Czytaj dalej

Krawczyk: Ciemna materia

Florian Werner wyciąga gówno z ciemności kanałów, rur kanalizacyjnych, muszli klozetowych i nocników. Rzuca światło na obiekt powszechnie wyparty.

Podobno najwięcej o celebrytach można dowiedzieć się, przegrzebując ich śmieci. Słyszałem nawet, że są ludzie, którzy dostają pieniądze za to, że dzień w dzień przeglądają ich puste kubki po jogurcie, brudne chusteczki higieniczne i butelki po piwie, w poszukiwaniu prawdy na temat życia pięknych, zdolnych i bogatych tego świata. Śmieci to dobry trop, ale prawdziwym nośnikiem sensu, autentyczności i wiedzy tajemnej jest gówno. Przynajmniej tak zdaje się twierdzić Florian Werner, autor Ciemnej materii. Historii gówna.

Niemiecki pisarz nie bierze co prawda na warsztat żadnego konkretnego stolca, bo pilnie odrobił lekcję z filozofii najnowszej i wie, że sensy już dawno nie mieszkają w materii ani w rzeczach samych, tylko przeprowadziły się do języka.

Nie ma gówna poza tekstem – parafrazuje Werner Derridę i krok po kroku rozwija swoją skatologiczną analizę, w której obok brudnej pieluszki dzieciątka Jezus równie godne miejsce zajmuje Mr. Hankey, czyli gówno z serialu South Park o zdecydowanie mesjańskim usposobieniu.

Nie wszystkie kupy w książce przynależą do świata literatury – w sąsiedztwie fikcyjnych postaci występują też: zasuszony kał Dalaj Lamy czy zatwardzenie Marcina Lutra.

Mimo że w tytule monografii pojawia się „historia”, autor nie zdecydował się na szczęście zamknąć swoich rozważań w ciasnych ramach chronologicznego porządku. Treść książki jest podana w sposób, który pozwala naświetlić literacki, filologiczny, biologiczny, teologiczny, finansowy, artystyczny czy polityczny wymiar gówna. Werner prezentuje wszystko to, co chcielibyście wiedzieć o gnoju, ale wstydziliście się do tej pory zapytać.

Zanim jednak zajmie się bardziej „wymagającymi” kwestiami, jak koprofagia, fekalne lecznictwo, fonetyczna analiza pracy odbytu czy interpretacja popularnego filmu pornograficznego 2 girls 1 cup, stara się oswoić czytelnika z „ciemną materią”. Efekt jest niestety taki, że w pierwszym rozdziale zmuszeni jesteśmy przedzierać się przez serię truizmów o tym, że kał to twór wysoce paradoksalny, gdyż z jednej strony jest integralną częścią naszego ciała, ale z drugiej organizm usilnie pracuje nad tym, żeby regularnie się go pozbyć, albo, że „Kultura ludzka zasadza się na ekskrementach”.

Po przewertowaniu dość zachowawczego wstępu okazuje się, że książką nie dotyczy tylko i wyłącznie produktu pracy układu pokarmowego. W kilku zgrabnych retorycznych ruchach Werner przekonuje, że nawet trudno byłoby wskazać, czym miałoby być tytułowe gówno – obiekty wychodzące przez odbyt różnią się między sobą czasem w sposób tak radykalny pod względem formy, składu i funkcji, że skutecznie umykają wspólnej definicji. Dlatego autor decyduje się nakreślić całe pole znaczeniowe, w którym występuje to, co zwykliśmy nazywać gównem, fekaliami, gnojem, łajnem, kałem czy stolcem. Prowadzi go to na mieliznę stwierdzenia, że gówno jest wszędzie – tak samo w jedzeniu, polityce, sztuce, jak w toalecie i kanalizacji – tylko objawia się w innej formie. Przez całą książkę autor zmaga się więc z utrzymaniem paradoksalnego statusu przedmiotu swojego namysłu – między radykalną wyjątkowością a nudną zwyczajnością; między wzniosłością a plugastwem. Obiecuje jednak, że będzie wystrzegał się przy tym talking bullshit, czyli pisania bez sensu.

Obietnicy dotrzymuje. Nie sposób zarzucić Wernerowi choćby najmniejszego merytorycznego uchybienia, każda teza podparta jest tutaj co najmniej kilkoma historycznymi ilustracjami z różnych dziedzin: literatury, filmu, sztuki czy zwyczajów życia codziennego, odciskających się w popularnych dowcipach i przysłowiach. Natłok kulturowych odniesień staje się jednak nużący w późniejszych partiach książki, gdzie autor stara się snuć refleksję, odwołując się jednocześnie do Marcina Lutra, hipisów, Kristevej, Junga, Kundery, Žižka, Marksa i Osamy Bin Ladena. I tak strona po stronie kontynuuje męczącą erudycyjną biegunkę, kotłując filozoficzne tezy ze slapstickowymi komediami i awangardową literaturą. Niemniej konsekwencja i dowolność, z jaką niemiecki pisarz łączy i miesza intelektualne czy religijne autorytety z chwilowymi popkulturowymi fenomenami, jest godna uznania – Werner zdaje się zupełnie pozbawiony przywiązania do mieszczańskiego decorum, nakazującego oddzielić Parmenidesa od bohaterów filmu Jackass.

W stylu Wernera jest coś z naiwności i przebiegłości dziecka. Nie ma on potrzeby tłumaczenia się z wyboru kału jako tematu kulturoznawczych poszukiwań.

Bierze po prostu potężną ilość tekstów kultury, które, w sposób świadomy bądź nie, poruszają skatologiczną tematykę, porządkuje je i z dumą prezentuje ich własne autorskie interpretacje. Ciągle jednak bardzo dobrze zdaje sobie sprawę, że obcuje z materią obłożoną szeregiem zakazów, nakazów, uprzedzeń – nie ma zamiaru udawać, że pisze o literaturze ery wiktoriańskiej, kiedy w rzeczy samej grzebie w gównie.

Nic zatem dziwnego w tym, że kulminacja stylu, humoru i niebywałej erudycji autora przypada na rozdział dotyczący sztuki fekalnej. Günter Brus podczas performance’u na Uniwersytecie Wiedeńskim w roku 1968 oddał mocz, następnie go wypił, zwymiotował, a na koniec zwieńczył swój fizjologiczny występ, wypróżniając publicznie jelita – przez cały czas trwania „występu” starał się śpiewać austriacki hymn. Autor książki przytacza relację z tego wydarzenia pośród innych przykładów shit movement w sztukach wizualnych. Analogia między obrazoburczą akcją Brusa i pisarską działalnością Wernera jest wyraźna – obydwoje bezczelnie pogrywają sobie z gównem. Z jednej strony traktują je jak obiekt, który zasługuje na prezentację w ramach akademickiego dyskursu na takich samych zasadach jak język i symbole narodowe, z drugiej sami nie są w stanie go tak potraktować, bo wyjątkowość gówna ich po prostu fascynuje. Występują przeciwko tabu i jednocześnie je podtrzymują.

Florian Werner wyciąga gówno z ciemności kanałów, rur kanalizacyjnych, muszli klozetowych i nocników. Rzuca światło na obiekt powszechnie wyparty i zdaje drobiazgową relację ze swojego badania. Przerabia setki fekalnych przedstawień z literatury, filmu, życia codziennego, kultury wysokiej i niskiej na wyjątkowo precyzyjnie skonstruowany, spójny wykład. Problem w tym, że każdy problem postawiony przez autora zostaje zaspokojony jednoznaczną odpowiedzią. Nie ma tutaj miejsca na niedopowiedzenia, otwarte problemy. Nie ma zatem wiele miejsca dla czytelnika. Ten może książkę przeczytać, przyswoić i najwyżej podziękować. Fekalny one-man show Wernera jest jednak na tyle wciągający, że przynajmniej jest za co.

 
Florian Werner, Ciemna materia. Historia gówna, przeł. Elżbieta Kalinowska, Wydawnictwo Czarne 2014

Tekst ukazał się na portalu wywrota.pl

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij