Czytaj dalej

Żyj i pozwól żyć (fragment książki)

Czapki z kotów, lastryko i deratyzacja. Fragment wywiadu rzeki Michała Sutowskiego z Agatą Bielik-Robson.

Michał Sutowski: Byliście inteligencją kapitalistyczną czy raczej postziemiańską?

Agata Bielik-Robson: Zdecydowanie kapitalistyczną.

To nie jest w Polsce typowy rodowód inteligencki.

Rzeczywiście, my nie jesteśmy inteligencją postszlachecką, tylko raczej burżuazyjną, rodem z przedwojennego mieszczaństwa, które potem, w okresie PRL‐u uległo nieuchronnej deklasacji. Moi wujowie, którzy jeszcze pamiętali czasy świetności — mój dziadek miał kamienicę w centrum Warszawy, a nawet jakiś mająteczek w Chorzelach — w latach 60. już handlowali w budkach na Różycu.

Drobny kapitalizm w nowych warunkach?

Tak, drobny kapitalizm w nowych warunkach, ale bardzo uparty. To zawsze robiło na mnie wielkie wrażenie. Wychowałam się w atmosferze nieustającej, heroicznej przedsiębiorczości i wiary w kapitalizm.

Czy to było bliskie etosowi protestanckiemu? Z jego imperaty­ wem solidnej pracy w zgodzie ze swym powołaniem, z zasadą odroczonej gratyfikacji za dzisiejszy wysiłek?

Nie, to był raczej etos żydowski, zgodnie z którym kapitalizm rozumiany jest jako narzędzie wyzwolenia. Łączy się z tym wiara w jego sprawiedliwość — właśnie jako uniwersalnego systemu emancypacji. Chyba właśnie za to Marks tak strasznie piętnuje Ż̇ydów w eseju W kwestii żydowskiej (śmiech).

„Pieniądz jest tym żarliwym bogiem Izraela, wobec którego żaden inny bóg ostać się nie może” (śmiech).

Coś jednak zdecydowanie było w tej mojej rodzinie, co ja do dziś bardzo lubię i co kojarzy mi się z Tyrmandem. On najlepiej opisuje ten przedsiębiorczy etos, podobnie jak Saul Bellow. Tam co prawda miejscem akcji jest Chicago albo Montreal, ale wygląda to mniej więcej tak samo: biznes trzeba robić za wszelką cenę, w najbardziej niesprzyjających okolicznościach, ryzykując życiem, zdrowiem i więzieniem (śmiech). Handlować trzeba — czymkolwiek.

Byle obrót był.

Rzeczywiście, nawet jeśli to nie przynosi zysku, a wiąże się z ogromnym ryzykiem, robić to trzeba, bo żadna inna aktywność życiowa po prostu nie ma sensu. To jest nauka, którą wyniosłam z dzieciństwa: tym właśnie zajmowali się mój dziadek i bracia mojej mamy, a w końcu także i ona sama. Kiedy tylko pojawiły się sprzyjające okoliczności, na początku lat 80., od razu założyła własny biznes. Ze stacji sanitarno‐epidemiologicznej, w której pracowała, przeniosła się na swoje i założyła zakład DDD, czyli „deratyzacja, dezynsekcja i dezynfekcja”. W tym zresztą zakładzie ja, od najmłodszych lat, pracowałam jako szeregowy pracownik, zgodnie z założeniem, skądinąd słusznym, mojej mamy, że kto nie pracuje, ten nie je.

Jednym z powodów, dla których moja rodzina, mimo wszystko inteligencka, czuje się do dziś w Polsce wyobcowana — a czuje się, to nie ulega wątpliwości — jest to, że jest ona pozostałością klasy, która nigdy się tu mocno nie zakorzeniła. Myślę oczywiście o mieszczaństwie, które naj‐ bardziej chyba ucierpiało w PRL‐u. Mieszczaństwo, jeśli nie posiada swojej zewnętrznej formy istnienia, czyli aktywności kapitalistycznej, nie ma do dyspozycji żadnej innej formy przetrwalnikowej. Polska inteligencja postszlacheckiego pochodzenia ma taką formę: etos romantyczny, etos migracji wewnętrznej, kultywowania elementarnych wartości, które się przekazuje na zasadzie pewnej sagi rodzinnej.[…]

Być może w tej kwestii chodzi nie tylko o to, że klasyczne, w zachodnim sensie, mieszczaństwo jest u nas niedowartościowane. Odnoszę wrażenie, że bardziej problematyczny jest stan wspomnianej przez ciebie inteligencji postfeudalnej. Bycie inteligentem przestało być dla wielu zobowiązaniem do służby społeczeństwu, za to pozostało źródłem dumy, że jest się kwiatem narodu, lepszym „od całej tej hołoty” dookoła…

…że jest się elitą po prostu. Etosu zostało całkiem dużo, tylko on jest bardzo opacznie rozumiany. Gdyby nie siła tego etosu, Kaczyński nie miałby tyle charyzmy. Charyzma ta jest już wprawdzie chora i trudno jest mi sobie wyobrazić kolejny stopień degeneracji tego zjawiska (choć ten zawodnik zdaje się mieć w tej dziedzinie ogromne możliwości), mamy jednak do czynienia z etosowością, z wiarą, z wiernością, z gotowością do nawet najgłupszego poświęcenia.

Pamiętajmy zresztą, że nie ma jednego etosu inteligenckiego. Nie należy ulegać złudzeniu, któremu Polacy ulegają bardzo chętnie – jedności, wspólnoty, poczucia harmonii, które wyklucza istotne różnice.

Mnie się wydaje, że można mówić o różnych etosach inteligenckich: mieszczańskim, szlacheckim, żydowskiego pochodzenia. Byli Ż̇ydzi asymilujący się ścieżką mieszczańską i stający się inteligentami na zasadzie burżuazji, ale byli też Ż̇ydzi asymilujący się ścieżką komunistyczną — przechodzący w jeszcze inny typ inteligenta; no i wreszcie była też postszlachecka inteligencja, od endeckiej aż po postępową, którą świetnie opisuje Andrzej Mencwel w Etosie lewicy.

Cały czas mówisz o rodzinie przedsiębiorczej, ale z drugiej strony wspominasz ojca, który pracował w państwowym instytucie, i matkę, która też do lat 80. pracowała na państwowych posadach.

Tak, moi wujowie też pracowali na państwowych posadach, ale ciągle coś robili na boku. Kilka razy ocierali się w związku z tym o kryminał, jeden z nich nawet tam raz trafił. W latach 60., kiedy jeszcze byłam małym dzieckiem, w ogrodzie była komórka. Wujowie uparli się, że w tej komórce będą produkować ortalion, i zasmrodzili całą okolicę. Coś nie wyszło z procedurą chemiczną, którą zastosowali. Jeden wuj wziął na siebie całą winę i poszedł za to siedzieć, autentycznie siedział w pace. To ich zresztą nie powstrzymało, w Aninie ciągle coś się działo. Pamiętam, że przez całe dzieciństwo ja i moja siostra cioteczna Joasia, rok ode mnie starsza córka wujka Kazika, ciągle coś robiłyśmy. Pomagałyśmy w kolejnych interesach. Wujek Danek, pamiętam, robił czapki z kotów, które potem sprzedawał na bazarze Różyckiego, jako czapki z królika oczywiście.

Z kotów?! A skąd był surowiec?

Pewnie od jakiegoś hycla, skąd ja mogę wiedzieć? Ja tylko mówię, jakiego poziomu sięgnęła ta przedsiębiorczość. Posłusznie szyłyśmy czapki z kotów, potem była faza robienia lastryko. Wtedy też wszyscy wujowie, w chwilach wolnych, kiedy już wrócili z tej nikomu do niczego niepotrzebnej państwowej pracy, zbierali się na dole w okolicach piwnicy i układali płytki lastryko. My oczywiście też. Ż̇eby były jak najładniejsze, jak najbardziej spoiste. Skąd brali surowiec, czyli ten pokruszony marmur, nie mam pojęcia. Potem, w latach 80., biznes się rozkręcił i jeden z moich wujów założył produkcję czegoś, co z moją kuzynką nazywałyśmy „szanelkami”, czyli sztyftów perfumowych, niby to o zapachu Chanel No 5. Wujek miał znajomości w ZSRR i tam szanelki eksportował. Po pięciu minutach od otwarcia zapach się ulatniał — kompletna ściema. Ale Rosjanie byli zachwyceni, więc szły gigantyczne transporty sztyftów, które my z Joasią posłusznie skręcałyśmy.

Matka, jak mówiłam, otworzyła w końcu firmę deratyzacyjno‐dezyfenkcyjną. Najpierw tępiłyśmy karaluchy i szczury, po‐ tem firma wyspecjalizowała się w samych szczurach. Właściwie cała moja młodość, od roku 81, kiedy matka założyła tę firmę, upłynęła na jeżdżeniu z nią na tak zwane akcje odszczurzające, głównie do PGR‐ów. Muszę powiedzieć, że było to bardzo silne, można powiedzieć „apokaliptyczne” przeżycie, zwłaszcza dla młodej, wrażliwej, dorastającej dziewczynki. PGR­-y czy szczury? Tępienie szczurów w takich ilościach. Ale też PGR‐y na prowincji — niesamowity świat. Nie da się opisać tej zapyziałości i kompletnego zapuszczenia. Były tam tysiące szczurów, które trzeba było zlikwidować w czasie kilkudniowej akcji. Najpierw matka „wychodziła na obiekt”, miała takie fachowe określenie na proces badania, gdzie trzeba wyłożyć truciznę. Potem ja szłam w białym fartuchu z wiadrem i wysypywałam truciznę.

Dwa dni później szczury zaczynały słaniać się i wychodzić. Były zupełnie otumanione, bo ta trucizna, toxan pylisty, substancja podobna do cyklonu B, sprawiała, że szczury dostawały wybroczyn wewnętrznych, traciły instynkt samozachowawczy i wyłaziły na otwartą przestrzeń. Zadaniem mojej mamy było dobijanie ich wielkim kijem, takim jakby baseballowym (śmiech). Mnie też do tego zachęcała. Strasznie się buntowałam, bo nie chciałam mieć do czynienia z bezpośrednim zabijaniem, a mama okropnie się wtedy złościła, wrzeszczała, że jestem mięczak, że nie wiadomo, po co mnie urodziła. Ze złym błyskiem w oku wysuwała ostateczny argument, mówiąc: „Słuchaj, albo one, albo my!” (śmiech). A jeszcze wtedy nawet nie czytałam Mausa. Miałam więc niezłą zaprawę, nietypową dla dziewczęcia w moim wieku.

Pracowałam w tym biznesie regularnie, jeszcze przez całe studia, w sumie dziesięć lat co najmniej, po drodze wkręcając w DDD różnych moich narzeczonych, których moja mama z lubością kapitalistycznie eksploatowała. Do dziś pamiętam, jak usiłuję czytać Krytykę czystego rozumu w śmierdzącej betonowej izdebce, którą pewien bieszczadzki PGR zaoferował nam na nocleg, a moja mama z wujkiem Dankiem i moim ówczesnym chłopakiem Michałem piją wódkę i rżną w brydża pod samotną gołą żarówką. Bezcenne. Właściwie jestem mamie wdzięczna, bo dzięki temu nie stałam się sentymentalną kretynką, jak wiele dziewczyn w moim wieku. Ominęło mnie to szczęście.

Fragment książki “Żyj i pozwól żyć“, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Agata Bielik-Robson – filozofka, profesor katedry Studiów Żydowskich na Uniwerstecie w Nottingham, Instytut Filozofii i Socjologii PAN oraz pracownik naukowy Instytutu Studiów Zaawansowanych w Warszawie.

Bio

Agata Bielik-Robson

| Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.