Czytaj dalej, Serwis klimatyczny

Markiewka: Kultura zaradności czyni nas bezradnymi

Gdy przychodzi do rzeczy podstawowych, takich jak zmiana polityki klimatycznej czy zmiana modelu gospodarczego, jesteśmy bezradni. Mamy kulturowe scenariusze radzenia sobie na własną rękę, ale brak nam scenariuszy zbiorowej sprawczości, które pokazałyby nam, jak działać politycznie – fragment książki Tomasza Markiewki „Zmienić świat raz jeszcze”.

Rozmowa o działaniach zbiorowych – czytaj: politycznych – to tak naprawdę rozmowa o sprawczości. „Sprawczość” – to słowo rzadko pada w debacie publicznej, a na pewno jest dalece mniej popularne niż słowa takie jak „wolność”, „rozwój” czy „przedsiębiorczość”. Nie odnotowują go także polskie słowniki. Żeby na nie trafić, trzeba sięgnąć po teksty z dziedziny nauk społecznych bądź humanistycznych. Szkoda, bo słowo „sprawczość” doskonale nadaje się do opisania zarówno tego, gdzie zgrzytają nasze współczesne społeczeństwa kapitalistyczne, jak i tego, co można z tym zrobić.

Mówiąc najprościej, sprawczość to zdolność oddziaływania na rzeczywistość, w tym na innych ludzi i na wspólnoty, które razem tworzymy. Jeśli czujemy, że potrafimy czegoś dokonać, to znaczy, że mamy poczucie sprawczości. Jeśli zaś czujemy, że nic nie możemy zrobić, tego poczucia sprawczości nam brak. Nikogo nie zaskoczy teza, że gdy próbujemy się zmierzyć z systemowymi powodami kryzysu klimatycznego, to okazuje się, że jako samotne jednostki niewiele możemy – że brak nam owej sprawczości. […]

Jeżeli chcemy w pełni docenić korzyści ze zbiorowej sprawczości, musimy wpierw zrozumieć, że to poczucie niemocy wykracza zarówno poza aktywność konsumencką, jak i kwestie związane z globalnym ociepleniem. Peter Bloom i Carl Rhodes uważają wręcz, że to jedna z głównych cech współczesnych społeczeństw: „Wolny rynek i globalizacja wytwarzają ogólne poczucie lęku i bezradności. Nie da się nic zrobić z utratą miejsc pracy, z zamykaniem sklepów i fabryk, z outsourcingiem oraz masową degradacją środowiska”. […]

Koronawirus obala mity indywidualizmu

Niektórzy wiążą to zjawisko z uwiądem wyobraźni politycznej – nie widzimy szansy na gruntowną zmianę systemu, ba, często nie potrafimy nawet jej sobie wyobrazić. Czujemy się więc przytłoczeni i wyalienowani.

„Jeśli ktoś już nawet wierzy w społeczną odnowę, nierzadko jego wiarę wyrażają marzenia Elona Muska czy Marka Zuckerberga. Pierwszy twierdzi, że zmiana świata wymaga pracowników poświęcających firmom nawet sto godzin tygodniowo. Drugi właśnie ogłosił powstanie prywatnej kryptowaluty, która wpisuje się w proces wzmacniania międzynarodowych korporacji” – zauważa redakcja „Magazynu Kontakt”, która przygotowała specjalny numer poświęcony temu zagadnieniu.

Cała nasza nadzieja na zmianę miałaby się więc sprowadzać do iście religijnej wiary w boskie moce korporacyjnych bossów, którzy pod płaszczykiem rewolucji proponują nam więcej tego samego.

Czy nie jest to paradoksalne? Na pierwszy rzut oka wydawałoby się bowiem, że żyjemy w kulturze zaradności i nieskończonych możliwości. Księgarnie są zawalone książkami o tym, jak wziąć się w garść i przejąć kontrolę nad własnym życiem. Zamiast być roszczeniowym mazgajem, stań się zaradnym twardzielem! Na przykład w 2019 roku amerykańskie księgarnie podbijała autobiograficzna książka Can’t Hurt Me napisana przez Davida Gogginsa, byłego żołnierza amerykańskiej marynarki wojennej. To wzorcowy przykład kultury zaradności, z którego możemy się nauczyć, że powinniśmy „wyjść ze strefy komfortu”, „porzucić mentalność ofiary” i „przestać szukać wymówek”.

Na pewno znacie tę melodię, bo trend nauczania zaradności dawno wykroczył poza książkowe poradniki. Wystarczy zerknąć na YouTube’a, gdzie rekordy popularności biją filmiki motywacyjne. Od przemówień Arnolda Schwarzeneggera po porady Kołcza Majka. Przemysł reklamowy także karmi nas codziennie przekazem, że jeśli kupimy nowe ciuchy, nowy samochód, nowy gadżet, to otworzy się przed nami dolina możliwości.

Być jak Elon Musk. Mesjasz czy patoinfluencer kapitalizmu?

Jeszcze nigdy w dziejach ludzie nie byli tak gorąco zachęcani, przyuczani czy dyscyplinowani do wzięcia spraw we własne ręce i pielęgnowania wolności. Skąd więc to poczucie bezradności? Czy nie powinniśmy być raczej naładowanymi energią bohaterami kina akcji, którzy codziennie rano budzą się gotowi przeprowadzić kolejną rewolucję? A przynajmniej, czy nie powinni tacy być ludzie sukcesu, ci, którzy wdrapali się stosunkowo wysoko na drabinie zawodowej?

Wręcz przeciwnie, przeprowadzanie rewolucji, a nawet skromnej reformy społecznej, to ostatnia rzecz, której oczekiwałby od nas przemysł motywacyjny. Jak zauważa Ronald Purser, wszystkie te techniki zaradności są bezużyteczne, jeśli chodzi o zmienianie świata. Nie taki jest ich cel – służą one raczej do tego, aby się dostosować do obecnych warunków, a nie, żeby je zmieniać. Kierują naszą uwagę do wewnątrz, na nas samych, a nie na środowisko społeczne, w którym przyszło się nam poruszać.

Dlatego nie ma nic paradoksalnego w tym, że kultura zaradności czyni nas bezradnymi, gdy przychodzi do rzeczy podstawowych, takich jak zmiana polityki klimatycznej, zmiana modelu gospodarczego, zmiana kształtu naszych społeczeństw. W końcu bohaterowie kina akcji też rzadko kiedy patrzą krytycznym okiem na systemowe uwarunkowania własnych działań. Nawet gdy się buntują, to tylko na małą skalę, zazwyczaj przeciwko szefowi, a nie całemu systemowi. Nie ma też nic zaskakującego w nabożnym szacunku, jakim cieszą się Musk, Bezos czy Zuckerberg.

To odprysk naszego poczucia bezradności wobec systemu. Ponieważ uważamy, że nic nie możemy, to przerzucamy nasze marzenia na miliarderów-celebrytów, którzy wydają się ostatnim szańcem sprawczości w machinie współczesnego kapitalizmu. Takie osoby „reprezentują możliwość zostania władcami wszechświata – sprawowania kontroli nad naszym otoczeniem i kształtowania wydarzeń, a nie bycia kształtowanym przez nie”. Mimo atrakcyjnego opakowania to silnie ograniczony ideał sprawczości. Ostatecznie chodzi w nim nie tyle o zmienianie społeczeństwa, ile o znalezienie się na jego szczycie i czerpanie jak największych korzyści ze sposobu, w jaki zostało ono urządzone. Bijemy się o to, kto zdobędzie czapkę kapitańską na pokładzie Titanica.

Bińczyk: Ludzkość jest dziś jednocześnie supersprawcza i bezradna!

Oto nasz problem: mamy do dyspozycji kulturowe scenariusze radzenia sobie na własną rękę, ale brak nam scenariuszy zbiorowej sprawczości, które mogłyby nas inspirować i motywować do działań politycznych. Wyjątkiem jest model wojenny, bo od dziecka jesteśmy karmieni opowieściami o tym, jak działa wojsko, jak ważna jest militarna dyscyplina, jaki to honor walczyć za ojczyznę. Tylko że akurat ten model jest słabo dopasowany do radzenia sobie z kryzysem klimatycznym.

Tak, mówi się czasem, że zmiana klimatu wymaga iście wojennej mobilizacji – tę samą metaforykę uruchomiono przy okazji pandemii – ale militarne strategie radzenia sobie ze światem nie pomogą nam uporać się z globalnym ociepleniem. Jedną z cech charakterystycznych kryzysu klimatycznego jest bowiem to, że naszym celem nie jest pokonanie zewnętrznego wroga, ale zmiana nas samych, a konkretnie naszych społeczeństw. Wojna jest słabym wzorcem dla tego typu autorefleksji.

Brak scenariuszy zbiorowej sprawczości ma o wiele poważniejsze konsekwencje, niżby mogło się to wydawać na pierwszy rzut oka. Jak pisałem, dla współczesnych badaczy kultury i społeczeństwa nie jest tajemnicą, że na ludzkie działania wpływa ich otoczenie społeczno-kulturowe. Ten wpływ objawia się między innymi za pośrednictwem różnych modeli radzenia sobie z rzeczywistością. Niektórzy badacze mówią w tym kontekście o scenariuszowości i bezscenariuszowości. Na przykład grupka psychologów stwierdziła, że nieszczęśliwie zakochane osoby, jeśli tylko otrząsną się ze swojego uczucia, potrafią radzić sobie z tym epizodem lepiej niż ludzie, którzy byli przedmiotem takiej nieodwzajemnionej miłości.

Powód? Ci pierwsi mogą znaleźć w naszej kulturze mnóstwo dzieł literackich, muzycznych i filmowych, które opowiadają o perypetiach osób nieszczęśliwie zakochanych, innymi słowy, mają pod ręką scenariusze radzenia sobie z taką sytuacją. Ci drudzy natomiast muszą sobie radzić z „bezscenariuszowością” – brakiem modeli kulturowych, które zapewniałyby wskazówki, jak ma się czuć i działać ktoś, kto nie odwzajemnia uczuć zakochanej osoby. I choć tak samo jak w przypadku wartości dzisiejsza kultura daje nam do wyboru szeroki wachlarz scenariuszy działania, to jedne są bardziej, a inne mniej popularne. Jeżeli dany model działania jest słabo obecny w naszym kulturowym otoczeniu – na przykład model działań zbiorowych – to mniej osób będzie skłonnych z niego korzystać.

Dlatego potrzebujemy pilnie innych wzorów niż te podsuwane przez kulturę zaradności. Trzeba nam nie kolejnych poradników indywidualnego radzenia sobie z naszymi problemami, lecz poradnika zbiorowego działania – poradnika robienia polityki. Choćby po to, aby pobudzić naszą wyobraźnię polityczną i poczuć zbiorową sprawczość. Jak pisze David Graeber: „Ludzka wyobraźnia uparcie broni się przed uwiądem. Gdy tylko wystarczająca liczba ludzi zrzuca jednocześnie kajdany nałożone na zbiorową wyobraźnię, nawet nasze najgłębiej zakorzenione przekonania na temat tego, co jest, a co nie jest politycznie możliwe, rozpadają się z dnia na dzień”. Postarajmy się więc nawet jeśli nie od razu zrzucić, to przynajmniej poluzować te kajdany.

Scenariusze popkulturowe

Dla wielu ludzi oknem na świat jest dziś popkultura. To z niej dowiadujemy się, co jest na czasie, a co nie budzi większego zainteresowania lub uchodzi za przestarzałe. Stała się ona źródłem memów, powiedzonek, żartów, ale też wyobrażeń na temat pożądanych ról społecznych. Niestety popkultura skąpi nam przykładów zaangażowania politycznego, które mogłyby się utrwalić w naszej zbiorowej wyobraźni i stanowić wzór politycznego działania. Istnieją filmy, seriale i gry poświęcone wprost tematowi polityki i wtedy z oczywistych względów to zaangażowanie jest w nich ukazane. Kiedy jednak prezentuje się nam opowieści o „codziennym życiu” i „zwykłych ludziach”, ten temat jest zazwyczaj nieobecny lub przedstawiany karykaturalnie.

Weźmy seriale komediowe, na przykład Przyjaciół, jeden z najpopularniejszych sitcomów w historii telewizji. Znajdziemy tam różne wzorce spełnienia: praca na uniwersytecie, kariera w branży odzieżowej, bycie szefem kuchni, wzięcie ślubu czy wychowywanie dzieci. Wszystko są to przykłady osobistego sukcesu. Zaangażowanie polityczne zdaje się nie wchodzić w grę.

Najbliżej do niego Phoebe: zadeklarowanej wegetariance, ekolożce i przeciwniczce komercjalizacji kultury. To znamienne, że odgrywa ona rolę wprawdzie sympatycznej, ale jednak dziwaczki. Nie wierzy w teorię ewolucji, chodzi do wróżek i sprawia wrażenie oderwanej od rzeczywistości. Tak jakby proekologiczne postawy musiały iść w pakiecie z daleko posuniętym ekscentryzmem i antynaukowym spojrzeniem na świat. Poza tym nawet ta postać poprzestaje na indywidualnych wyborach konsumenckich: odmawia jedzenia mięsa, kupowania mebli w modnych sklepach sieciowych czy noszenia ubrań ze zwierząt. Nie ma mowy o polityczno-aktywistycznym zaangażowaniu w działania zbiorowe.

Zaradni twardziele są twardzi i zaradni. Po co im społeczeństwo?

Jak poznałem waszą matkę – nowsza wersja Przyjaciół – idzie podobnym tropem. Od czasu do czasu pojawiają się tam postaci, które czują potrzebę wejścia na grunt polityki i aktywizmu, ale są pokazywane w sposób karykaturalny. Weźmy Karen, partnerkę głównego bohatera Teda z czasów college’u: niby zależy jej na prawach zwierząt, niby troszczy się o środowisko, ale cała jej postać została napisana tak, aby epatować pretensjonalnością. Wygłaszane przez nią kwestie polityczne pełnią w serialu jedną funkcję: mają podkreślić, jak bardzo irytującą jest osobą.

Niewiele lepiej została potraktowana Zoey, kolejna partnerka Teda. Znowu, niby zależy jej na ocaleniu zabytkowego budynku, niby angażuje do tej walki innych ludzi, nawet głównego bohatera, ale na końcu i tak okazuje się, że robi to wszystko z pobudek czysto osobistych. Ted decyduje w końcu, że ważniejsza jest dla niego kariera architekta niż sentymentalne działania – bo tak to jest przedstawiane, w kategoriach sentymentów, a nie polityki. Główny bohater popiera zburzenie budynku, aby zrobić miejsce dla zaprojektowanej przez siebie siedziby korporacji.

Mamy do czynienia z serialem komediowym, więc z definicji wszystko jest przedstawiane w krzywym zwierciadle: nie tylko próbki działalności politycznej, ale także praca w korporacji czy mediach. Tylko że parodystyczne akcenty w pozostałych dziedzinach życia są zawsze kontrowane swoimi poważnymi odpowiednikami. Na przykład nieodpowiedzialni prezenterzy telewizyjni są równoważeni przez Robin, jedną z głównych bohaterek, która traktuje karierę dziennikarską poważnie i znajduje w niej spełnienie. Na pozór podobnie jest z działalnością polityczną. Marshall, kolejny bohater serialu, chce być – i realizuje to marzenie – prawnikiem środowiskowym. W serialu wspomina się nawet o globalnym ociepleniu. Jest to bez wątpienia postęp w stosunku do tego, jak traktowano podobne kwestie w Przyjaciołach, ale nadal zaangażowanie w sprawy polityczne jest ukazywane pozytywnie tylko wtedy, gdy wiąże się z robieniem kariery w poważanej branży – w tym wypadku prawniczej. Wątku działań zbiorowych nadal brak.

Nie chodzi o to, aby ganić te konkretne seriale, wprowadzanie wątków politycznych nie jest przecież głównym kryterium oceny jakości produkcji telewizyjnych. Rzecz w tym, że wskazują one na szerszy trend: polityka, aktywizm, zaangażowanie zbiorowe są albo nieobecne, albo przedstawiane w formie mniej lub bardziej sympatycznego dziwactwa. Poważni ludzie robią kariery zawodowe, wchodzą w związki i rodzą dzieci, entuzjazm polityczny to co najwyżej rodzaj przejściowej fazy. Jeśli ktoś się z niej nie otrząśnie, automatycznie wpada do rubryczki z napisem „dziwak”. Znajdziemy wyjątki od tej reguły, ale ogólnie rzecz biorąc, tak właśnie wygląda popkulturowy trend.

Paradoksalnie najlepszym podsumowaniem naszego negatywnego stosunku do działalności politycznej są te seriale, które wprost opowiadają o perypetiach polityków, jak House of Cards czy Figurantka. Oba znakomite, ale w przeciwieństwie do Prezydenckiego pokera – produkcji z przełomu wieków – ukazują politykę jako brudną grę, w której nie chodzi o wartości, lecz wyłącznie o realizację prywatnych ambicji. Takie seriale wpisują się we współczesną tendencję do traktowania polityki jako domeny ściemy i złodziejstwa. I niestety mogą pełnić funkcję samospełniającej się przepowiedni. Im silniejszy będzie kulturowy obraz polityki jako egoistycznej gry, tym mniejszą motywację do zaangażowania politycznego będą przejawiały osoby zatroskane dobrem wspólnym.

Nie próbujcie tłumić społecznego gniewu. On powróci jeszcze silniejszy [fragment książki]

Dodajmy do tego, że jesteśmy ciągle bombardowani przekazem, który zniechęca nas do podejmowania jakichkolwiek prób współpracy i polegania na zbiorowej sprawczości. Najlepszym przykładem są wszelkiego rodzaju programy rozrywkowe, od talent show po reality show. Michał Rydlewski, filozof i medioznawca, opisał w książce Scenariusze kultury upokarzania, jak takie produkcje usilnie wpajają nam skrajnie indywidualistyczny i egoistyczny model działania.

Jurorzy martwią się, że uczestnik nie jest urodzonym przywódcą, zwycięzcą, który po trupach, nie licząc się z innymi, potrafi osiągnąć swoje cele – tłumaczy Rydlewski. – Bo przecież tylko idąc po trupach, można osiągnąć ten sukces, więc im mniej liczysz się z innymi, tym lepiej. Zwycięzca bierze wszystko, przegrani się nie liczą, gdyż zasłużyli na swój los.

Nie może dziwić, że w tak wymodelowanym świecie nie ma miejsca na zbiorowe działania: „Zupełnie zapomina się o idei współpracy czy wrażliwości na uczucia innych biorących udział w wyścigu, gdyż to naraża na zarzut niewybaczalny – zarzut słabości”. Rydlewski daje przykład jednej z ostatnich odsłon polskiego Big Brothera, gdzie ideałem prowadzącym do zwycięstwa była manipulacja, potajemne sojusze i prowokowanie konkurentów. Jak wyjaśnia: „Powoduje to utratę zaufania i społeczną anomię: wiem, że mogę zostać oszukanym, bo ktoś prowadzi swoją grę, a zatem muszę być ostrożny, gdyż mogę paść ofiarą kogoś sprytniejszego. Ten obraz jest nam wtłaczany do głów”.

Jeśli chcemy mieć aktywne społeczeństwo – społeczeństwo, które wierzy w zbiorową sprawczość – potrzebujemy więcej produkcji, które szłyby na przekór tym trendom. Wiem, że to drażliwy temat. Popkultura to jedna z tych sfer, w których nasz strach przed polityką jest najsilniejszy. Wydaje się, że nie ma nic gorszego niż próba jej upolitycznienia. A czy nie do tego sprowadzają się moje sugestie? […] Przede wszystkim zadajmy sobie pytanie, co mamy na myśli, mówiąc o upolitycznieniu? Upartyjnienie? Jeśli tak, to pragnę uspokoić, nie namawiam do tego, aby postacie serialowe recytowały programy polityczne wybranych partii albo wygłaszały monologi na temat konkretnych polityków.

Homo sapiens robi politykę

Jeżeli natomiast rozumiemy polityczność szeroko: jako promowanie określonych scenariuszy postępowania, ról społecznych i modelu społeczeństwa, to tak się składa, że popkultura i sztuka są upolitycznione od zawsze. Złudzeniem jest przekonanie, że gdy pokazujemy na ekranie patriotów walczących za swój kraj albo konsumentów robiących karierę w korporacji, to jesteśmy apolityczni, ale kiedy tylko na ekranie pojawi się osoba zaangażowana w działalność ekologiczną, to nagle dochodzi do strasznej ingerencji polityki w sztukę. Jeżeli jest tu jakaś różnica, to między politycznością, do której jesteśmy tak przyzwyczajeni, że nie postrzegamy jej jako politycznej, a taką, którą spotykamy rzadziej, więc od razu rzuca się nam w oczy. […]

Na pewnym poziomie to jest naprawdę proste: jeżeli ludzie nie będą mieli kulturowych wzorców działania politycznego, to nawet nie przyjdzie im do głowy, że można realizować taki model sprawczości. Zostaniemy ze społeczeństwem osób, które naoglądały się i naczytały poradników motywacyjnych, ale szczytem ich ambicji jest dostosowanie się do systemu. Polityka pozostanie w ich mniemaniu zajęciem dla dziwaków lub cyników.

Każdy wyłom w tym murze jest cenny. Czy to krótki wątek serialowy, czy filmik na YouTubie, czy zaangażowana muzyka. Popkultura jest dziś głównym polem walki o społeczną wyobraźnię i nie stać nas dłużej na to, aby pod apolitycznym płaszczykiem promowała wzorce sprzyjające zbiorowej bezradności. To zakrawa na absurd, że łatwiej we współczesnej popkulturze spotkać wampiry, zombie czy kosmitów niż zaangażowanych politycznie obywateli.

**
Fragment książki Tomasza Markiewki Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat wydanej w marcu 2021 roku przez wydawnictwo Czarna Owca.

W tekście pominięto przypisy autora. Skróty od redakcji.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Tomasz S. Markiewka
Tomasz S. Markiewka
Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książek „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017), „Gniew” (2020) i „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat” (2021). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.
Zamknij