Czytaj dalej

Wiśniewski: Bóg hejterzy Polskę

lech-walesa

Jeśli chcesz wygrać życie, musisz grać. Jeśli chcesz wygrać grę, musisz myśleć jak gra.

Czerwone Conversy

4 LIPCA 2004 roku Sławek stwierdził, że najadł się już dość bananów.

Myśl ta przyszła mu do głowy w połowie banana. Mózg zareagował, wysyłając impuls do mięśni szczęki, blade poliki wypełnione miąższem pulsowały coraz wolniej, aż się zatrzymały. Sławek przestał przeżuwać. Stał tak chwilę, zdezorientowany, z niedojedzonym owocem w dłoni, aż wreszcie ocknął się i przełknął, a resztę wyrzucił do śmieci.

**

Dziesięć lat później Sławek jest równie zdezorientowany, ale tym razem nie potrafi się ocknąć. Jest święcie przekonany, że gdzieś w tym niedużym dwupokojowym mieszkaniu powinien być jego kindle.

Ale nigdzie go nie ma. Ani na stoliku w mniejszym pokoju, gdzie stoi najtańszy dostępny laptop Apple. Ani w łóżku obok, pod zmiętoloną kołdrą, gdzie Sławek spędził wiele namiętnych chwili z Jools. Ich wspomnienie sprawia, że mózg Sławka zaczyna ponownie pracować. Rzeczywistość transformuje się w ikeowską instrukcję, ciąg prostych kroków, które należy podjąć.

Sławek wyciąga iPhone’a z kieszeni czarnych dżinsów i zbliża do ucha, przytrzymując przycisk home, aż słyszy ciche, zachęcające świergolenie interfejsu głosowego.

– Call Julia – mówi.
– Calling Julia, mobile – doprecyzowuje i usłużnie potwierdza Siri. Sławek nie mówi o tym nikomu, ale uwielbia głos swojej cyfrowej asystentki. Przez ciało przebiega mu przyjemny dreszcz, włoski na rękach podnoszą się, jakby przyciągane do naelektryzowanego grzebienia.

Jools nie odbiera. Abonent poza zasięgiem. Może jest pod ziemią, myśli Sławek, spróbuje później.

Kontynuuje poszukiwania. Zagląda pod łóżko. Pudełko po butach Jools, kulki jej skarpet i majtek. Parę numerów magazynów literackich i konsolowych. Nic więcej. Szafa. Ciuchy, nierówno złożone T-shirty z H&M, bielizna w plastikowych koszykach z Tesco; zimno. Plecak! Może włożył do niego zamiast do kieszeni marynarki, a potem zapomniał? Nie, nic z tych rzeczy.

Idzie na balkon zapalić. Nie chodzi o to, że potrzebuje tego kindle’a, teraz, zaraz. Raczej o dziwny niepokój, jaki jego brak wywołuje, zgrzyt na granicy świadomości. Może gdzieś go zostawił? Co za straszne słowo, gdzieś. Gdzieś w domu? W barze? Metrze?

– Siri, where is my kindle?

Siri odpowiada, wyświetlając definicję „Kindle” z Wikipedii. Czytnik e-booków, dostępne takie a takie modele.

– You are useless – wzdycha Sławek.
– But… but… – jąka się Siri.

IPhone i komputer ze świecącym logo jabłka wydały mu się niezbędnym minimum w Warszawie. Mieście, które przybysza z prowincji wciąż potrafiło zaskoczyć bezwstydnym bogactwem. Swoją pierwszą powieść napisał na tanim laptopie, ale nie mógłby się z nim pokazać w knajpie, przed którą – odbiera to wciąż jako szok kulturowy – podjeżdżają ferrari. Drogie samochody w Berlinie nie robiły na nim wrażenia, jakby był przyzwyczajony, że Niemcy są bogaci i już. Ale bogaci Polacy? Na samym dnie doliny niesamowitości.

Kindle, w przeciwieństwie do laptopa i komórki, nie służy Sławkowi jako symbol pozorowanego statusu. Kupił go za pierwszą zarobioną na prozie kasę. Była to bardzo pragmatyczna decyzja. Sławek podjął ją po tym, jak o mało nie zginął pod ciężkim tomem spadającym z piramidy książek.

Na szczęście nie siedział akurat na kanapie w małym pokoiku w domu rodzinnym, ale gapił się na czajnik w kuchni. Odebrał to wydarzenie jako znak od losu. Kupił czytnik, a potem co tylko się dało zgromadził w formie e-booków, papierowe wydania opychając na Allegro.

Gasi peta, wraca z balkonu do większego pokoju. Salon połączony z kuchnią. A może to jakiś psikus, może Jools schowała czytnik, dla beki, w szafce z patelniami? Albo w tapczanie przed 42-calowym telewizorem? Zagląda do środka, maca pościel „dla gości”. Mission failed. Poza poduszką, kostką prześcieradła i ubranym w poszewkę grubym kocem w tapczanie nic nie ma, nawet zapomnianej pięćdziesięciogroszówki. Siada i gapi się na swoje odbicie w wyłączonym telewizorze. Obok niego śpią playstation 3 Jools i xbox 360, którego Sławek zarzynał przez ostatni tydzień, grając w The Witcher 2. Późno, dwa lata po premierze, ale wcześniej nie miał czasu. Teraz też nie ma, powinien pisać drugą książkę, ale oczywiście się zablokował. Może to zniknięcie wykorzysta jako alibi? Jak psa, który zjadł pracę domową. „Zacząłem pisać” powie, kombinuje Sławek, wydawcy, „ale gdzieś zaginął mi kindle ze wszystkimi notatkami”. Ciekawe, czy się skapną, że wszystko zapisuje się w chmurze.

Sławek podnosi się i staje na środku salonu, w lekkim rozkroku, chude ręce opiera na biodrach i ciężko wzdycha. Nie zajrzał jeszcze do lodówki, ale absurd tego pomysłu go poraża. Waha się przez chwilę i jednak zagląda. Kindle’a tam nie ma, oczywiście, ale naraz wyobraża sobie, co by było, gdyby faktycznie tam leżał, pod paczkami topionego sera, schowany za pojemnikami z jogurtem naturalnym i humusem. Może to się przyda do prozy, myśli sobie Sławek, do jakiegoś opowiadania o typku z alzheimerem. Idzie do przedpokoju i wygrzebuje moleskina z kieszeni marynarki, kreśli kilka zdań, żeby nie zapomnieć. Odruchowo przegląda kilka poprzednich wpisów, jakby z nadzieją, że znajdzie tam ślad po czytniku. Ale nie znajduje. Inaczej. Same pierdolety tam znajduje.

Sławek potrzebuje motywacji. Nowej gry.

– Siri, Game of Life, add subquest, „znaleźć kindle”, level medium.
– „Znaleźć kindle” – Siri wymawia to „znalezi” – challenge ready, 500 XP.
– Challenge accepted.

Jeśli chcesz wygrać życie, musisz grać. Jeśli chcesz wygrać grę, musisz myśleć jak gra, kalkuluje w myślach Sławek. Pięćset punktów wyliczone przez serwer go nęci, to może sprawić, że przeskoczy dwa albo trzy miejsca w światowym rankingu.

Zaczyna poszukiwania od nowa, tym razem patrząc na mieszkanie jak na scenę przygodówki. Zagląda pod łóżko, wyciąga magazyn ze swoim opowiadaniem, trzecim, które opublikował. Chwilę przegląda, jakby w nadziei, że gdzieś pomiędzy szpaltami znajdzie wskazówkę albo mapę do skarbu.

I wtedy sięga po pudełko po butach. Jest wąskie, długie i czarne, z szarym napisem CONVERSE. Według naklejki Jools nosi czerwone trampki w rozmiarze 37. Postanawia je otworzyć, bo w grach zawsze zagląda się do pudeł i skrzyń, zwłaszcza do cudzych. Co Jools tam może trzymać? Stare listy miłosne od kolesi, o których Sławek nic nie wie, bo na razie postanowili nie rozmawiać o przeszłości? Zdjęcia na golasa? Kolekcję kolorowych karteczek z Czarodziejką z Księżyca? Karty do Pokémona? Pirackie dyskietki z Dyna Blaster na amigę, którą kiedyś miała? A może starą komórkę albo zbiór zbędnych zasilaczy i połamanych kabelków? Sławek przez chwilę waha się, czy powinien to robić, ale przecież to gra, więc mu wszystko wolno. W środku są same papiery.

Serce Sławka zatrzymuje się na chwilę, gdy spośród rachunków, kuponów lotto i odcinków zakładów e-sportowych wyławia dokument, który rozpoznaje od razu. Kwit z lombardu. Trzysta złotych, pod zastaw jego kindle’a.

(…)

Polaroid

4 LIPCA 1994 roku Tomasz obudził się o 6:30 i pomyślał, że nienawidzi poniedziałków. Usiadł na łóżku i powoli otworzył oczy. Poranne promienie słońca omiotły Nową Hutę i wpadły do jego pokoju, rozpraszając się na firance. Ziewnął, zaczął się przeciągać, i wtedy przypomniało mu się, że przecież ma wakacje. Zignorował więc odgłosy krzątających się rodziców, które dobiegały z kuchni i łazienki, owinął kołdrą i powoli zanurzył się we śnie.

**

Dwadzieścia lat później Tomasz spogląda na zegarek. W Krakowie dobiega siódma rano, ale tu, w Tokio, jest już prawie druga po południu. Tomasz czuje, jakby zanurzył się w koszmarze. Niebo nad miastem przepuszcza całe kosmiczne promieniowanie, myśli Tomasz, zdyszany i spocony w czarnym garniturze. Czerń topi się na nim i spływa na chodnik, idzie, zostawiając plamy oleistej zawiesiny, ciemnej jak tokijskie kruki. Wyciąga chusteczkę i przeciera czoło, zdejmuje na chwilę okulary, najzwyklejsze przeciwsłoneczne raybany, upewnia się, że nie idzie przez żadną z wirtualnych instalacji Hiroshiego, nie mają zamontowanych żadnych kamer ani ekranów rozszerzających rzeczywistość. Te wszystkie zwidy z upału i stresu, najwyraźniej. W najbliższym automacie kupuje schłodzoną wodę o smaku arbuza. Wypija duszkiem, aż czuje w gardle ból po chłodnym uderzeniu. Kaszle w chusteczkę i idzie do metra.

Wyróżnia się z tłumu, jest wyższy co najmniej o głowę od większości mieszkańców miasta, ale nikt nie zwraca na niego uwagi. Porusza się jak tokijczyk, instynktownie wyczuwa rytm miasta i zdyszanego tłumu, nie łazi jak zagubiona turystyczna łajza, jaką był jeszcze dwa lata temu.

Gdy tu przyjechał, od razu zakochał się w Tokio. Rzucił się łapczywie na wszystkie turystyczne atrakcje. Te mekki nerdowskie. Salony gier, które dawno zniknęły z Europy, chociaż tam nigdy nie dorastały do pięt japońskim odpowiednikom.

Sklepy z używaną elektroniką w Akihabarze. Księgarnie z mangami i cycatymi figurkami. Tokyo Tower, miejsce pielgrzymek wszystkich fanów Sailor Moon i X-1999. Standard z przewodnika. Prawdziwe miasto, nie tę neonową skorupkę dla zachodnich otaku, poznał później. Zobaczył całą jego skrytą pod krzykliwymi kolorami szarość.

Przed wejściem do świątyni kątem oka rejestruje dwóch mężczyzn. Starszy, siwy, w popielatym garniturze, zwraca uwagę Tomasza starym aparatem Polaroida trzymanym w rękach. Jego młodszy towarzysz ubrany jest w dżinsy i, mimo upału, amerykańską kurtkę bejsbolową. Ich wzrok na chwilę się spotyka, Tomasz czuje się bezpieczniej za zasłoną ciemnych okularów.

Tomasz dostrzega rodzinę Momoko. Jej brat Hiroshi wygląda dziwacznie w czarnym garniturze, nie widział go nigdy w formalnym stroju. I nigdy nie przypuszczał, że zobaczy. Tomasz ściąga okulary, podchodzi do rodziców i dziadków Momoko. Nie zdążył nauczyć się japońskiego, zna tylko podstawowe zwroty potrzebne do przetrwania w mieście. Teraz musiał poznać nowe słowo, kłania się każdemu z osobna i mówi „goshuushou-sama desu”.

Wchodzi do środka, wyciąga z kieszeni kopertę z pieniędzmi i podaje kobiecie zbierającej kondolencje. Odbiera od niej pudełko z upominkiem i podziękowaniem za przybycie. Tomasz ma wrażenie, że papierowa torebka z pudełkiem waży co najmniej dziesięć kilo. Zajmuje miejsce po stronie „dla gości”. Po stronie rodziny, na krześle w pierwszym rzędzie, siedzi ukochany pies Momoko. Tomasz stara się unikać wzroku Momoko patrzącej na niego z czarno-białego zdjęcia. Nie wie, czy da radę podejść i zapalić trociczkę.

Zamyka i otwiera oczy, z nadzieją, że się obudzi.

**

Wychodząc, Tomasz mija dwóch mężczyzn, którzy ciągle stoją tam, gdzie widział ich ostatnio. Garnitur i sportowiec. Dziwna para.

Po kilku krokach orientuje się, że idą za nim. Zatrzymuje się i obraca, zdejmując okulary. Wpatruje się w nich pytająco.

Starszy mężczyzna burczy coś po japońsku, młodszy od razu przechodzi na angielski.

– Bardzo przepraszam. Jestem detektyw Shinichiro Hirata, a to mój kolega Takeshi Watabiki. Chcielibyśmy chwilę porozmawiać. Zadać kilka pytań w sprawie panny Momoko Ozaki.

Tomasz dopiero teraz dostrzega odznakę policji metropolitalnej w ręku starszego mężczyzny.

– Czy to przesłuchanie?
– Nie, to nie przesłuchanie – Shinichiro wymawia to „interogeszon” – tylko rozmowa. Nie chcemy sprawiać kłopotu, ale to ważna sprawa.
– Oczywiście.
– Sprawdzamy różne wersje wydarzeń. Potrzebujemy dowiedzieć się czegoś więcej o pannie Ozaki.

Detektyw Watabiki bez słowa robi Tomaszowi zdjęcie polaroidem.

– Przepraszam… – zaczyna tłumaczyć Shinichiro, ale Tomasz daje znać, że wszystko jest w porządku.

Idą do pobliskiego baru, jednego z tych małych lokali, gdzie można się dość tanio najeść. I napić. Detektyw Watabiki stwierdza chyba, że zrobił na dziś wszystko, co do niego należało. Siada przy barze i zamawia sukiyaki oraz sake. Chwilę wachluje się zdjęciem z polaroida, a potem chowa je do kieszeni marynarki i wyciąga papierosy.

Tomasz i Shinichiro siadają w kącie, gdzie można spokojnie porozmawiać. Tomasz powoli odzyskuje spokój. Słoneczny dzień zaraz się skończy, przechodząc w wieczór.

– Pańskie nazwisko? – pyta Shinichiro, wyciągając notes.

Tomasz orientuje się, że zachował niegrzecznie, gdy nie przedstawił się zaraz po poznaniu, ale nie przejmuje zbytnio, blond włosy stanowią immunitet, nikt nie oczekuje od niego, że będzie umiał się zachować. Poluzowuje krawat i rozpina górny guzik koszuli.

– Tomasz Kowalczyk – mówi, widzi, że detektyw ma problemy z zapisem nazwiska i po prostu wyciąga wizytówkę z portfela.
– O, Polska?
– Tak, z Polski – Tomasz zastanawia się, jakie skojarzenia zbudzi to w umyśle Shinichiro. Pakiet: papież, Maria Curie, Chopin, Wałęsa, Auschwitz? – z Krakowa.
– Jak dobrze znał pan pannę Ozaki?
– Przyjaźniliśmy się – mówi Tomasz, a potem zaczyna opowiadać o psie Momoko – To był słoneczny, wiosenny dzień…
(…)

Helios

4 LIPCA 1999 roku jedenastoletnia Natka nudziła się w kościele. Siedziała w piątej ławce, nie za blisko, ale i nie za daleko, proboszcz miał bowiem zwyczaj zaglądać przed mszą do tylnych rzędów i przeganiać dzieci do przodu. Jedenaście lat, myślała sobie Natka, to okropny wiek. Rodzice wysyłali ją samą, jako wierzący-niepraktykujący, ale ona chodziła na religię i musiała mieć obecność, nie? Proboszcz, stary grubas w peruce, przysypiał na tronie, a kazanie brzęczał, niczym nieznośna mucha odbijająca się od szyby, młody pryszczaty ksiądz. Natka go nie słuchała, rozmyślała o tym, że na wakacje powinni zamykać kościoły tak jak zamyka się szkoły. A potem marzyła o koniu, zazdrosna o koleżankę, która miała swojego konia i kiedyś dała się nawet przejechać. Natka też by chciała konia, ale rodzice się nie zgodzili.

**

Piętnaście lat później z jakiegoś powodu przypominają jej się konie. Machinalnie narysowała konika w notatniku A4, zamiast zapisać w punktach „Istotne cechy małżeństwa katolickiego”. Prowadzący nauki brzęczy jak nieznośna mucha, Natka z całych sił próbuje powstrzymać ziewnięcie. Konik ma skrzydła, róg i mangowe oczy, Natka przygląda mu się uważnie i przypomina, jak miał na imię. Książę Helios, pegaz z anime, które oglądała w dzieciństwie, dzięki magii zamieniał się w pięknego chłopca. Natka wkłada dużo energii w to, żeby się nie roześmiać. Zerka na swojego narzeczonego Marka, który nie jest wprawdzie tak piękny jak książę z anime, ale jest jej i bardzo go kocha. Marek z poważną i skupioną miną słucha uważnie prowadzącego. Jan ma dobrze po czterdziestce i surową posturę kaznodziei. Jego żona Grażyna, siedząca obok, stanowi jego dokładne przeciwieństwo. Jest w niej coś matczynego, konstatuje Natka, ma piersi stworzone do karmienia i wygląda, jakby cały dzień siedziała w kuchni, piekąc domowe chleby i ciasta. Mają piątkę dzieci, opowiedzieli o tym już na pierwszych zajęciach. Grażyna powiedziała, że każde dziecko powinno mieć siostrę i brata.

– Celem małżeństwa jest świętość – Jan kończy wykład na temat tego, co o małżeństwie ma do powiedzenia Pismo, i pałeczkę przejmuje jego żona.
– Tak jak powiedział Jan, kochani, podstawą zgodności małżeńskiej jest obecność w życiu Jezusa – mówi Grażyna – musicie jednak pamiętać, że Pan nie przychodzi nieproszony. Sami musimy na to zapracować. Małżonkowie muszą się dobrze znać, muszą umieć ze sobą rozmawiać, a zwłaszcza rozwiązywać sytuacje konfliktowe.

O tak, z pewnością, myśli sobie Natka o tych czterech latach, które mieszka wspólnie z Markiem w wynajętym mieszkaniu na jednym ze szczecińskich osiedli. Wielka płyta, ale z windą.

– Zrobimy taki test, zaraz wam rozdam kartki, kochani, zobaczymy, jak się dobrze poznaliście w czasie narzeczeństwa.

Natka zerka na dziewczynę siedzącą po drugiej stronie stołu. Brzuszek widoczny pod tuniką wskazuje, że poznali się z chłopakiem całkiem dobrze.

– Wszyscy mają? – upewnia się Grażyna po rozdaniu kserówek – Świetnie, kochani, teraz niech każde odpowie na pytania, za siebie i za narzeczonego. Albo narzeczoną. Tylko nie oszukujcie, pamiętajcie, ha ha, że Bóg widzi wszystko!

Natka odwraca kartkę. W polu „Co lubisz najbardziej na świecie” po stronie Marka wpisuje „piłka nożna”, a po swojej, kierowana przedziwnym impulsem, „konie”. A potem skreśla i zamazuje, konie są dobre dla małych dziewczynek, a ona zaraz będzie kobietą. Nie wie, co wpisać. W końcu, nie przejmując się karzącym wzrokiem Boga, podgląda, co o niej napisał Marek, i wpisuje to samo.

Natka najbardziej na świecie lubi czytać. Chyba.

**

Jest to fragment nowej powieści Michała R. Wiśniewskiego, nominowanego do Nagrody Conrada za debiut roku, autora świetnie przyjętego Jetlaga„. Premiera już w piątek, 6. listopada. 

Za takim nawigatorem jak Wiśniewski chce się iść, takiemu przewodnikowi miło się poddawać. Miasto, nowe technologie, trójwymiarowi bohaterowie uwikłani we współczesność. Jednocześnie czułość i bezwzględność, refleksja i przygoda, groza i humor, a nawet sensacja. Sugestywny, wielowymiarowy, niejednoznaczny świat.

Agnieszka Wolny-Hamkało

Biurowa klasa średnia, największa zagadka 3RP. Od jej kaprysów zależy, kto wygra wybory i jaki operator komórkowy wygryzie konkurencję. Ale kim są ci ludzie? O co im chodzi? O czym marzą? Czego się boją? To nie jest smutna książka o blokowisku, tam są faken androidy w Tokio, jak u Dukaja.

Wojciech Orliński

Michał R. Wiśniewski (1979) – pisarz, publicysta, redaktor naczelny magazynów upadłych „Kawaii” i „Anime+”, popularyzator japońskiej popkultury i fantastyki w Polsce. Nominowany do Nagrody Conrada za debiut roku. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, w magazynach „Pulp”, „Nowa Fantastyka”, „Kmag”, a także w książkach Bond. Leksykon, Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej i Berlin – Pascal Lajt. Stały felietonista magazynów „Pixel” i „Arigato”. Autor powieści Jetlag (2014, Wydawnictwo Krytyki Politycznej) i zbioru felietonów Jeśli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę (2014, Bookrage). Prowadzi bloga: Pattern Recognition (mrw.blox.pl) oraz jetlag.com.pl

**Dziennik Opinii nr 310/2015 (1094)

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij