Czytaj dalej

Skurczybyki i Piotrusie Panie. Rozmawiają Agnieszka Graff i Marta Frej

graff-frej-grafika

Melodramat i romans jako damskie kino akcji.

Marta Frej: Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego kobiety tak często kochają skurczybyków, którzy niszczą im życie?

Agnieszka Graff: Tysiąc razy się zastanawiałam. To wielkie pytanie. Znasz odpowiedź?

M: Mam w tej kwestii dwie teorie.

A: Dawaj.

M: Pierwsza jest taka, że kobiety dlatego wybierają sobie skurczybyków, cynicznych, wstrętnych facetów, którzy do tej pory tylko siali zło i smutek, bo wierzą w to, że będą pierwszymi kobietami, po tysiącu innych, które mocą miłości, swoim fantastycznym uczuciem pokażą im lepszą drogę i w ten sposób ich zbawią. Uczynią z nich prawdziwych partnerów, wyciągną z nich człowieczeństwo. Te kobiety wierzą, że ci źli faceci są na pewno skrzywdzeni. Jeżeli oni są źli, to na pewno nie są tacy, bo się tacy urodzili. Oni są źli, bo spotkało ich coś strasznego w życiu.

A: A raczej ktoś?

M: Tak, zła kobieta ich spotkała, albo kilka złych kobiet. Żadna przed nami nie była dość dobra.

A: Czyli my musimy odpracować tę kobiecą winę i naszą miłością udowodnić, że kobiety jednak są fajne?

M: Jego musimy uratować, ukoić, wyleczyć. Ale też tę straszną kurwę, która go skrzywdziła, też już ostatecznie pognębić.

A: Racja, w tym jest element kobiecej rywalizacji. Jesteś wyjątkowa. Tylko ty go rozumiesz, tylko ty potrafisz odczytać prawdziwe intencje, które kryją się za jego brutalnością.

M: Tak jak z małym dzieckiem: tylko ty rozumiesz swoje małe dziecko.

A: To jest pięknie pokazane w filmie Narodziny gwiazdy z Judy Garland z 1954 roku. Oglądałam go niedawno i uderzyła mnie jego emocjonalna siła. To jest potworny kicz, albo jak kto woli camp, ale wzrusza jak cholera. Bohaterka kocha destrukcyjnego faceta, a my musimy jej współczuć, że on taki okropny i ją niszczy. Ale też musimy ją kochać i podziwiać za to, że ona tak go kocha. W dodatku na końcu ona na tym dobrze wychodzi, bo on dla niej umiera i ona wtedy ma go z głowy. Ale jednak go nie wykopała po drodze i jest uwznioślona, bo kochała go do samego końca. Ja ten film odebrałam na dwóch poziomach – krytycznie jako feministka, ale też emocjonalnie. To przekonanie, że miłość to fatum i że jak pokochasz mrocznego typa, to umarł w butach. Wiemy, że ten zestaw jest absurdalny, ale on i tak działa. Życiowo działa i rynkowo działa. Tak wygląda fabuła harlequina, tak wygląda fabuła Pięćdziesiąt twarzy Greya, tak wygląda fabuła znacznej części melodramatów.

M: W memach trochę gram tą opowieścią, tyle że odwróconą. To kobieta jest skurczybykiem. W jednym memie mówię do Tomka: „To nie moja wina! Mam syndrom Piotrusi Pani…”. Nie, żebym była w naszym związku tą złą, którą Tomek swą wielką miłością musi sprowadzić na dobrą drogę. Po prostu niemożebnie mnie irytuje ilość wymówek, wymyślonych syndromów, podświadomych uwarunkowań, które mają tłumaczyć okrutne i nieodpowiedzialne zachowania facetów. Nie twierdzę, że jesteśmy lepsze, ale nam się zdrowo obrywa, kiedy rozrabiamy.

A: Wybaczanie facetom, usprawiedliwianie ich – to jest ważna kobieca umiejętność. Romansidła tego uczą. Najczęściej na początku jest dwóch kandydatów na amanta, ale i tak widać jak na dłoni, który jest wart miłości – to brutal. Facet rokuje fatalnie – jest psycholem, sadystą, alkoholikiem, niepotrzebne skreślić. I my od razu wiemy, że to jest ten właściwy. I bohaterka też to wie. Im bardziej jest okropny, tym lepiej. Dalej jest tak, że on się miota, ale ona i tak rozumie, jaki skarb się kryje pod spodem. Bo ona go kocha naprawdę.

M: Kobieta kocha naprawdę i uczy kochać mężczyznę. On przez złą kobietę na początku został skrzywiony i nie umie kochać, ale nasza bohaterka go uczy. Uczy go swoją nieprawdopodobną miłością, większą niż jakakolwiek inna miłość, którą spotkał. Bo kobieta musi wiecznie zamazywać i naprawiać zło, które uczyniła jako Ewa, namawiając Adama do zjedzenia jabłka. W życiu doczesnym musi wiecznie płacić za ciekawość, niesubordynację i słabość do zdrowej żywności.

A: To znaczy, że ona jest lepsza od niego.

M: Oczywiście, poświęca się dla niego, jest nieszczęśliwa dla niego. Miłość to cierpienie, a cierpienie uwzniośla.

A: To jest kobieca opowieść o nas samych. Faceci w tym czasie oglądają program o samochodach.

M: Mecz.

A: Oni w ogóle się tą historią nie zajmują. Nawet nie wiedzą, że ta historia jest po raz tysięczny opowiadana, że my o nich i o sobie tak myślimy. Oni w tym czasie siedzą, poklepują się nawzajem i mówią: „O co tym babkom właściwie chodzi?”. Albo: „Kobiety są jakieś inne”.

M: A ja myślę, że oni wiedzą, co się dzieje, bo głupi nie są. Wiedzą, co się dzieje i bardzo im jest to na rękę, że same się tak podkopujemy, same się zagrzebujemy. Pozwalamy im na przemoc i rozgrzeszamy. Same się w te sidła pakujemy.

A: …dając sobie w nagrodę cukierka: jesteśmy lepsze.

M: To żaden cukierek. Bo to, że ja powiem sobie, że jestem lepsza i będę nieszczęśliwa, nijak się nie bilansuje.

A: A ja myślę, że dla wielu kobiet bilans jest jednak dodatni. Oczywiście w sferze fantazji, bo realnie to masz w plecy. Pamiętasz ostatnią scenę Narodzin gwiazdy? Bohaterka przedstawia się wielomilionowej publiczności imieniem i nazwiskiem tego faceta, który ją odkrył, wyniósł na szczyty, a potem chlał i ją niszczył latami, aż wreszcie przed chwilą popełnił samobójstwo po pijaku. Ona na tej scenie rodzi się na nowo, staje się wielką gwiazdą. Dostaje sławę jako nagrodę za wytrwałość w miłości. Okazuje się, że jej tożsamość to małżeństwo. A raczej mit udanego małżeństwa.

Ten film mówi, że oddać się w ręce mężczyzny, zatracić dla niego, to jest spełnienie, to jest kres kobiecej tożsamości. Nie musisz podejmować żadnych wyborów, nie musisz podejmować żadnych decyzji, masz scenariusz, który cię całkowicie określa.

Miliony widzów biją ci brawa, bo to leci w telewizji. I miliony kobiet tę papkę łykają…

M: Nie zgadzam się. Ten film można zinterpretować na wiele sposobów, a przynajmniej jego zakończenie.

A: Feministycznie można pewnie powiedzieć nareszcie się pozbyła skurczybyka i wykonuje tylko pusty gest, używając jego nazwiska…

M: Nie! Ona tego skurczybyka wessała. Wzięła sobie jego talent, wzięła jego doświadczenie, wzięła wszystko, po czym on się zabił, bo już nie miał nic, i nic nie mógł ze sobą zrobić, a ona wzięła całą jego siłę. Jest teraz podwójnie silna, jest kobiecą wersją siebie i jego. A przedstawiła się jego imieniem i nazwiskiem, bo facet się przed chwilą zabił.

A: Może i racja, muszę to przemyśleć. To chyba się nie kłóci z naszą teorią, że mit romantycznej miłości do skurczybyka daje kobietom poczucie mocy… pozornej oczywiście. Ale zaraz, zaraz, Marto, miały być dwie teorie. Jaka jest druga?

M: Druga teoria jest bardziej biologiczna. Wszyscy – i kobiety, i mężczyźni – mamy świetne mięśnie, świetny szkielet i mamy potrzebę dużej aktywności. Taką zwykłą fizyczną, ale też psychiczną potrzebę, żeby coś się w naszym życiu działo. Męskie kino to jest fantazja o akcji.

A: Gonitwa, strzelanka i ratowanie świata.

M: Dokładnie tak. Taki Bond raz po raz przy użyciu jakiś fajnych maszynek ratuje świat.

A: Skacze, strzela, goni, ucieka…

M: To wymaga całej masy energii. Ta aktywność daje człowiekowi w kość, ale też daje masę satysfakcji, to jest taka przygoda. I wysiłek fizyczny i wszystko w tym jest. To jest opowieść o męskiej tożsamości. A laski? Mają przez dwie godziny oglądać film, jak siedzą na kanapie i się trzymają za rękę z jakim facetem, który jest dobrym materiałem na męża? No potworna nuda. Więc trzeba coś zrobić żeby była akcja – a pamiętaj, że wszyscy kochamy akcję, wszyscy kochamy emocje i wszyscy kochamy adrenalinę….

A: Ponieważ sednem naszego życia jest miłość, to w tej miłości musi się dużo dziać?

M: Tak, tak. Nam się wmawia, że sednem naszego życia jest miłość. Więc kino kobiece i kobieca literatura – to musi być o miłości.

A: Ale w tej miłości musi być akcja?

M: Żeby się działo, to facet musi być brutalem i musi zostać zreformowany.

A: Albo „wessany”, tak jak twoim zdaniem dzieje się w Narodzinach gwiazdy.

M: Tak jest.

A: Fantastyczna teoria. Melodramat i romans jako damskie kino akcji.

M: Tak, tak. Akcja musi być. On demoluje różne rzeczy, ona też czasem czymś rzuci, zwłaszcza w bardziej współczesnej wersji, jeśli to kobieta wyzwolona. Na przykład talerzem.

A: On demoluje budkę telefoniczną, oczywiście z miłości.

M: Czasami ona sobie zmieni kolor włosów albo zdradzi go, to już taki ekstremalny film akcji, to już jest prawie horror.

A: Kurczę, szkoda, że nie możemy tego sfilmować. Marta Frej to mówi, malując paznokcie. Piękny kolor, nawiasem mówiąc.

M: A dziękuję, też go lubię.

A: Uff, babki i facetów mamy odhaczonych. To może teraz porozmawiamy sobie o dzieciach.

**

Jest to fragment książki Agnieszki Graff i Marta Frej Memy i Graffy. Dżender, kasa i seks, która ukazuje się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

W przedsprzedaży 25% taniej!

MEMY I GRAFFY to wybuchowe połączenie błyskotliwych felietonów Agnieszki Graff, kultowych memów Marty Frej i rozmów między autorkami.

Celnie, ale i z poczuciem humoru, autorki dotykają spraw zasadniczych dla kobiet, jak i dla całego społeczeństwa: wojna z gender, ekspansja kościoła katolickiego w przestrzeni publicznej i politycznej, bierność w rzeczywistości i agresja w sieci, przemoc ekonomiczna, niepłacenie alimentów i problemy mężczyzn wynikające z tradycyjnej w Polsce pochwały maczyzmu.

Książkę dopełniają zapisy rozmów Graff i Frej – o życiu, twórczości, feminizmie, macierzyństwie, popkulturze, kluczowych lekturach i filmach.

Dla licznych wielbicielek i wielbicieli obydwu autorek – pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych – wspaniała okazja do nawiązania znajomości.

Książka zawiera 48 kolorowych ilustracji z memami Marty Frej. Przejdź do sklepu wydawnictwa.

 

**Dziennik Opinii nr 328/2015 (1112)

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.