Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Kiedy wieje społeczny wiatr, można dużo wywalczyć

Samorząd to jedyny system, który od 30 lat ani razu nie był reformowany. Ale kryzys demograficzny i przybierające na sile oczekiwania mieszkańców zmienią w Polsce lokalnej wszystko.

Autorzy książki na tle okładki Rozmowa
Walka

Paulina Siegień: W mainstreamowym wyobrażeniu prowincja, czy też Polska powiatowa, jest konserwatywna, biedna i bierna. Na obrzeżach to książka, która ma ten obraz odczarować?

Andrzej Andrysiak: Dokładnie tak. Te stereotypy, z którymi się zderzamy, może i są fajne w tym spolaryzowanym światku, gdzie trwa nieustanna nawalanka PiS-u z PO, ale mieszkańcy prowincji się w tym obrazie nie odnajdują. W książce zresztą świadomie używamy określenia „prowincja”, bo uważamy, że jest to określenie geograficzne i nie ma w nim nic wartościującego.

Janusz Kucharski: Z perspektywy Warszawy może się wydawać, że taka Hajnówka czy Radomsko to jest zupełnie inny świat. Ale światopoglądowo, społecznie czy pod względem pewnych mechanizmów świat jest ten sam. Różnica polega tylko na skali, wielkości. Chociaż tym z „wielkiego świata” wydaje się, że prowincja to zupełnie inne miejsce, jacyś inni ludzie.

Opisujecie w książce kilka historii emancypacji. Niektóre są polityczne, społeczne, a niektóre osobiste, dotykające kontekstu obyczajowego, jak coming outy osób transpłciowych. Nie wszystkie historie kończą się happy endem jak w amerykańskich filmach, gdzie dzielna bohaterka niezawodnie wygrywa z systemem. W waszych opowieściach te sprawy się czasem rozmywają, niektórym politycznie ukręcono łeb. Jaka jest właściwie sprawczość obywatela w lokalnym układzie władzy?

AA: To chyba zależy od obywatela, bo to jednostki zmieniają rzeczywistość. Jeżeli pojawia się jakiś motor, to jest to zawsze jednostka, nikt więcej. Nie urząd, nie instytucja. I czasami jest tak, że jednostka ma wpływ na to, co się dzieje, a czasami wpada w tryby tej machiny biurokratycznej i zostaje po cichu stłamszona.

Czytaj także W powszechnej opinii samorząd nam się udał Andrzej Andrysiak

Kiedy dyskutowaliśmy z Januszem o tej książce, planowaliśmy ją jednak jako zbiór tych optymistycznych historii. Z premedytacją umieściliśmy w niej jeden rozdział, który dotyczy wymiaru sprawiedliwości i idzie wpoprzek tego optymizmu. Tam nie ma nic pozytywnego, robi się tylko gorzej – prokuratury rejonowe i to, jak działają, to jest jakaś masakra. Ale o samych działaniach myśleliśmy jako o optymistycznym aspekcie: że kogoś to jednak obchodzi i ktoś dąży do tego, żeby było lepiej. W pozostałych historiach pozytywne efekty są.

JK: Rzeczywiście, założenie było takie, że pokażemy tych, którym się udało, i że jest ich coraz więcej. Chcieliśmy sprostować przekaz, że w takim mieście jak Radomsko nic nie może się udać. Bo jak ktoś widzi, że ktoś przed nim próbował i mu się udało, to też próbuje. Andrzej zawsze to podkreśla, że zmianę widać przy okazji różnych protestów. Kilka lat temu uczestników takich akcji w Radomsku można było policzyć na palcach jednej ręki, może dwóch. A dzisiaj zdarza się tak, że przychodzi sto i więcej osób, w zależności od tego, czego protest dotyczy. To pokazuje, że jest zapotrzebowanie na zmianę.

AA: Dobry przykład to historia księdza, który miał problemy z alkoholem. Praca, którą ludzie z tej miejscowości wykonali, polegała na tym, że zainterweniowali, a potem byli z nami w stałym kontakcie, informowali nas o tym, co się dzieje. Jestem przekonany, że 20 lat temu byłoby to niemożliwe, żeby się ktoś postawił i doprowadził do tego, że księdza usunięto z parafii. A teraz to się dzieje. I nie był to jakiś bunt, że parafianie się zebrali i wywieźli księdza na taczce. To była żmudna robota, trzymanie ręki na pulsie, informowanie mediów, pisanie pism. To nie tylko pozytywna, ale też bardzo pozytywistyczna historia.

JK: W kościele ubywało wiernych, a przybywało tych, którzy mówili głośno i nawet próbowali księdza zagłodzić.

Czytaj także Tyle dostaniecie od Tuska, ile sobie protestami wywalczycie Galopujący Major

Dosłownie?

JK: W parafii był zwyczaj zbierania pieniędzy dla księdza, była lista i ludzie się wpisywali. Powstała inicjatywa, by tym razem nie wpłacać i część mieszkańców skutecznie przyłączyła się do tego bojkotu.

Po lekturze tego rozdziału zastanawiałam się, czy to rzeczywiście historia sukcesu, czy jednak niedosytu. Bo ksiądz, choć usunięty z parafii, nadal funkcjonuje jakby nigdy nic.

AA: Rzeczywistość nie jest czarno-biała. Oczywiście fajnie by było, jakby się wszystko kończyło jak w amerykańskich filmach, ale tak się kończy bardzo rzadko. Ale my skupiliśmy się na punkcie widzenia społeczności, kiedy ta poczuła ulgę, że tego księdza u nich już nie ma. Dla nich to jest jednoznacznie pozytywny efekt ich działania.

Historie, które opisujecie, to historie z waszej dziennikarskiej pracy. Więc może to jest pytanie, na które trudno udzielić w miarę obiektywnej odpowiedzi, ale zaryzykuję: na ile „Gazeta Radomszczańska”, czyli silne, niezależne medium lokalne, przyczyniło się do sukcesu tej obywatelskiej emancypacji, którą opisujecie w Na obrzeżach?

JK: Jako naczelny tej gazety mogę nieskromnie powiedzieć, że w bardzo dużym stopniu. Mamy dział interwencyjny, gdzie czytelnicy zgłaszają najróżniejsze problemy, czasem drobne, czasem poważniejsze. Kiedy zaczynaliśmy, zgłoszeń było niewiele. Teraz w ciągu tygodnia odbieramy ich bardzo dużo. To pokazuje, że ludzie ufają gazecie i wierzą, że jeśli zderzyli się z biurokracją, z murem w samorządzie, w sądzie czy prokuraturze, i powiedziano im, że nikt się tym nie zajmie, to mogą przyjść do nas. Wierzą, że dzięki naszemu zaangażowaniu coś się zmieni. I myślę, że się zmienia.

AA: Ja mam teorię tak zwanych pleców. Aktywiści w małych miejscowościach muszą mieć wsparcie i to nie może być wsparcie z zewnątrz. Fajnie, jak przyjeżdżają fundacje z Warszawy, one robią dobre, potrzebne rzeczy. Ale człowiek, który chciałby coś zmienić albo ma potrzebę wiercenia w brzuchu miejscowej władzy, musi mieć przekonanie, że wesprze go ktoś z jego środowiska. Dobrze, by były to lokalne media, bo władza w szerokim tego słowa rozumieniu – polityczna, samorządowa, kościelna, czy gospodarcza – na pewno go nie wesprze.

Nagłośnienie sprawy jest znaczącą pomocą i pozwala znajdować sojuszników. Ludzie mają też poczucie, że ich głos nie pójdzie na marne, nie zniknie. Są bardziej aktywni, kiedy ich sprawy są nagłaśniane i kiedy wiedzą, że nie zostają z nimi sami.

PiS w 2018 roku wprowadził inicjatywę uchwałodawczą. Rady od razu uwalają takie inicjatywy mieszkańców, bo jak to rady, zawsze wiedzą lepiej od obywateli. Ale w Radomsku kilka razy zbierano podpisy pod projektami uchwał i szło to błyskawicznie. Inicjatorzy tych projektów wiedzieli, że jak przyjdą do naszej gazety, to my o tym napiszemy, a wtedy ludzie na ulicach już będą wiedzieli, o co chodzi. Takie „plecy” są szczególnie istotne w małych społecznościach.

Czy „Gazeta Radomszczańska” została zaakceptowana w roli czwartej władzy, czyli niezależnego lokalnego medium? Bo rozumiem, że sprzyjacie aktywizmowi, protestom obywatelskim. Jak reaguje na to władza w Radomsku i okolicy?

JK: My tu z Andrzejem wymienialiśmy znaczące spojrzenia, bo oczywiście, że nie zostaliśmy zaakceptowani przez władze. Dla władz lokalnych jesteśmy wrogiem numer jeden. Gdyby mogli, to by się chętnie nas pozbyli. Bo patrzymy władzy na ręce, więc jesteśmy strasznie niewygodni. Raz jesteśmy określani jako gazeta pisowska, raz jako platformerska, w zależności od tego, jaki temat akurat opisujemy i kogo dotykamy.

Tu, gdzie mieszkam, jest bardzo trudno krytykować osoby publiczne, bo każda krytyka publicznych działań to czyjaś prywatna urażona duma. Lokalny samorząd chciałby, by mówić o nim tylko w superlatywach. Moim zdaniem ten brak kultury przyjmowania krytyki, która często jest konstruktywna, to nie jedyna, ale jedna z istotnych przyczyn zastoju regionu.

AA: Ale czy to znaczy, że jest jakiś niepisany nacisk na pozytywny przekaz? Presja władzy na dziennikarzy?

Nie, chodziło mi raczej o dynamikę małej społeczności, kiedy praktycznie wszystkie osoby, które są jakoś aktywne w sferze publicznej, znają się ze sobą. I dochodzi na przykład do sytuacji, że ktoś wsparł kiedyś jakąś twoją inicjatywę, czy po prostu jest to osoba, z którą utrzymujesz dobre relacje, a ty krytykujesz działania instytucji, której ta osoba jest kierownikiem. To nie jest odbierane jako konstruktywna krytyka działania w domenie publicznej, ale jako brak lojalności, osobista zdrada. Dlatego w mniejszych społecznościach jest trudniej o krytyczną debatę publiczną.

AA: Tego się nie da uniknąć. To jest wpisane w debatę publiczną w małych, zamkniętych, lokalnych społecznościach.

JK: U nas takie osoby – aktywne, publicznie krytykujące władze – też nie mają łatwo, ale wydaje mi się, że ostra reakcja, z jaką się spotykają, wynika z tego, że każdy, kto staje się widoczny, kogo ludzie słuchają, wokół kogo się skupiają, automatycznie jest postrzegany jako ewentualny rywal na polu politycznym. W lokalnych gabinetach od razu rodzi się podejrzenie, że ta osoba robi to wszystko nie dlatego, że chce zrobić coś dobrego, tylko dlatego, że buduje grunt pod start w najbliższych wyborach. Lokalne władze są tak bardzo antyobywatelskie właśnie dlatego, że każdą działalność obywatelską postrzegają jako konkurencję.

W opisywanych przez was historiach przewija się wątek zapotrzebowania i walki o transparentność lokalnej władzy. Tymczasem samorząd ma z transparentnością gigantyczny problem. BIP-y są dziurawe jak sito, obieg dokumentów często wadliwy, osoby, które od wielu lat piastują różne urzędy nie znają przepisów i działają według widzimisię, wójt nie odpowiada na pisma. Na tym tle rośnie w siłę instytucja watchdogów. Jeden taki watchdog działa w Hajnówce i niedawno burmistrz wezwał do niego policję, bo ten przyszedł na spotkanie burmistrza i urzędników z radnymi dotyczące dużej dotacji dla miasta. Burmistrz nie chciał go na to spotkanie wpuścić, zebrani twierdzili, że jest to spotkanie robocze i zamknięte. On twierdził, że to jest spotkanie kolegialnych organów władzy, więc z samej definicji publiczne. Przyjechała policja i próbowała go przekonać, żeby opuścił, w międzyczasie radni i urzędnicy chowali się po pokojach. Skąd ta alergiczna reakcja na obywatelską potrzebę transparentności?

JK: Aż żałuję, że czegoś takiego nie widziałem, bo u nas do takich sytuacji nie dochodziło. Użyłbym tu metafory oblężonej twierdzy. Z naszych wieloletnich obserwacji wynika, że w chwili, kiedy ktoś dostaje się do władzy, to tak, jakby przełączał się u tej osoby jakiś tajemniczy guzik. Zmienia się myślenie. Dotychczasowy świat zostaje gdzieś w tyle, teraz ta osoba jest w samorządzie, podejmuje decyzje, wie lepiej. Nie dopuszcza się do dyskusji społeczników, nie słucha się mieszkańców. Bo niby dlaczego ci ludzie mają nam patrzeć na ręce? Ja im ogłoszę sukces, jak im wyleję kolejne 100 metrów asfaltu położę kostkę brukową.

AA: Czasami to też jest po prostu najczystsza, najprostsza arogancja. Władza uważa, że wszystko już wie, po co ma rozmawiać z ludźmi? Przecież została wybrana do tego, żeby decydować za mieszkańców – nawet nie w imieniu mieszkańców, tylko za nich.

Władza samorządowa jest naprawdę bardzo nadęta, aż się unosi nad ziemią. Na sesjach rady miasta najbardziej mnie bawi, jak się okazuje, że każdy z radnych jest przewodniczącym jakiejś komisji i oni się tak tytułują i zwracają do siebie: „panie przewodniczący”, „pani przewodnicząca”. Zacząłem kiedyś liczyć, naliczyłem z siedemnastu przewodniczących, bo się okazało, że do wiceprzewodniczących też trzeba mówić per przewodniczący. Samorządowcy mają taką potrzebę – to jest psychologizacja, ale mówię to na podstawie licznych obserwacji – by czuć się ważniejszym niż się jest w rzeczywistości.

Pisząc Na obrzeżach, chcieliśmy jednak pokazać ten świat z perspektywy mieszkańców, bo perspektywę lokalnych władz pokazałem w Lokalsach. Okazało się, że ta perspektywa jest kompatybilna z tym, co my widzimy, że ludzie widzą to samo, co my. Ale wracając do pozytywów, to, że widzą ten stan zmusza ich do refleksji i działania.

Macie nadzieję, że w samorządach może zajść rewolucja transparentności?

AA: Nie. Uważam, że samorząd można poprawić tylko odgórnie, ustawowo. Tylko tak można narzucić mechanizmy, które wymuszą zmianę postępowania. Jeśli władza będzie miała narzucone ograniczenia, to będzie się do nich stosować. W małej miejscowości władza jest tak silna, że z własnej woli nie odda nikomu żadnych uprawnień.

Czy jest choć cień szansy na taką reformę? Lokalne układy władzy obrosły takimi klientelistycznymi układami, że właściwie trudno znaleźć kogoś, kto ma interes, by ten układ zmieniać.

JK: To prawda, ale spójrz na bohaterów naszej książki. Oni pokazują, że to nie zawsze tak działa. Oni też mogliby powiedzieć: „Nie no, nie wygram z całą kurią” albo „Przecież nie wygram z prokuraturą, odpuszczam”.

Zmianą jest już to, że o samorządzie zaczyna się rozmawiać. I co ważne, nie mówi się już, że samorząd to największa zdobycz polskiej demokracji, tylko, że wymaga naprawy i zmian. Więc pewnie nie dzisiaj, nie jutro, nie za rok i nie w tej kadencji, ale w końcu coś się ruszy.

AA: Wierzę w tak zwany wiatr społeczny. Taki zestaw okoliczności, które powodują, że społeczeństwo zaczyna czegoś chcieć, a politycy, żeby zdobyć punkty, zaczynają odpowiadać na te potrzeby.

Polityk nie zrealizuje żadnego projektu sam z siebie, ale stara się wyczuwać, na czym może ugrać poparcie. Wydaje mi się, że moment krytyki samorządu nieuchronnie się zbliża. Jest na to zapotrzebowanie społeczne.

W badaniu Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej 60 proc. pytanych jest za utrzymaniem dwukadencyjności w samorządzie, a ograniczenie liczby kadencji do trzech popierałoby dodatkowo 18 proc. Pula osób popierających ograniczenie kadencji włodarzy jest więc ogromna. Przeciwko jest zaledwie kilkanaście procent ankietowanych. Parę miesięcy temu partie rządzące chciały się za dwukadencyjność zabrać, ale nikt już nie będzie do tego wracał, skoro ludzie tego nie chcą.

Mam nadzieję, że tak samo będzie ze zmianami w samorządach. Na poziomie ogólnopolskim mówi się wciąż za mało, na czym polega samorząd w małych miejscowościach, ale i tak mam wrażenie, że mówi się coraz więcej i mam nadzieję, że zostanie osiągnięty ten punkt krytyczny.

Andrzeju, kilka lat temu – po tym, jak ukazali się Lokalsi – powiedziałeś w rozmowie z Pauliną Januszewską, że jeśli politycy nie zajmą się rzetelnie samorządem, to czeka nas wielka katastrofa. Co przez to wtedy rozumiałeś?

AA: Obawiałem się, że przyjdzie jakaś partia polityczna i będzie próbowała rozwalić samorząd kijem baseballowym. To się nie zdarzyło, w międzyczasie zmieniła się władza. Ale wciąż mam obawy, że postrzeganie samorządu będzie w końcu tak złe, że ktoś będzie próbował na tym ugrać punkty polityczne. Zauważ, że to jest jedyny system, który przez 30 lat w ogóle nie był reformowany. Wszystko już zreformowaliśmy od początku do końca po pięć razy, każdą dziedzinę życia społecznego. A samorządu nie. To oczywiście wynika także z siły samorządu i z jego lobbingu.

Czytaj także Polska Radomskami usłana [rozmowa z Andrzejem Andrysiakiem] Paulina Januszewska

Jest potrzebna reforma, jest wiatr społeczny, jest obywatelski opór. Tylko czy to się wszystko właśnie nie rozbija o kryzys demograficzny? Może ten kryzys, który w pierwszej kolejności w pierwszej kolejności dotknie polskiej prowincji, wymusi reformę?

JK: Kryzys demograficzny widać coraz wyraźniej, w Radomsku także. Młodzi wyjeżdżają na studia i nie wracają, bo nie ma potem dla nich perspektyw. To dotyczy wielu miast tego typu. Społeczeństwo się starzeje, a Radomsko buduje żłobki, jakby w ogóle nie umiało myśleć te 10–15 lat do przodu. Jak to miasto będzie wtedy wyglądało? Jakich będzie potrzebowało usług? Czy seniorom bardziej potrzebne są asfaltowe drogi – skoro większość z nich nie będzie jeździć samochodami, tylko korzystać z transportu miejskiego – czy może usługi opiekuńcze? W samorządach przedział czasowy planowania to od wyborów do wyborów, bieżące zarządzanie.

AA: Temat demografii w debacie publicznej nie istnieje. Rozmawiamy o tym, piszemy w gazecie, dyskutujemy w małym kręgu, ale w ogólnopolskiej przestrzeni publicznej tego tematu nie ma, bo jest trudny. Wymaga powiedzenia ludziom wprost, że słuchajcie, przecież nie będziemy coraz młodsi, będziemy coraz starsi. Nie będziemy przyciągać młodych ludzi, bo oni się po prostu nie urodzili, ich nie ma i musimy przestawić nasze państwo na inne tory. Na poziomie lokalnym ten temat też w ogóle nie istnieje. Jak zapytasz jakiegokolwiek samorządowca, to usłyszysz, że u innych jest tak samo źle albo gorzej.

Nasz region już nie ma tego gorszego, na którego mógłby się oglądać. Tu w powiecie hajnowskim już żyjemy w warunkach głębokiego, strukturalnego kryzysu demograficznego. Mimo to wciąż dominuje narracja o przyciąganiu ludzi – że jeśli się coś atrakcyjnego zbuduje albo zrealizuje jakiś duży projekt z dużej dotacji, to młodzi raptem wrócą.

AA: Nie wiem, jak zmusić władze ogólnopolskie czy miejscowe, żeby przyznały, że jest problem. Punkt wyjścia do jakichkolwiek działań to uczciwa diagnoza sytuacji. W Radomsku słyszymy jedynie, że w Bełchatowie jest gorzej. Żadna władza nie na namówi kobiet, by rodziły więcej dzieci. Władza nie jest od tego, niech już się z tym odczepi. Za to władza jest od tego, żeby myśleć, jak zaspokoić potrzeby zmieniającego się społeczeństwa.

Moja gmina, Dubicze Cerkiewne zajęła niedawno pierwsze miejsce w rankingu inwestycji publicznych. Dubicze to jedna z najmniejszych ludnościowo gmin w kraju, a kryterium konkursowym był przelicznik inwestycji na mieszkańca. Wójt, chwaląc się tą nagrodą, lubi mówić, że w jej zdobyciu pomogła mu demografia. W końcu im mniej ludzi, tym lepszy przelicznik. Może dlatego samorządowcy o demografii mówić nie lubią, bo nie postrzegają jej wcale jako problemu ani zagrożenia? Mało ludzi to mało krytyki, a dotacje nie zależą od liczby mieszkańców. Można utrzymać siebie i urząd.

AA: Boże, to ja myślałem, że my mamy źle!

JK: Ale żeby w ogóle wpaść na taki koncept… Co tam musi się w głowie dziać, żeby powiedzieć coś takiego? Przecież w momencie, kiedy wypowiedział to zdanie, to powinno do niego dotrzeć, co powiedział.

Nie, powtórzył to przy różnych okazjach, zrobił się z już z tego bon mot.

AA: Przez lata dominowało takie myślenie, że władza jest od tego, żeby budować. Nie rozwiązywać problemy, tylko budować. To jest pokłosie pierwszej kadencji samorządowej, lat 90. Wszystko było w rozsypce, nie było dróg, wody, kanalizacji. Wtedy samorząd rzeczywiście rzucił się do budowania. Ale z czasem, zwłaszcza jak już przyszły środki unijne i wybudowano chyba wszystko, to samorząd utknął w tej percepcji, że jest od budowania i że budowanie to jest rozwój. To się skończyło, teraz są inne potrzeby, ale oni ciągle opowiadają, że chodzi o inwestycje.

Niedawno była konwencja samorządowa Prawa i Sprawiedliwości i oni tam też mówili o programie wielkich inwestycji. Ale gdzie, po co? Co jeszcze trzeba wybudować? To w ogóle to nie jest problem Polski lokalnej w tej chwili, problemy leżą gdzie indziej.

Trudno mi winić jedynie samorządowców, że postrzegają jako swój cel i powinność budowę, bo na to są fundusze. Zatwierdza te środki zazwyczaj urząd marszałkowski. Gorzej, że jeśli kiedyś ten strumień kasy wyschnie, to gminy liczące po tysiąc mieszkańców z hakiem ze swoich dochodów budżetowych nie będą w stanie utrzymać tych obiektów. Nie mówiąc o zatrudnieniu i utrzymaniu jakiejkolwiek funkcjonalności. Bo na zatrudnienie nie tylko nie będzie środków, po prostu nie będzie kogo zatrudnić.

AA: W ten sposób są skonstruowane programy unijne. Na początku służyły temu, żeby wyrównywać poziom życia. Zwróćcie uwagę, jak wygląda myślenie władzy o inwestowaniu w edukację: to termomodernizacja szkół, remont, nowa sala gimnastyczna. Nie znam żadnego samorządowca, który by powiedział, że trzeba zainwestować w edukację, bo poziom jest niski. A przecież to jest istota inwestycji w edukację, bo dzieci z małych miejscowości mają niższy kapitał społeczny. Ale na tym samorząd się nie chce skupiać, bo to jest trudne i tego nie widać.

JK: Nie da się przeciąć wstęgi.

Największym marzeniem wójta i większości rady gminy u nas jest zamknięcie szkoły, bo jest droga w utrzymaniu.

AA: W Radomsku mamy dziesięć podstawówek, a pięć lat temu urodziło się w mieście około 200 dzieci. Więc albo za parę lat robimy po jednej klasie 20-osobowej w każdej szkole, albo dzieci dla którejś ze szkół zabraknie. Wszyscy wiedzą, że niektóre z tych szkół będą zbędne, ale nikt nie myśli, jak to rozwiązać. To jest trudny problem polityczny, nikt nie lubi niczego likwidować.

Reasumując ten wątek, czy sądzicie, że to właśnie kryzys demograficzny wymusi reformę samorządową?

AA: Myślę, że kryzys demograficzny zmieni wszystko, jeśli chodzi o Polskę lokalną, więc zmieni również samorząd. Demografia na pewno wymusi zmiany strukturalne, na przykład łączenie gmin. Bo gminy, gdzie mieszka tysiąc osób, nie mają społecznej, ani ekonomicznej racji bytu. W tej chwili najpilniejszą kwestią jest edukacja społeczeństwa, żeby po prostu ludzie zdawali sobie z tego sprawę. Bo mieszkańcy słyszą od prezydenta, że budujemy mieszkania, ściągniemy młodych z Łodzi i Częstochowy. To jest fikcja. Wskaźniki demograficzne spadają wszędzie, nie ma skąd przyciągać. Ale ludzie w to wierzą, wbrew faktom.

Dopóki to się nie zmieni, trudno będzie racjonalnie podejść na przykład do zarządzania systemem oświaty. W Polsce to wygląda tak, że zamiast przez dwa lata rozmawiać z mieszkańcami i na końcu zaproponować rozwiązanie, władza nie mówi nic. A potem nagle wychodzi wójt i oznajmia, że jutro zamyka szkołę. Mieszkańcy są w szoku, bo jak to, wczoraj było dobrze, a dzisiaj nie ma szkoły, jakim prawem? Robi się awantura. Bez dialogu jakiekolwiek próby rozwiązania problemów wynikających z demografii będą budziły opór.

JK: Demografia to jest odbezpieczony granat, który trzymamy w ręku. Jak nie zaczniemy dyskusji, to on w końcu wybuchnie i pourywa nam ręce.

Na koniec zapytam, czy mieszkańcy Radomska, w tym ci konkretni, o których piszecie w Na obrzeżach, cieszą się, że rozsławiacie ich miasto na całą Polskę i że stali się modelowymi bohaterami polskiej prowincji?

AA: Jeszcze nie wiemy, książka dopiero co wyszła. Bohaterowie Lokalsów [samorządowcy, urzędnicy – przyp. red.] się nie ucieszyli. Mieli tę książkę za złe, bo uważają, że brudy trzeba prać w swoich czterech ścianach, a nie wynosić na zewnątrz. Mam nadzieję, że historie z nowej książki będą dobrym przykładem. Bo pisaliśmy z pozytywnej perspektywy, chcieliśmy pokazać, że obywatele dużo mogą.

okładka książki "Na obrzeżach. Jak zmienia się Polska lokalna" Andrzej Andrysiak, Janusz Kucharski

*

Książkę Na obrzeżach. Jak zmienia się Polska lokalna Andrzeja Andrysiaka i Janusza Kucharskiego kupisz na stronie Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

**

Janusz Kucharski – dziennikarz od 2000 roku. Redaktor naczelny „Gazety Radomszczańskiej” i portalu Radomszczanska.pl. W ostatnich latach sześciokrotnie nagradzany konkursie dziennikarzy lokalnych SGL Local Press, w tym pięć razy w kategorii „dziennikarstwo śledcze i specjalistyczne”. Zajmuje się dziennikarskimi śledztwami, samorządem i sprawami społecznymi.

Andrzej Andrysiak – od 2015 roku wydawca lokalnego tygodnika „Gazeta Radomszczańska”. Wcześniej sekretarz redakcji i redaktor naczelny tygodnika „Kulisy”; sekretarz redakcji, z- ca redaktora naczelnego oraz redaktor naczelny „Życia Warszawy”; sekretarz redakcji, z-ca redaktor naczelnej „Dziennika Gazety Prawnej” oraz wydawca Magazynu DGP. Dziesięciokrotnie nominowany i pięciokrotnie nagradzany w konkursie SGL Local Press, dwukrotnie nominowany do Grand Press w kategorii publicystyka. W 2011 roku wydał powieść Zasada nieoznaczoności. W 2022 ukazała się jego książka Lokalsi. Nieoficjalna historia pewnego samorządu.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x