Film

Bergamo: Z dala od schyłku

Odbywający się już po raz 34. festiwal w Bergamo może służyć za wzór świetnie zorganizowanej imprezy filmowej średniej wielkości.

Choć organizatorzy unikają agresywnej polityki marketingowej, sale podczas seansów dosłownie pękają w szwach. Tłumy widzów pojawiają się zarówno na filmach mało znanych reżyserów współczesnych, jak i na projekcjach dzieł uznanych klasyków. Wysoka frekwencja to po części zapewne zasługa zamożności mieszkańców, którzy mają szczęście żyć w jednym z najbogatszych miejsc we Włoszech. Festiwal nie osiągnąłby jednak sukcesu, gdyby nie przemyślana selekcja gwarantująca programową różnorodność. Oprócz pokazów nieznanych szerzej filmów konkursowych, organizatorzy zorganizowali także przeglądy rozpoznawalnych już na arenie międzynarodowej twórców takich jak Petr Zelenka czy Jasmila Żbanić. Rangę sporego wydarzenia uzyskała także obszerna retrospektywa poświęcona, zmarłemu przed dwoma laty, węgierskiemu klasykowi Miklosowi Jancso.

Ikona z rysami

Niekwestionowaną królową tegorocznego festiwalu okazała się jednak Anna Karina. Ikona francuskiej Nowej Fali spoglądała na widzów z festiwalowych plakatów inspirowanych słynnym kadrem z filmu Żyć własnym życiem. Muza Jean–Luca Godarda była także bohaterką specjalnej festiwalowej sekcji i z tej okazji zaszczyciła Bergamo swoją obecnością. Spotkania i projekcje z udziałem gwiazdy cieszyły się ogromnym zainteresowaniem widowni (na wieczorny pokaz „Amatorskiego gangu z 1964 roku wręcz zabrakło biletów). Karina, skłaniana do zwierzeń przez nestora francuskiej krytyki Jeana Doucheta, uciekała jednak od pogłębionych analiz własnej kariery w świat środowiskowych anegdot. Niektóre z nich były zresztą rzadkiej urody, jak na przykład historia pewnej wizyty w kawiarni w towarzystwie Jeana-Luca Godarda:

Weszliśmy do środka, a tam dwóch chłopaków zaciekle kłóciło się o «Żyć własnym życiem». Jeden z nich prawdziwie nienawidził tego filmu. Jean-Luc posłuchał tego chwilę, w końcu szturchnął faceta i spytał: «Naprawdę sądzisz, że mój film to gówno?». Gość zaczął przepraszać, mówić, że wcale nie to miał na myśli, ale Godard pozostał niewzruszony. Wyciągnął pieniądze i krzyknął : «Skoro tak, zwracam ci za bilet. Idź i obejrzyj sobie pieprzonego Autant-Larę». Taki właśnie był Jean-Luc” .

Widoczna w postawie Kariny niechęć do refleksji nad naturą własnego fenomenu mogła wydać się fanom gwiazdy rozczarowująca. Jednak strategia ta doskonale współgrała z postawą jej najważniejszych bohaterek. W Kobieta jest kobietą, Żyć własnym życiem czy Szalonym Piotrusiu aktorka wcielała się przecież w postacie urocze, choć nigdy szczęśliwe, walczące o swoją pozycję, ale w końcu godzące się na uprzedmiotowienie i ślepe wypełnianie męskiej woli. Być może zresztą ambiwalentny stosunek do kobiecości, najsilniej akcentowany w filmach z udziałem Kariny, był w jakimś sensie charakterystyczny dla Nowej Fali w ogóle. Godard i Truffaut ze współczuciem wskazywali na opresję, jakiej ich bohaterki są poddawane w patriarchalnym społeczeństwie. Jednocześnie sami skupiali się głównie na podkreślaniu cielesnych wdzięków aktorek i w ten sposób pielęgnowali swoją maczystowską renomę.

Na całe szczęście protekcjonalne podejście Kariny nie stało się udziałem organizatorów festiwalu w Bergamo. Selekcjonerzy postanowili przypomnieć, że aktorka była w swojej karierze kimś więcej niż tylko gwiazdą wczesnych filmów Godarda. Aby to podkreślić, w programie imprezy umieścili między innymi Vivre Ensemble, debiut reżyserski Kariny zrealizowany w 1973 roku. Przepełniona atmosferą hipisowskiej wolności, ekscentryczna historia miłosna została premierowo zaprezentowana podczas Tygodnia Krytyki na festiwalu w Cannes. Choć spotkała się głównie z negatywnymi recenzjami, znalazła również swych zagorzałych obrońców, do których zaliczał się między innymi wspomniany Truffaut.

 

Spośród filmów, w których Karina zagrała już po burzliwym rozstaniu z Godardem, w programie festiwalu nie zabrakło, oczywiście, Obcego Viscontiego i Chińskiej ruletki Fassbindera. Na tym tle ciekawie wypada również Śmiech w ciemnościach Tony’ego Richardsona, jedna z nielicznych udanych ekranizacji powieści Vladimira Nabokova. Może się wydawać, że dzieło brytyjskiego reżysera było skazane na sukces, gdyż służąca mu za inspirację książka należy nie tylko do najbardziej przystępnych pozycji w dorobku pisarza, lecz także stanowi wyraz jego fascynacji kinem i właściwymi mu technikami narracji. Triumf Richardsona to jednak także zasługa Kariny przekonująco wcielającej się w dziewczynę, której wdzięk jest w stanie zaślepić starzejącego się burżuja.

Koniec świata alla polacca

W sekcjach poświęconych kinu współczesnemu cieszyła obecność polskich filmów. Zgodnie z dość zaskakującą decyzją organizatorów w Konkursie Głównym nasz kraj reprezentował Mur Dariusza Glazera. Wyprodukowany przez Studio Munka pełnometrażowy debiut reżysera najpierw przeszedł bez echa na festiwalu w Koszalinie, a potem błyskawicznie przemknął przez polskie kina. Zaistnienie Muru w kontekście międzynarodowym skłania, by przyjrzeć mu się z należytą uwagą. Na plus na pewno warto zapisać Glazerowi odwagę polegającą na podjęciu – niemal nieistniejącego w polskim kinie – tematu konfliktu klasowego. Portretowany w filmie Mariusz to chłopak ogarnięty obsesją awansu społecznego. Bohater, który jako fachowiec zajmujący się wykańczaniem mieszkań poznaje świat zamkniętych osiedli, stawia sobie za punkt honoru wprowadzenie się do jednego z drogich apartamentów. Skupiony na pozyskiwaniu pieniędzy odcina się od korzeni i darzy pogardą mieszkającą na blokowisku schorowaną matkę. Glazerowi udaje się umiejętnie przedstawić na ekranie charakteryzujący bohatera stan zawieszenia. Choć chłopak spełnił swój cel związany z przeprowadzką, przez nowych sąsiadów traktowany jest z tą samą wyższością, jaką sam okazywał matce i jej otoczeniu.

Niestety, Glazer nie potrafi zatrzymać się na poziomie subtelnych obserwacji i – wiedziony chyba przez debiutancki brak umiaru – robi wszystko, by uczynić swoją wizję jak najbardziej sugestywną. W tym celu na każdym kroku podkreśla towarzyszącą filmowi atmosferę przygnębienia i kreśli swoje postacie coraz bardziej grubą kreską. Choć początkowo stara się traktować Mariusza z empatią, ostatecznie patrzy na niego z góry. W konsekwencji zamiast odwoływać się do humanizmu Kena Loacha czy braci Dardenne ożywia na ekranie upiory polskiego kina lat 90. Podobnie jak niesławne „filmy społecznie zaangażowane” tamtego okresu Mur skupia się na emocjonalnym szantażowaniu odbiorcy i organizowaniu świata przedstawionego wedle tabloidowych uproszczeń. Nic zatem dziwnego, że zaprzyjaźnieni krytycy z „Cahiers du Cinema” zadali mi po projekcji retoryczne pytanie: „Czy wszystkie współczesne polskie filmy muszą być tak ponure?”.

Podobne wątpliwości nie towarzyszyły nam już jednak przy okazji – prezentowanego w sekcji Close Up – dokumentalnego Końca świata. Z pozoru może się to wydawać zaskakujące, bo Monika Pawluczuk również nie stroni przecież od pokazywania ludzkich nieszczęść, a wśród epizodycznych bohaterów swojego filmu umieszcza bezdomnych i alkoholików. Różnica polega jednak na tym, że reżyserka – choć nie lekceważy tragizmu rzeczywistości – potrafi się przez niego przebić i uchwycić na ekranie różne odcienie przedstawianego świata. W niespełna czterdziestominutowym filmie Pawluczuk udało się zawrzeć właściwie wszystkie zalety decydujące niegdyś o sukcesach Polskiej Szkoły Dokumentu. Przede wszystkim, wzorem dawnych mistrzów, reżyserka potrafi wpisać metafizyczne rozważania w kontekst pozornie błahej codzienności. W swoim filmie Pawluczuk opisuje noc z 21 na 22 grudnia 2012, która – wedle słynnego proroctwa Majów – miała zakończyć się końcem świata.

Dokumentalistka wsłuchuje się w poświęconą słynnej przepowiedni audycję w Radiu Łódź (trzeba przyznać, że miasto to nadaje się na scenerię spełnionej Apokalipsy jak żadne inne) i przeplata jej fragmenty z obrazami interwencji pogotowia ratunkowego i rozmów telefonicznych z dyspozytorni. W każdej kolejnej scenie Pawluczuk udowadnia, że doskonale panuje nad różnorodnym materiałem. Unoszącą się nad filmem atmosferę melancholii w najmniej oczekiwanym momencie potrafi przełamać za sprawą humoru bądź napięciem rodem z thrillera. Nasycenie pojedynczej chwili tak różnorodnymi emocjami wydaje się określać filozofię reżyserki odrzucającej narrację o rozpadzie i schyłku na rzecz przekonania o trwałości świata, który w każdej chwili unicestwia się i odradza na nowo.

Niepozorny, lecz bogaty w znaczenia film Pawluczuk wytrzymał porównania z konkurencją i powinien zapisać się w pamięci widzów równie mocno jak prezentowane na festiwalu klasyki. W ten sposób – stojąca za festiwalem w Bergamo – koncepcja łączenia tradycji z nowoczesnością po raz kolejny doczekała się głębokiego uzasadnienia w praktyce.

 

**Dziennik Opinii nr 74/2016 (1224)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Czerkawski
Piotr Czerkawski
Dziennikarz kulturalny
Dziennikarz kulturalny. Publikuje w „Kinie”, „Filmie”, „Dzienniku”, „Odrze”, a także w portalach internetowych Filmweb.pl i Dwutygodnik.com
Zamknij