Czytaj dalej

Sontag: Odrodzona

Za pomocą maski własnego zachowania nie chronię swojego nagiego, autentycznego „ja”, lecz je przekraczam. Fragment z pierwszego tomu „Dziennika” Susan Sontag.

1958

(…)

Zeszłego wieczora Henryk IV Pirandella z Paulem + jego znajomymi ze służb publicznych. (TNP [Théâtre National Populaire]: Jean Vilar)

 

Chociaż tylko połowicznie rozumiałam francuski tekst dramatu + mdliło mnie, dosłownie przewracał mi się żołądek na myśl o spotkaniu z H o 24.00, znów całkowicie poddałam się emocjom, które wzbudza we mnie ta sztuka. Egzaltowane refleksje Pirandella o naturze złudzeń & rzeczywistości zawsze mnie poruszały*. Podobała mi się też jaskrawa, wyzywająca scenografia i proste, arlekinowe kostiumy aktorów (zestawienia błękitu + zieleni, czerwieni + żółci, czerwieni + błękitu oraz zieleni + żółci symbolizujące cztery kraje; czerwień jako znak cesarza). Aktorzy – z wyjątkiem Vilara, który znakomicie wcielił się w Ryszarda II – mogli się jednak spisać lepiej. Fran­cuskie aktorstwo teatralne – choć nie filmowe, gdyż we francuskim kinie przeważa styl „realistyczny” – cechuje się przesadą + nadmiarem. Aktor od początku gra w sposób wysoce wystylizowany i emocjonalny, więc gdy staje przed koniecznością oddania naprawdę gwałtownych emocji, wpada w ton wręcz histeryczny.

 

Żadna maska nie zasłania twarzy całkowicie. Pisarze i psychologowie badali temat twarzy jako maski, lecz mało kto zajmował się zagadnieniem maski jako twarzy. Niektórzy bez wątpienia noszą maskę, by skryć subtelne, lecz trudne do przyjęcia emocje. Jednak większość ludzi zapewne używa jej głównie po to, by wymazać wszystko, co się pod nią kryje, i stać się tym, co przedstawia maska.

 

Od zagadnienia maski jako osłony czy przebrania bardziej interesujące jest spojrzenie na maskę jako projekcję lub aspirację. Za pomocą maski własnego zachowania nie chronię swojego nagiego, autentycznego „ja”, lecz je przekraczam.

 

***

 

Sobotnia popołudniowa rozmowa, długa i zaprawiana alkoholem, z Annette Michelson. Rozmawiałyśmy głównie o małżeństwie. Próbowałam jej opisać niewinność P i opowiedziałam, jak starał się mnie nakłonić, bym została w Oksfordzie tylko na chwilę, a resztę roku spędziła w Paryżu. „Jedź do Paryża, tam na pewno jest bardzo wesoło”. Annette natychmiast zrozumiała, w czym rzecz, + powiedziała: „On nie wie, że sam podcina sobie gardło”.

 

***

 

Tej nocy śniło mi się, że prowadzę otwartą i elokwentną rozmowę z pięknym, dojrzałym Davidem w wieku lat około ośmiu. Mówiliśmy o moich problemach emocjonalnych w podobny sposób, jak rozmawiała ze mną moja matka, gdy miałam dziewięć, dziesięć, jedenaście lat… Doskonale mnie rozumiał i przedstawiając mu swoje troski, czułam wielki spokój.

 

David nie śni mi się prawie nigdy i niewiele o nim myślę. Rzadko wkracza w świat mojej wyobraźni. Kiedy jestem przy nim, uwielbiam go całkowicie i bez reszty. Gdy się rozstajemy i wiem, że jest pod dobrą opieką, bardzo szybko znika z moich myśli. Ze wszystkich osób, które kochałam, on w najmniejszym stopniu stanowi mentalny przedmiot miłości – jest najintensywniej realny.

 

***

 

Gmach TNP wygląda tak, jak mógłby wyglądać radziecki pałac kultury i wypoczynku. Jest potężny, prostacki, zbudowany wielkim kosztem. Mnóstwo marmuru i mało przeszkleń, wielkie klatki schodowe i ruchome schody, niebosiężne sufity, barierki z mosiądzu i gargantuiczne murale. Paul mówi, że to największy teatr w Paryżu. Po przedstawieniu, a przed spotkaniem z H, staliśmy na wielkim placu pomiędzy flankami Palais de Chaillot, oglądając niczym nieprzesłoniętą wieżę Eiffla – heroicznie wielką, czarną + doskonale wyrysowaną na tle pięknego nocnego nieba, po którym w potokach księżycowego blasku niestrudzenie sunęły białe chmury.

 

 

7/01/58

H bardzo odległa, wroga, pochłonięta sobą.

Rozmyślania o piekle przyprawione wizualnie doskonałym, lecz muzycznie przeciętnym Don Giovannim, którego zeszłej nocy obejrzałam w Operze. Idea piekła & wyobrażenie, że wszechświat ma kosz na śmieci, taki automatyczny pojemnik na odpadki. Katolicy i kalwiniści uważali piekło za sprawiedliwe; późniejsi protestanci – za bezlitosne. Czy dążenie do sprawie­dliwości (sądu) zanika wobec prymatu miłosierdzia?

 

Czy teleologia religijna wymusza koncepcję życia pozagrobowego, w tym piekła? Moralna buchalteria nakazuje wyrównać rachunki. Niektóre przedsiębiorstwa się rozwijają. Inne muszą ogłosić bankructwo albo padają ofiarą defraudacji – czasem dzieje się i jedno, i drugie. Kary + nagrody muszą obowiązywać, bo życie to poważna sprawa. Łatwo zauważyć, że poważnemu podejściu do życia towarzyszą cnota sprawiedliwości oraz sztuka sądzenia + związane z nią skrupuły. Trudniej dostrzec powagę miłosierdzia, ponieważ znaczna część obiektywnych [sic] miłosiernych zachowań wynika z niechęci i niezdolności do potępienia moralnego.

 

Przypomniała mi się rozmowa z Herbertem Hartem, którą odbyłam wiosną w Cambridge [w stanie Massachussetts] (stojąc przed księgarnią Schoenhof’s przy Mass. Ave. po jego wykładzie), na temat procesów norymberskich. „Sądzenie właściwie nie bardzo mnie interesuje”, stwierdził krótko. Wydawało mi się to absurdalne, nieprzyzwoite!

 

Sądzę, że założenie, iż religia musi być poważna, inaczej nie będzie religią, jest z gruntu protestanckie. W chasydyzmie, a także w chaosie + estetyce obrzędów hinduistycznych, które opisuje [E.M.] Forster, obecna jest radość.

 

Uważam powagę za cnotę, jedną z tych, które przyjmuję w życiu i zamierzam przyjmować w sferze uczuciowej. Uwielbiam radość, chętnie wybaczam, ale ma to sens tylko na tle imperatywu powagi.

 

 

8/01/58

 

Tym, czego brakuje mi [S.S. najpierw napisała „pragnę”, później to słowo skreśliła] jako pisarce, jest (1) pomysłowość oraz (2) zdolność precyzyjnego przeka­zywania znaczenia. Dziś po obudzeniu, przed lunchem, H poszła do swojego pokoju. Późne popołudnie spędziłam na poznawaniu Sorbony, a przed kolacją obejrzałam Małpi interes [z braćmi Marx] w kinie Celtic.

 

Zalew listów od Philipa (pięć sztuk!) – żałosnych, czułych, sentymentalnych – czekał dziś na mnie w Ame­rican Express.

 

9/01/58

P został zwolniony z Brandeis – sama nie wiem, co o tym myśleć. Czuję ulgę, że mnie przy nim nie ma, nie muszę pocieszać, radzić, namawiać… Współczuję mu, bo na pewno bardzo się przejmuje… Poczułam też ukłucie niepokoju, gdy pomyślałam, jak moje so­lidne, zdawałoby się, życie usuwa mi się spod nóg – wszystko we mnie krzyczy, by decydować, działać, zo­stawić go, gdy wrócę.

 

Z H układa mi się teraz chyba trochę lepiej, ale nie mogę być tego całkiem pewna, a już raz – w ocenie ty­godni poprzedzających Dublin – bardzo się pomyliłam.

 

Wczoraj kolacja (Charpentier), po niej Brytanik [Raci­ne’a] ([Théâtre du] Vieux Colombier) w towarzystwie Annette Michelson, która zachowywała się jeszcze bardziej figlarnie + sztucznie niż zwykle. Bardzo nie lubi H, więc ja nie lubię jej. Racine jest mi bardziej obcy niż teatr kabuki – emocje są u niego uzewnętrznione, wyliczone. Sztuka składa się z szeregu kon­frontacji pomiędzy dwoma, a najwyżej trzema bohaterami (żadnego Szekspirowskiego nadmiaru!); środkiem przekazu intelektualnego nie jest ani dialog, ani monolog, lecz coś pomiędzy – tyrada, forma, która wydała mi się bardzo niewdzięczna. Żadnego ruchu, same pozy.

 

Marguerite Jamois grająca Agrypinę wygląda bardzo dostojnie + scenicznie – idealna Edith Sitwell.

 

H w nocy strasznie się spóźniła. Miała przyjść od razu do pokoju, a zjawiła się dopiero o 2.15… Stałam przy oknie + gapiłam się w dół, na wąską uliczkę. Obserwowałam żebraka, dwa koty i człowieka, który chodził wte i wewte, aż w końcu stanął w bramie obok „cremerie”, jakby na kogoś czekał. Nasłuchiwałam kroków, które przez półtorej godziny nie były jej krokami.

 

 

12/01/58

 

H wyszła właśnie do pracy, a ja wróciłam do hotelu, żeby się przebrać przed spotkaniem z Irvingiem Jaffe w [kawiarni] Old Navy o 19.30. H jest piękna, odprężona, czuła. Ja, oszołomiona namiętnością, potrzebuję jej i jestem taka szczęśliwa… dobry boże, jestem szczęśliwa! Wygląda na to, że niewiele potrzeba, by uszczęśliwić moje obolałe serce + nieużywane ciało. Lecz twierdząc, że tylko o to chodzi, byłabym nieuczciwa. Chodzi o nią, o nią, o nią.

 

Piątkowy wieczór – słabe wykonanie Kawalera srebrnej róży. Samotna oddawałam się erotycznym fantazjom, unosząc się na fali wspaniałej znajomej muzyki… Później spotkałam się z H w [Café] Flore i wypiłam około 5 szklaneczek whiskey w Club St. Germain i Tabou. Nie schlałam się do nieprzytomności, ale wypiłam dość, by cieszyć się kiepskim jazzem w St. Germain i znakomitym seksem, który uprawiałyśmy, już w łóżku, przed świtem.

 

* W 1979 roku S.S. wyreżyserowała As You Desire Me Pirandella w turyńskim Teatro Stabile.

 

Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki, t.1, 1947–1963, wydawnictwo Karakter 2012.

przeł. Dariusz Żukowski

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.