Historia

Cieślińska-Lobkowicz: Polsko-żydowskie laurki

28 października Muzeum Historii Żydów Polskich otwiera stałą wystawę poświęconą tysiącleciu ich historii.

Przygotowywano ją ponad dziesięć lat. Tym samym kończy się pierwszy, niejako przedpremierowy etap działalności muzeum, którego budynek otwarto w 70. rocznicę wybuchu powstania w getcie, 19 kwietnia 2013 roku. Architektura budynku spotkała się z uznaniem fachowców i z zainteresowaniem licznie go odwiedzającej publiczności. Przez minione półtora roku rozwijano tu programy edukacyjne, akcje popularyzujące kulturę żydowską; miały miejsce wykłady, dyskusje, koncerty i inne wydarzenia adresowane do różnorodnych odbiorców.

Jednak instytucję muzeum od centrum kultury odróżniają zwykle posiadane zbiory i prezentowane wystawy. Kolekcja MHŻP jest na razie niewielka, ale muzeum zorganizowało w tym czasie aż cztery własne wystawy czasowe z towarzyszącymi im katalogami, przyjęło też planszową wystawę o Polakach ratujących Żydów przygotowaną przez MSZ do prezentacji za granicą.

Dziwić może, że te cztery wystawy przeszły niemal bez echa. Winą za to nie należy bynajmniej obarczać mediów, lecz – niestety – organizatorów. Trzy pierwsze były doskonale przypadkowe: klasyczne „zapchajdziury”. Zaczęło się przygotowaną pośpiesznie eklektyczną instalacją węgierskiego autora Pétera Forgácsa zmontowaną z przedwojennych, znanych skądinąd w Polsce prywatnych materiałów filmowych z archiwów nowojorskiego YIVO. Te „Listy do tych, co daleko” łączyły nostalgię ze stereotypem. Druga ekspozycja, zatytułowana „Biografie rzeczy”, miała być podziękowaniem dla darczyńców muzeum, ale okazała się pretensjonalną prezentacją ogołoconych z kontekstu osobistego, nierzadko banalnych przedmiotów, którym na siłę kazano dialogować ze sztuką współczesną. Trzecia, poświęcona żydowskiej Warszawie, zawstydzała powierzchowną kwerendą i jawnym, żenująco niesamodzielnym wykorzystaniem jako podstawy scenariusza niedawnych publikacji.

Dopiero ostatnia wystawa czasowa, zamknięta 5 października, miała głębsze uzasadnienie programowe. Odnosiła się do setnej rocznicy wybuchu I wojny światowej oraz dziejów kwestii polskiej i żydowskiej w jej tyglu. Nosiła tytuł „Żyd, Polak. Legionista. 1914-1920”. Jej autorem był dr Artur Tanikowski, monografista polsko-żydowskiego artysty Leopolda Gottlieba (1879-1934), zwanego malarzem Pierwszej Brygady, a patronował jej już obecny dyrektor MHŻP prof. Dariusz Stola. Wyraził on przekonanie, że wystawa realizuje misję muzeum, i nadzieję, że stanie się ważnym głosem w debacie naukowej. Toteż warto się do niej odnieść, nawet jeśli krytycznie.

A inaczej się nie da, ponieważ leitmotivem wystawy były Legiony Piłsudskiego i walczący w nich Żydzi. Do tego dołączyli jeszcze ci Żydzi, którzy wspierali walkę o niepodległość Polski. Pozostała, wielokrotnie większa część trzymilionowej społeczności żydowskiej, żyjąca w 1914 roku na terenach trzech zaborów jako poddani monarchii austro-węgierskiej i wilhelmińskich Niemiec lub wchodząca w skład wrogiej im koalicji Rosji carskiej, była na wystawie praktycznie nieobecna. Wyjąwszy sygnalizowaną raz czy drugi obojętność mas żydowskich oraz wymienienie kilku pogromów w latach 1918-1920, których polscy sprawcy potraktowani zostali przez autora wystawy unikowo. Do tego dochodziły jeszcze napomknienia o fiasku asymilacji i rosnącym antysemityzmie.

Nie jest moim zamiarem recenzowanie zamkniętej wystawy, choć nie sposób nie wspomnieć jej zawstydzających słabości: zachwiania proporcji między jej poszczególnymi częściami (z przewagą ogólnej historii Legionów i powojennym kultem Piłsudskiego wśród Żydów, mimo że nie o legendę Legionów im chodziło) oraz częstego posiłkowania się reprodukcjami dzieł, traktowanymi na równi z pracami oryginalnymi.

Istotniejsze jest jednak pytanie, czy ta opowiedziana z polskiej perspektywy narracja, skupiona na „dobrych”, bo opowiadających się za niepodległością RP Żydach, a nawet – a jakże – przywołująca samokrytycznie obóz w Jabłonnie, w którym internowano podczas wojny z bolszewikami żydowskich żołnierzy z formacji wojska polskiego jako potencjalnych zdrajców – faktycznie realizuje misję Muzeum Historii Żydów Polskich.

Legiony Piłsudskiego to temat w kraju lubiany i stosunkowo dobrze znany. Wizerunki legionistów wykonane przez Gottlieba pojawiają się nierzadko, nawet jeśli anonimowo lub bez wskazania na pochodzenie ich autora. Nieprędko natomiast pojawi się okazja do starannego przedstawienia zróżnicowanych postaw i wyborów Żydów z terenów Polski w burzliwym okresie Wielkiej Wojny, upadku monarchii zaborczych oraz rewolucji społecznych i narodowych na całym obszarze Europy Środkowo-Wschodniej. Tysiące polskich Żydów walczyło w armiach trzech zaborców, w dodatku do niemieckiej i austriackiej wielu zaciągnęło się dobrowolnie. W tej ostatniej zresztą służyło niemało żydowskich oficerów z Galicji, co w Legionach i armii Hallera było wyjątkowe. Wystarczy przykład wybitnego historyka Żydów polskich, Meiera Bałabana (1877-1942), który pełnił w Lublinie funkcję rabina polowego (Feldrabbiner) w stopniu porucznika c.k. armii. A dziesiątki tysięcy Żydów galicyjskich, którzy uciekając przed Rosjanami, trafili do Wiednia? A Żydzi z Wielkopolski, akulturowani do kultury niemieckiej, prześladowani podczas powstania wielkopolskiego 1918/1919 roku i po nim, którzy uciekli przed Polakami do Niemiec? A Żydowskie Rady Narodowe i Komitety Ochrony Ludności Żydowskiej powstające na terenach polskich po 1917 roku, organizujące oddziały samoobrony przed mnożącymi się antyżydowskimi ekscesami i przygotowujące projekty autonomii kulturalnej i politycznej Żydów w przyszłej Polsce? A dylematy i wybory syjonistów, Bundu, żydowskich komunistów z Różą Luksemburg na czele? A żydowscy pacyfiści, żeby przypomnieć choćby pamflet Juliana Tuwima z ilustracjami Artura Szyka pt. Rewolucja w Niemczech, wydany w 50 egzemplarzach w 1919 roku?

Tymczasem to nie on, lecz dedykowany Piłsudskiemu, stworzony przez Szyka w końcu lat dwudziestych we Francji Statut Kaliski towarzyszył krótko legionowej wystawie. Nie zajęła się ona wnikliwiej nawet dramatycznym załamaniem w latach wojny i tuż po niej programu asymilacji, którego wyznawcami byli żydowscy legioniści. Zdecydowaną bowiem większość tej liczącej 650 osób grupy stanowili przedstawiciele wolnych zawodów i kół kupiecko-przemysłowych z największych miast Galicji związani z kulturą polską. A przecież nawet w wąskim profilu tematycznym wystawy można było przypomnieć wybitnego asymilatora Wiktora Chajesa (1875-1940), wieloletniego członka władz gminy żydowskiej we Lwowie i jego władz miejskich, który czynnie wspierał ruch legionowy także po tragicznym pogromie lwowskim w 1918 roku i którego postawa była obiektem rosnącej krytyki ze strony niemal wszystkich tamtejszych działaczy żydowskich. Z niezrozumiałych względów na wystawie pominięto milczeniem traktat wersalski z jego warunkiem zagwarantowania praw mniejszości w nowo powstałych państwach narodowych Europy Środkowej. Warunek ten był w niemałym stopniu zasługą amerykańskiej komisji Morgentaua i jej raportu o ekscesach antyżydowskich w Polsce lat 1918-1919. Na warszawskiej wystawie dowiadujemy się jedynie o jej pobycie w Wilnie. Tym bardziej więc nie dziwi brak wzmianki o wydanej w 1917 roku brytyjskiej deklaracji Balfoura, w której przyrzeczono stworzenie w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej”, co dla syjonistów wszystkich orientacji miało epokowe znaczenie.

Z zazdrością i żalem z powodu straconej na długo szansy przyglądałam się wystawom zorganizowanym przy okazji setnej rocznicy wybuchu Wielkiej Wojny w muzeach żydowskich Wiednia, Hohenems i Monachium.

Wiedeńska, pt. „Upadek świata. Żydowskie życie i umieranie w I wojnie światowej”, miała charakter niemalże encyklopedyczny i dotyczyła wielu aspektów służby Żydów w armii monarchii austro-węgierskiej (w tym nawet w ówczesnej Palestynie), sytuacji i organizacji życia żydowskiej ludności cywilnej podczas wojny i niedługo po jej zakończeniu (tu m.in. pomoc chartytatywna dla uciekinierów, rola kobiet żydowskich, organizacje żydowskie, ruchy młodzieżowe, wielostronne zaangażowanie Żydów w walkę o polityczny kształt powstałej po upadku monarchii Austrii, konflikty między zasymilowanymi Żydami a napływowymi tradycyjnymi Żydami z Galicji i Bukowiny, aż po przykłady losów żydowskich żołnierzy austriackich od 1914 roku do powstania państwa Izrael).

W austriackim Hohenems przywołano społeczność żydowską w monarchii habsburskiej na chwilę przed wybuchem Wielkiej Wojny. Ci – jak proponuje tytuł – „Pierwsi Europejczycy” pokazani zostali na jednostkowych przykładach osób i rodzin oraz związanych z nimi starannie wybranych muzealiach, sprowadzonych do tego maleńkiego muzeum z wielkich bibliotek i muzeów Europy i Ameryki Północnej. Nawet jeśli tytułowa teza wystawy jest przesadna, to szerokie horyzonty i odwaga nowoczesności jej bohaterów, ich międzynarodowe kontakty i ruchliwość, ponadnarodowe ideały oraz towarzyszący im sceptycyzm w niemałym stopniu ją uzasadniają.

W Monachium ekspozycja ma, już zwyczajowo, charakter eseju, wobec którego widzowi trudno pozostać obojętnym. Zatytułowana „Wojna! Żydzi pomiędzy frontami 1914-1918”, zaczyna się wymianą urzędowej korespondencji lekarza i naukowca Maksa Rothmanna, rozpoczętej we wrześniu 1914 roku, któremu odmówiono przyjęcia jego 15-letniego syna Hansa do pruskiego korpusu kadetów zawarowanego jedynie dla chrześcijan. W 1915 roku, po śmierci starszego syna na froncie i odrzuceniu prośby o cesarską audiencję, profesor Rothmann, zraniony głęboko w swoim patriotycznym i obywatelskim poczuciu, popełnił samobójstwo. Hans walczył później jako szeregowiec na froncie zachodnim, po wojnie – jak wcześniej ojciec – studiował medycynę, habilitował się i pracował w klinice uniwerstyeckiej w Halle do 1933 roku, gdy z racji żydowskiego pochodzenia został zwolniony. Po kilku latach udało mu się wyemigrować do USA. Podobnych życiorysów było wśród zasymilowanych niemieckich Żydów bardzo wiele, często zakończonych śmiercią w obozach zagłady, przed którymi nie uchroniły kombatantów Wielkiej Wojny najwyższe odznaczenia wojskowe przyznane setkom pośród 85 tysięcy żydowskich żołnierzy w armii niemieckiej. Siłą wystawy monachijskiej są przede wszystkim pojedyncze losy, w których ogniskują się niczym w soczewce szersze procesy, problemy i konflikty, różnice generacyjne.

Drugim z filarów wystawy jest poprzedzająca ją wnikliwa i szeroko zakreślona kwerenda, nieufna wobec wszelkich gotowych tez. Nie tylko umożliwia ona wybór wcześniej zwykle nieznanych postaci, ale prowadzi do nowych interpretacji, odkryć tematycznych i rzeczowych. Do nich na wystawie monachijskiej należą m.in. pionierskie badania trójki niemieckich psychologów, a przy okazji zasymilowanych Żydów: Williama Sterna, Otto Lipmanna i Paula Plauta, dotyczące psychologii wojny i „psychografii” żołnierzy na froncie. Zaskoczeniem jest także obserwowana ewolucja stosunku niemieckich „nowoczesnych” środowisk żydowskich do tradycyjnych, ortodoksyjnych i zazwczaj biednych Żydów ze Wschodu (Ostjuden), dokonująca się w wyniku poznania na froncie wschodnim warunków ich życia i doświadczanych przez nich prześladowań ze strony lokalnej ludności i władz. Wystawa monachijska nie przemilcza bynajmniej odkrycia przez dwóch żydowskich chemików niemieckich, Fritza Habera i Richarda Willstättera, substancji służących do produkcji gazów bojowych i wdrożenia ich w służbę wojnie. Rzecz jasna rejestruje także rosnący z biegiem wojny – podobnie jak w innych krajach walczącej Europy – antysemityzm, tak wśród ludności cywilnej, jak w armii. Wyrazem tego ostatniego była akcja liczenia Żydów w armii niemieckiej (Judenzählung) zlecona oficjalnie w 1916 roku przez ministerstwo wojny jakoby do celów statystycznych, a prowadząca do oddzielenia i napiętnowania tej grupy żołnierzy, o czym przekonują zachowane dzienniki i listy podlegających jej osób, z których kilka znalazło się na monachijskiej wystawie. Wojnę realną zamyka na niej wojna o pamięć wojny i jej ofiar w Republice Weimarskiej i w Trzeciej Rzeszy oraz wytrwała, ale beznadziejna walka żydowskich kombatantów i ich rodzin o upamiętnienie 12 tysięcy poległych za ojczyznę niemieckich Żydów.

Warszawskie Muzeum Historii Żydów Polskich Polin rozpoczyna 28 października nową erę swojej działalności. Z wielką, przygotowaną na postawie pracy wielu naukowców wystawą stałą winno się stać nie tylko miejscem pielgrzymek szkolnych wycieczek z Polski i Izraela, ale także – aby zacytować prof. Hannę Zaremską, wybitną mediewistkę i autorkę galerii średniowiecznej muzeum – miejscem poważnej debaty.

Wystawy czasowe po tej dacie nie mogą już liczyć na taryfę ulgową – muszą odnosić się do tematów zasygnalizowanych przez wystawę główną: rozwijać je, polemizować z ich interpretacją, badać nowe tereny. I realizować prawdziwą misję MHŻP, którą z pewnością nie jest tworzenie polsko-żydowskich laurek.

Nawojka Cieślińska-Lobkowicz: historyczka sztuki, kuratorka wystaw, badaczka proweniencji judaików i rozproszonych kolekcji żydowskich; mieszka w Warszawie i Monachium.

Czytaj także:

Jerzy Halbersztadt, Piotr Paziński: Co dalej z Muzeum Historii Żydów Polskich?

Michał Bilewicz, Helena Datner: Co dalej z Muzeum Historii Żydów Polskich? (2)

Jerzy Halbersztadt, Ławeczka czy kanapa Karskiego?

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.