Czytaj dalej

Szybowicz: Dziewczyny i agresja

Kobieca agresja skierowana we właściwym kierunku, czyli na zewnątrz, pozostaje skandalem w znacznie większym stopniu niż autoagresja.

Kopy w brzuch podkutymi butami, okładanie metalową pałką, wybijanie zębów, wykręcanie rąk do omdlenia. Z główki w nos, po nerach, z byka w brzuch, z łokcia, z kolana. Nóż pod żebro albo po gardle. Charch na twarz leżącego w kałuży krwi przeciwnika.

Bohaterki Cwaniar Sylwii Chutnik biją, tłuką, walą na odlew. Wyzwalają w sobie pierwotną wściekłość i wpadają w trans okrucieństwa. Odczuwają przy tym dziką rozkosz podobną do „orgazmu, kiedy napięcie schodzi z mięśni, kiedy czujesz w całym ciele cudowne wirowanie”. Pisarka, nie pierwszy zresztą raz, wzięła na warsztat kulturowe tabu, które polega na zakazie odczuwania i przejawiania agresji przez kobiety. Tym razem złamanie tego tabu jest nadrzędnym celem powieści.

Feministyczna nowa literatura i sztuka chyba częściej zajmuje się autoagresją, czyli krzywdą, którą kobiety wyrządzają samym sobie, kiedy nie wolno im wyrażać i politycznie wykorzystywać złości. Bohaterki Cwaniar też zresztą mają epizody autoagresji (Halina – podcinanie żył, Celina – niejedzenie, obżeranie się i wymiotowanie, Bronka – mycie rąk do zdarcia skóry). Tylko bicie innych, głównie facetów, może je uwolnić od emocjonalnego napięcia, które funduje im społeczeństwo. Chyba że popełnią samobójstwo (co i tak w końcu czynią). Chutnik czyta te same psycholożki co my wszystkie.

Anoreksja, bulimia, samookaleczenia, uderzanie głową, wyrywanie włosów. Przywykliśmy, że współczesne polskie pisarki i artystki przedstawiają uwewnętrznioną opresję kobiet. Dużo pisze o tym Agata Araszkiewicz, która kwalifikuje takie zachowanie jako body art – straszliwą ekspresję artystyczną. I to krytyczną, niszczącą przedmiot, który powinien być zawsze atrakcyjny, dostępny i użyteczny, czyli kobiece ciało.

Oczywiście mamy do czynienia z tematem obscenicznym i subwersywnym, ale już trochę zbyt łatwo poddającym się opisowi, co oznacza, że – dziwna sprawa – postępuje jego konwencjonalizacja. Trudny kontekst kulturowy, przeciwko któremu skierowane są te obscena, niewiele się zmienia, a jego krytyka szybko się zużywa. Jakby ograniczony, niszowy wpływ literatury i sztuki sprawiał, że ich obiektywnie niezaprzeczalna wywrotowość staje się pustą figurą.

Kobieca agresja skierowana we właściwym kierunku, czyli na zewnątrz, pozostaje skandalem w znacznie większym stopniu, ale w powieści Chutnik dokonuje się przyspieszone rozbrojenie tego ładunku. Uświadomić to sobie (zgodnie z prawem głębokiego sensu przypadkowych spotkań książek na stole prosektoryjnym) pomogła mi Brama na drodze z 1967 roku, debiut Janiny Zającówny (poczytnej autorki powieści dla dziewcząt). Rzecz dzieje się w żeńskim zakładzie poprawczym i jest jednocześnie brutalna i wolna od epatowania społeczną egzotyką. Jedną z pierwszych scen jest ostra scena bójki młodocianych przestępczyń. Napisana ot tak, lekko, krótko, od niechcenia, jakby żadne tabu związane z kobiecą agresją nie istniało. Po prostu wykluczone przez obłudne społeczeństwo dziewczyny biorą się za łby, bo do ich zamkniętej społeczności, podlegającej dynamice dominacji i podporządkowania, przybywa nowa, której niezależność rozjusza dotychczasową samicę alfa.

Powieść Zającówny jest mało narracyjna – autorka nie wyjaśnia, nie domyka, nie uspójnia, nie oswaja tematu. Chutnik – odwrotnie – niemal porzuca właściwy sobie „komiksowy” groteskowy skrót (najwyraźniejszy w Dzidzi) na rzecz opowiadania prostego, dosłownego, logicznego. Chcąc trafić do możliwie szerokiego kręgu odbiorców, staje się zakładniczką kontekstu i za bardzo stara się uprzedzać wyobrażone zarzuty. Żeby oswoić kobiecą agresję, strategicznie łączy ją ze znanymi i akceptowanymi konwencjami, schematami fabularnymi i tradycjami. Pisze coś w rodzaju ballady prozą. Agresja bohaterek jest w niej zemstą za przemoc – od pijackich zaczepek i klepania w tyłek po gwałt i regularne bicie przez męża. Cwaniary to mścicielki własnej krzywdy oraz obrończynie słabszych, samozwańcze egzekutorki sprawiedliwości i bojowniczki o lepszy świat. Chutnik nawiązuje do amerykańskiej popkultury, choćby do Thelmy i Louise czy Death Proof. Ale również do dawnego warszawskiego folkloru z kodeksem osobistej dintojry i drażliwością na punkcie honoru stolicy. Słowo „cwaniary” w tytule użyte zostało w znaczeniu, jakie znamy z piosenki Nie masz cwaniaka nad warszawiaka wykonywanej przez Stanisława Grzesiuka.

Nie obyło się bez odwołania do tradycji miasta niepodległego, powstającego przeciw okupantowi. Celem wielkiej akcji odwetowej bohaterek jest deweloper, który chyba nie przypadkiem robi interesy z Niemcami. Zawłaszcza on i niszczy tkankę miejską jak hitlerowcy, a przede wszystkim nęka lokatorów starych kamienic, posuwając się do zlecenia spalenia żywcem działaczki ruchu lokatorskiego, która nosi imię autentycznej obrończyni prawa do mieszkania, ofiary niewyjaśnionej zbrodni – Jolanty Brzeskiej. Jemu i innym deweloperom trzeba pokazać, że miasto należy do mieszkańców i nie da się pokonać uzurpatorom.

Dziewczyny walczą – według słów jednej z nich – jak walczyło się na wojnie, w podziemiu, w powstaniu. Jest z nimi oczywiście babcia łączniczka, która znajomymi kanałami prowadzi mścicielki i mścicieli na strzeżone osiedle, gdzie ukrył się zły kamienicznik. Chutnik próbuje nawet wykorzystać popularność serialu Czas honoru, w którym niebezpiecznej romantyzacji uległa działalność podziemnego wymiaru sprawiedliwości, i wkłada w usta swojej bohaterki formułę zbliżoną do tej, którą w telewizji wygłaszał drewniany idol nastolatek, zanim strzelił z bliska do skazanego przez tajny sąd „kolaboranta”: „W imieniu Kobiet Podziemnych, bitych i torturowanych, wykonujemy na tobie wyrok zemsty”.

Wpisywanie feministycznej i obywatelskiej złości w znane schematy, na przykład niepodległościowe, budzi we mnie mieszane uczucia – z jednej strony rozumiem strategię, z drugiej obawiam się uproszczenia sprawy i zaprzepaszczenia potencjału krytycznego. Fakt, kobieta w zaawansowanej ciąży spuszczająca facetom ciężkie lanie w imię kobiecej i lokatorskiej solidarności, to policzek wymierzony smakowi powszechnemu. Chutnik zdecydowanie przelicytowała tu Quentina Tarantino, który w Death Proof kazał brać udział w brutalnej i niebezpiecznej wendetcie również bohaterce będącej matką. Ale wrażenie wywierane przez niektóre sceny zaciera się w trakcie dalszej lektury.

Prowokacyjne są również szczegóły, na których autorka aż tak bardzo się nie skupia, które umieszcza w powieści niejako na dokładkę. Setka bez popity, którą ciężarna wychyla duszkiem przed akcją. Ba, nawet wieczorne balkonowe papierosy wypalane przez zmęczone dniem kobiety zyskujące w ten sposób chwilę wytchnienia. Dziewczyna jadąca po pijanemu na rowerze czy kradnąca perfumy w ekskluzywnej drogerii w celu redystrybucji luksusu. Takie sceny, przedstawione pozytywnie, bez potępienia, stanowią wyzwanie rzucone mieszczańskiemu common sense’owi, według którego kobieta w ciąży nie pije, palenie jest niezdrowe, pijany rowerzysta to największy wróg publiczny, a kradzież to kradzież. Dorzuciłabym jeszcze jazdę na gapę komunikacją miejską, a wyszedłby z tego minikatalog czynności, do których nie wypada się przyznać w towarzystwie.

Sylwia Chutnik jest świetna w wymownych obrazkach i scenkach, jej proza traci na uspójnianiu i dopowiadaniu. Na przykład felieton Oda do dresiary z 2010 roku, w którym pokazała bezczelne, agresywne dziewczyny opanowujące miejską przestrzeń i mówiła ich językiem, był bardziej efektowny niż Cwaniary jako całość. W historii jej prób wypracowania konwencji literackiej służącej celom emancypacyjnym ostatnia książka to niepowodzenie. Zbyt duży strategiczny kompromis, zwyczajna niekonsekwencja.

No proszę cię, normalnie, Chutnik, heloł!

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Eliza Szybowicz

| Krytyczka literacka
Polonistka, współautorka (z Przemysławem Czaplińskim, Maciejem Lecińskim i Błażejem Warkockim) Kalendarium życia literackiego 1976-2000. Publikuje teksty o książkach i filmach na łamach internetowych i papierowych, m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Dwutygodniku” i „Czasie Kultury”. Prowadzi blog poświęcony peerelowskiej powieści dla dziewcząt: nietylkomusierowicz.wordpress.com. Interesuje się współczesnymi przedstawieniami i zastosowaniami PRL-u.