Czytaj dalej

Konarzewska: Które to dziecko?

Matka i córka - tu jest wciąż dziura. Pozostają w rozdzieleniu, w pęknięciu. Dwie narracje, które się nigdy nie spotkają. O włoskich szpilkach Magdaleny Tulli pisze Marta Konarzewska.
Zapraszamy na spotkania o książkach w Dyskusyjnym Klubie Czytelniczym KP - kolejne już w sobotę, 21 kwietnia, o godz. 16.00.

Jakie dziecko zgubiła matka ze zbioru opowiadań Magdaleny Tulli Włoskie szpilki? Albo może raczej: jakiemu dziecku się zgubiła? Nie wiem, czy to jest najważniejsze pytanie dotyczące tego tekstu. Ale po spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Czytelniczego KP często o tym myślę.

Sylwia Chutnik napisała, że chodzi o córkę: „Córka […] znika, gubi się. Matka zastanawia się na głos: «Jak pani myśli, czy jest szansa, żeby odszukać to dziecko?», a «to dziecko» stoi obok, przecież nigdy się nie zagubiło, tylko zostało oddane dziadkom do Włoch, bo matka gubiła się w macierzyństwie, nie potrafiła ciągnąć tych wszystkich nitek przebierania, odprowadzania do przedszkola, wycierania nosa. Nitki się plątały, rwały, córka musiała zniknąć”.

Według Chutnik „dziecko” to narratorka. Fabuła przy takim odczytaniu wyglądałaby następująco: Matka i córka. Matka umiera. „Zdecydowała się na chorobę Alzheimera”, jest w szpitalu. Córka się nią opiekuje. Matka myli ją z pielęgniarką, potem z siostrą, potem nie wiadomo z kim. Różnie, zależy od stadium choroby.

Córka jednak pamięta matkę. Za matkę dokonuje rekonstrukcji. „Gdzie jest dziecko?” – pyta uporczywie matka. Córka nie mówi: „Stoję tu, jestem tutaj, mamo”. Milczy. Lub przytakuje. „Nie robiliśmy z tego tragedii, rozumieliśmy”. Zamiast mówienia-zaprzeczania, tworzy równoległą narrację. Sama pisze „dziecko”, jakby je odnajdowała. Ugilane, brudnawe, wciąż niewyspane. Niechciane. Bez koleżanek. Obce. Może dlatego, że żydowskie („do spalenia”, krzyczą inne dzieci), a może dlatego, że nie do końca polskoludowe (ojciec nie ma czapki z orzełkiem, a ona jeździ na wakacje do Mediolanu i w dodatku ma takie dziwne, niełatwe do wymówienia nazwisko).

Córka pisze też matkę z okresu, gdy była matką tamtego dziecka. We włoskich szpilkach, zbyt piękną na te szare czasy burych bloków, granatowych mundurków, zbyt odległą, nieprawdziwą. Wciąż nie do końca dostępną, zamkniętą gdzieś za drzwiami: uniwersytetu (gdzie pracuje), szkoły (gdzie przychodzi tylko wezwana, nigdy po dziecko), pokoju, w którym trzeba spać, choć przecież się nie da.

Chce opisać/napisać matkę, która nigdy nie przytula. Matkę, która już dawno zgubiła „to dziecko”. Matka przypomni sobie o nim, dopiero zapominając całą resztę, w tym dziwnym czasie, kiedy wszystko znika i przychodzą tylko traumatyczne powtórzenia. Kiedy zawodzi bezpieczny automaton i wraca to, czego się nie chce – znów pierwszy dzień wojny, obóz, niedokończone sprawy. No i ono. Dziecko…

Matka jest. I dziecko też – jest. „Rekonstrukcja się udała” – pisze Chutnik.

Czy tak?

Tak, jeśli chodzi o fabułę. Zrozumiałam to tak samo. A jednocześnie – nie. Bo przecież rekonstrukcja wcale się nie udała. Matka i córka pozostały w rozdzieleniu, w pęknięciu. Narracja dzieje się zawsze obok matki i obok dziecka. Zawsze w trzeciej osobie. Nie chodzi o to, że nie w pierwszej – jako natrętne „ja” – ale że nigdy w drugiej. Że córka z matką tu nie rozmawia, a trzecia osoba pozostawia niezwykły efekt nieusuwalnej obcości.

Narracja Tulli dzieje się bowiem jednocześnie „teraz” (kiedy matka umiera, odchodzi) i równolegle w czasie dziecka (kiedy wciąż pozostaje w oddaleniu). Poza tym też w innych dawniejszych czasach, które historię uzupełniają, lecz w tym jednym miejscu (matka-córka) jej nie łączą. Do spotkania, do pojednania lub spięcia nigdy nie dochodzi.

„Z twoim mlekiem matko wypiłam lód”. Ten lód się nie topi.

Dlatego tak przejmująca wydaje mi się ta proza, mimo że tak elegancka i wysublimowana, mimo że nie tak mocna i nie tak dobitnie bolesna jak Utwór o matce i ojczyźnie Bożeny Keff. Tu są narracje, które nigdy się nie spotkają. Tu jest wciąż dziura. Między matką a córką.

Na spotkaniu klubu nie byliśmy jednak co do tego zgodni. – Czy tak? – Kilka potakujących głosów. Ale za chwilę głos zupełnie inny: – Nie! Tu nie o to chodzi. Żadna matka-córka. To w ogóle nie ten temat. I nie to dziecko.

Nie to? Czyli które?

Jeszcze raz więc rekonstrukcja: matka i córka. Matka umiera. „Zdecydowała się na chorobę Alzheimera”, jest w szpitalu. Córka się nią opiekuje. Matka myli ją z pielęgniarką, potem z siostrą, potem nie wiadomo z kim. Różnie, zależy od stadium choroby. Córka oczywiście pamięta matkę. Nie pamięta jednak (bo nie wie) o „tym drugim dziecku”.

To dziecko to Bronek (z opowiadania Bronek). Bronek, którego straciła w obozie, a potem jej się myli (bo Alzheimer). Matka mówi, że Bronek był synem jej starszej siostry, i jest to tak samo nieprawdziwe jak to, że córka jest pielęgniarką. Owszem, nie kocha córki, ale dlatego, że nie umie już kochać w ogóle. Ponieważ jej uczucia są okaleczone. Ponieważ straciła „tamto dziecko” w obozie. Bronek miał dziewięć lat. Już nigdy nie pokocha innego. Córka też była, ale pojawiła się potem – ugilana, niewyspana i smutna. To Bronek jest „dzieckiem”. Nie ona.

Czy tak?

Mnie się wydaje, że nie. Albo – że nie tylko. Motyw Zagłady jest faktycznie nieusuwalny i zastępowanie go w niektórych recenzjach na przykład „wojną” uważam za co najmniej dziwne. Jednak perspektywa innego dziecka/dziecka dodatkowego jest moim zdaniem zbyt bezpieczna. Zawiera wytłumaczenie tego, co boimy się przyjąć bez wytłumaczenia – braku matczynej miłości. Mimo tego wydaje mi się ciekawa. I niewykluczona.

Podobnie jak ciekawe były inne koncepcje, które pojawiły się na spotkaniu: na przykład wątek talking cure, pisania – leczenia. Albo wojny bez wojny – bo wojny przecież już nie ma, a jednak wciąż jest, powraca wciąż w nowych narracjach, nawet takiej lekkiej, o Hansie Klossie. Albo wątek Polski unurzanej w ciągłe przepisywanie starych walk. I wątek polskości jako gorszości. I tego uwikłania w polskość/gorszość (zwariowaną matkę), gdy przecież „może być normalnie”, gdy ojciec (Włoch) jest taki normalny, potrafi żartować (nawet z żydostwa). Z pozycji polskości nie potrafimy żartować – co do tego panowała podczas dyskusji zgoda.

Pojawiła się jeszcze jedna interpretacja (nazwana psychologiczną). Dziecko zaistniało tu jako „dziecko wewnętrzne”. Wieczne „okaleczenie” dotyczyło córki. Kobiety. Narratorki. Jej dzieciństwo, naznaczone wieloma urazami (nie tylko tym jednym, odziedziczonym po matce, żydowskim), zbudowało poczucie wiecznego odrzucenia. Niskiej samooceny. Może „chmura”, która powraca w narracji Tulli, jest nie tylko popiołem palonych w Auschwitz ciał, lecz też depresją, nieusuwalną z tekstu czarną żółcią? Wszak motyw depresji w utworze pojawia się i powraca.

Ja sama, gubiąc się w żywiole narracyjnym Tulli, nie wiem już teraz, która osoba (postać literacka, głos narracji) jest realniejsza. Matka czy córka? Kto jest podmiotem, a kto traumo-powrotem. Dziecko, którego poszukiwaliśmy, wydaje mi się mówione/pisane z jakiejś dziwnej pozycji narracyjnej, z wnętrza cudzej (matczynej) nieświadomości. Powtarza się, powtarza, powraca w kawałkach. I dlatego rekonstrukcja się nie powiodła. Ale to chyba lepiej, bo nie rekonstrukcja jest ważna, lecz rozmowa.

„Włoskie szpilki” były tematem spotkania Dyskusyjnego Klubu Czytelniczego Krytyki Politycznej w CK NWS. Kolejne już w sobotę, 21 kwietnia, o godz. 16.00. Będziemy rozmawiać o „Mapie i terytorium” Michela Houellebecqa.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco