia zaszła w ’56 roku. Powstrzymanie radzieckiej interwencji, odejście od totalitarnego modelu i kolektywizacji rolnictwa, jakiś kompromis z Kościołem rzymskokatolickim – wszystko to pokrywało się z rozumianą ponadpartyjnie, długoterminowo racją stanu. Tak samo jak późniejsza polityka szefa MSZ w rządzie Cyrankiewicza, Adama Rapackiego, z jego propozycją utworzenia sfery bezatomowej w Europie Środkowej, czy zwłaszcza uzyskanie przez Gomułkę uznania przez kanclerza RFN Brandta dla zachodnich granic Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Oczywiście, nie znaczy to, że mamy teraz zacząć stawiać pomniki Gomułce i Rapackiemu, jako wielkim mężom stanu. Ale okrągła rocznica października powinna być okazją do tego, by po ponad ćwierć wieku od końca PRL, po koniecznym okresie rozliczeń ze zbrodniami i nadużyciami tego systemu, zacząć patrzeć na niego w zniuansowany sposób, wychodzący poza proste, prokuratorskie schematy.

Robotnicy i samorząd

Październik przypomina też bojową, polityczną tradycję polskiej klasy robotniczej. Jej wystąpienie z czerwca w Poznaniu obecna władza próbuje wpisać w wyłącznie patriotyczny, narodowy, antykomunistyczny kontekst. To prawda, że i w czerwcu w Poznaniu, i w październiku w całej Polsce robotnicy wznosili także hasła antyradzieckie, patriotyczne, domagali się uwolnienia więzionych księży, powrotu religii do szkół, mszy obrządku rzymskiego transmitowanych w radio. Ale domagali się nie tylko tego.

Wystąpienia z ’56 roku miały silnie klasowy charakter. Były wystąpieniami klasy robotniczej w ramach socjalistycznego państwa, przeciw jego władzy.

Robotnicy domagali się tego, by nominalnie komunistyczna partia traktowała zapewnienia o przodującej roli klasy robotniczej znacznie poważniej, niż PZPR kiedykolwiek była do tego skłonna. Te żądania konkretyzowały się w haśle samorządu robotniczego. Z zapominanego października to on jest jego najbardziej zapomnianym dziedzictwem.

A tymczasem to samorząd był jednym z najważniejszych politycznych tematów roku ’56. Postulaty wprowadzenia robotniczego samorządu – jako recepty na wyalienowaną władzę partyjnej biurokracji, na rzeczywiste zarządzanie przez robotników oficjalnie należącymi do nich fabrykami – pojawiają się w debacie publicznej już od wiosny ’56. W niektórych zakładach – na czele z warszawskim Żeraniem – powstają spontaniczne, oddolne, na razie działające w prawnej próżni rady robotnicze, stanowiące formę oddolnej organizacji.

Samorządem interesuje się także partyjna elita – do Jugosławii, celem zbadania, jak samorząd może działać w praktyce, w połowie roku udaje się delegacja na czele z młodym Mieczysławem F. Rakowskim. Postulaty samorządu robotniczego stają się jednym z dominujących od przełomu lata i jesieni wątków publicystyki w głównym organie prasowym młodej, inteligenckiej lewicy partyjnej – „Po Prostu”. W trakcie października rady robotnicze i komitety rewolucyjne powstają w zakładach pracy na terenie całego kraju. Miesiąc po październiku przyjęta zostaje nowa ustawa o radach robotniczych w zakładach, mająca wyjść naprzeciw żądaniom robotników.

Przeciw nostalgii

Samorząd robotniczy był niezrealizowaną obietnicą PRL, ciągle wracającą w kryzysowych momentach: po wojnie, w październiku, w ramach ruchu „Solidarności”. Jest też dziś najbardziej wypartą częścią oporu wobec PRL. Walczący o samorząd akceptowali bowiem część założeń, z jakich PRL czerpał legitymację, ale wyciągali z nich wnioski idące dalej niż to, co monopartia była w stanie zaakceptować.

Lewicowe historyczki pragnące kontrować narrację prawicowej polityki historycznej, tam powinny właśnie szukać punktu oparcia – nie w naiwnej nostalgii za PRL-em. Październik jest ciekawy i trudny także dlatego, że nie da się go włączyć w taką nostalgiczną narrację. Pokazuje on zdolność systemu do autokorekty, ale także jej twarde granice. Październikowa lewica licząca na głębszą demokratyzację ustroju (w duchu rad robotniczych, nie demokracji przedstawicielskiej) szybko została zmarginalizowana i odsunięta na boczny tor. Symbolem tego było zamknięcie już rok po październiku jej głównego organu, czyli tygodnika „Po Prostu”. Także rady robotnicze przetrwały tylko dwa lata eksperymentowania, od 1958 roku zachowały już wyłącznie fasadowy status.

Wiele zdobyczy okazało się trwałych – najcenniejsze w dziedzinie otwarcia kultury – ale hegemoniczną grupą w kraju staje się wkrótce drobnomieszczaństwo małej stabilizacji rozdarte między coraz bardziej autorytarnym Gomułką a równie nieliberalnym prymasem Wyszyńskim. Polska Gomułki jest biedna i zgrzebna, system gospodarczy mało efektywny. Partia sięga po topornie nacjonalistyczną legitymację, w końcu przychodzi marzec ’68. W następnej dekadzie październikowa wiara w możliwość reformy systemu w sojuszu z oświeconą częścią władzy w środowiskach opozycyjnych w zasadzie znika.

Październik okazuje się poronioną rewolucją. Ale być może z racji geopolitycznych inną być nie mógł.

Samoograniczenie październikowej rewolucji było konieczne dla tych realnych zdobyczy, jakie ten przełom przyniósł. Poza patrzeniem z ukosa na obecnie hegemoniczną wizję historii, październik uczy nas też, że polityczny sukces jest zawsze wypadkową woli, samoorganizacji i zewnętrznych okoliczności, planu i przypadku, zdolności do radykalnego stawiania własnych żądań i ich samoograniczania. Co jest lekcją przydającą się w każdym ustroju.

Wajda-Przewodnik

 

**Dziennik Opinii nr 300/2016 (1500)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.