Czytaj dalej

Sierakowski: Lekko nie będzie

Po obaleniu Fidela zwycięzcy będą się lubić 10 minut, a potem podzielą się na zwolenników partii Kuba w Ruinie i Kuba w Szkłobetonie.

Kuba to ofiara amerykańskiej polityki i sowieckiej ideologii. Uodporniony na slogany o amerykańskim imperializmie polski czytelnik nie dowierza, że coś takiego mogło mieć miejsce. Zrozumieniu sytuacji w Ameryce Południowej nie pomaga również rozpowszechniony dziś antyamerykanizm, który nakazuje poprzeć wszystko, z czym nie zgadza się Waszyngton. Włączając w to Rosję Putina i „jej strefę wpływów”.

A jednak amerykański imperializm naprawdę istniał i do pewnego stopnia wciąż istnieje, podobnie jak amerykański rasizm czy klasizm. W XX wieku szczególnie aktywny i brutalny był na południe od Stanów Zjednoczonych, gdzie jankesi pod pretekstem walki z komunizmem organizowali zamachy stanu i zabójstwa przywódców, jak np. w Gwatemali w 1954 (nowy rząd wprowadził krwawy reżim trwający do lat 90.). Biznes z USA odpowiedzialny był za wyzysk tamtejszych gospodarek i społeczeństw. Nad Kubą dominację USA sankcjonowała tzw. poprawka Platta, która głęboko naruszała suwerenność państwa, umożliwiając Amerykanom manipulowanie polityką Kuby.

Tym pierwszym, który w Ameryce Łacińskiej rzucił wyzwanie USA, był właśnie Fidel Castro. Dziś możemy go uważać za wariatuńcia, który dłużej przemawia niż śpi, ale rewolucja kubańska z 1959 roku była wręcz niewyobrażalnym sukcesem. Niestety zaprzepaszczonym i ośmieszonym przez samego przywódcę. Fidel zdradził swoich towarzyszy walki i lud kubański. Zbudował rujnujący życie gospodarcze i społeczne system opresji, który do dziś trwa na wyspie. Po upadku Związku Radzieckiego, którego armia i pieniądze były ostatnim powodem do traktowania poważnie „realnego socjalizmu” i jego satelickich reżimów, takich jak właśnie Kuba, Fidel trafił do muzeum groteskowych figur, zapełnionego przez kolejnych Kimów z Korei Północnej, Aleksandra Łukaszenkę czy Władymira Żyrinowskiego.

Tylko drugą częścią kubańskiego losu postanowił zająć się Maciej Stasiński w niedawno opublikowanej książce Diabeł umiera w Hawanie. Ale w książce Stasińskiego nie chodzi o pisanie historii Kuby. Autor koncentruje się na kubańskim ruchu dysydenckim, pisze w oparciu o biografie kolejnych postaci, używa zróżnicowanych form: reportaż przeplata się tu z rozmowami, portretami i esejem. Bohaterami są m.in. „białe damy” (żony siedzących do dziś w więzieniach kubańskich dysydentów), jeden z głównych współpracowników Castro, wyeliminowany po rewolucji Huber Matos, wybitny poeta Raul Rivero, wieloletni więzień Hector Palacios, dzielny Guillermo Farinas, którego długa głodówka doprowadziła do uwolnienia części uwięzionych, dziennikarka i blogerka Yoani Sanchez, znany i lubiany zespół Buena Vista Social Club, a także cała opozycja kubańska.

Reżim Castro okazał się jeszcze gorszy niż państwo obalonego Batisty. Liczba więzień wzrosła z 55 do 200, przez gułag przeszło około 150 tys. ludzi, a rozstrzelano ich między 5 a 18 tysięcy. Maciej Stasiński uważa nawet, że jest to totalitarny reżim gorszy od tego, którego zaznała Polska za najciemniejszych lat komunizmu, porównywalny z sowieckim terrorem z lat 30. i 40. a nawet z reżimem północnokoerańskim. Nie widać jednak tej analogii, jeśli zestawić szacunki ofiar, uwięzionych albo możliwość emigracji, jaką systematycznie umożliwia reżim, co zresztą Stasiński opisuje.

Przesada w krytyce zniewolenia nie dodaje jej wiarygodności, pozwala jedynie trochę wyszaleć się krytykującemu. I autor niewątpliwie skorzystał z okazji.

Sytuacja Kuby jest o tyle gorsza od znanej nam z Polski, że opozycja kubańska nie przeszła z fazy dawania świadectw do instytucjonalizacji. Przyczyną tego może być świadoma polityka Castro „upuszczania opozycyjnej krwi” poprzez zezwalanie na kolejne fale ucieczek z Kuby. A ci, którzy pozostają, nie przygotowują planów na wypadek upadku reżimu. Również polska opozycja, jak każda, okazała się nieprzygotowana na transformację, ale myślenie taktyczne, strategiczne, a także analizy gospodarcze, geopolityczne i wszelkie inne prowadzone były zarówno w kraju, jak i na emigracji. Na Kubie istnieje jedynie ogólna wiara w przedsiębiorczość i patriotyzm kubańskiej emigracji, która ma zbawić kraj po spodziewanym upadku reżimu.

Książka Stasińskiego zmusza do postawienia pytania o lewicowość. Czy socjalizm może więzić ludzi za poglądy? Czy może strzelać do wrogów? Czy może zakazywać wyjazdu z kraju lub głoszenia swoich przekonań? Odpowiedź brzmi: oczywiście, że tak się na świecie zdarza. Socjalizmów jest więcej niż rozdziałów w słynnej trylogii Leszka Kołakowskiego. Czy lewica to zło? Oczywiście, że nim bywa, choć nie każda. Przede wszystkim jednak – w kontekście kubańskim i poza nim – nie przywiązywałbym zbyt wielkiej wagi do słowa „lewica”. To tylko niewinna etykietka, niesłusznie uwielbiana albo oskarżana, jak gdyby takim czy innym słowem można było coś zbudować albo zburzyć.

A jeśli mówimy o przeszłości lewicy, to lepiej służyć takiej polityce historycznej, która siłę czerpie z umiejętności rozliczenia się z własnymi słabościami, a nie z siły czy sprytu w narzucaniu własnych przekonań. „Niepokorni”, do których dołączył ostatnio nasz początkujący prezydent, rzadko biorą pod uwagę fakt, że w wyścigu na dumę zawsze przegrają z Rosją czy Niemcami, znacznie zasobniejszymi w możliwości PR-owe. Taki wyścig nie wydaje mi się ani potrzebny, ani za mądry. Nie wspominając już o chrześcijańskiej definicji prawdy, która niezupełnie pokrywa się z socjotechniką narzucania polskiego punktu widzenia.

Na Kubie historia rewolucji dobiega końca. Opowieść Stasińskiego obejmuje niedawne porozumienie prezydenta Baracka Obamy z przywódcami Kuby, które doprowadziło do wypuszczenia siedzących w więzieniach kubańskich dysydentów. W zamian za to Amerykanie znieśli w znacznym stopniu embargo. Dziennikarz „Gazety Wyborczej” wcale nie tryska entuzjazmem, zapewne słusznie przewidując, jak trudny będzie dla Kuby nawet najlepszy scenariusz, czyli transformacja.

Koniec Fidela to nie koniec problemów. Zwycięzcy dysydenci lubić się będą jeszcze przez 10 minut po obaleniu reżimu. Demokracja wyciągnie z nich to, co najgorsze i przedstawi jako „normalność”. Niewidzialna ręka rynku z największego altruisty zrobi cwaniaka. Bezsensowne kłótnie, złodziejska akumulacja pierwotna, stale obniżająca się jakość debaty publicznej, lawinowy wzrost przestępczości to pierwsze owoce wolności.

Smak kolejnych cudów wolności wyspa pozna, jak zaleje ją fala kapitału spekulacyjnego, powstaną „specjalne strefy ekonomiczne”, zagranica wykupi wszystkie banki, hotele, plaże itd.

Będą oczywiście i pozytywy, także dla zwykłych obywateli. Żeby ustalić, jakie i ile, Kubańczycy podzielą się na zwolenników partii Kuba w Ruinie i partii Kuba w Szkłobetonie, które wchodzić będą w koalicje z niezatapialnymi Cukrownikami i Postfidelistami.

Czy Zachód w 2015 roku ma Kubie do zaoferowania – ideologicznie i finansowo – coś więcej niż Polsce w 1989 roku? Czy Kubańczycy będą dobrze wykorzystywać swoje historyczne szanse? Pewne jest jedno: dzisiejsi dysydenci zostaną pierwszymi ofiarami społeczeństwa, któremu służą. Rozdziobią ich kubańskie kruki i wrony. Taki zawsze jest los prawdziwych niepokornych.

Maciej Stasiński, Diabeł umiera w Hawanie, Wydawnictwo Agora 2015.

 

**Dziennik Opinii nr 249/2015 (1033)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Sławomir Sierakowski
Sławomir Sierakowski
Socjolog, publicysta, współzałożyciel Krytyki Politycznej
Współzałożyciel Krytyki Politycznej. Prezes Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Socjolog, publicysta. Ukończył MISH na UW. Pracował pod kierunkiem Ulricha Becka na Uniwersytecie w Monachium. Był stypendystą German Marshall Fund, wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, uniwersytetów Yale, Princeton i Harvarda. Obecnie Richard von Waizsäcker Fellow w Robet Bosch Academy w Berlinie. Jest członkiem zespołu „Polityki", stałym felietonistą „Project Syndicate” i autorem w „New York Times”, „Foreign Policy” i „Die Zeit”.
Zamknij