Czytaj dalej, Kraj, Weekend

Pogotowie ratunkowe w Polsce to taki śmietnik dla medycyny

Nie wiesz, co zrobić z pacjentem? To dzwonisz po karetkę. A kiedy ludzie, zdesperowani, odbijają się od poradni, gdzie mają termin badania wyznaczony na rok 2024, czy od SOR, gdzie średni czas oczekiwania wynosi 17 godzin – to w końcu pójdą do domu, zadzwonią po pogotowie, coś nazmyślają i ta karetka przyjedzie. O ratownictwie medycznym opowiada lekarz Jakub Sieczko.

Michał Sutowski: Słowa „bohaterstwo” i „powołanie” są ponoć w tym zawodzie zakazane – tak piszesz w swojej książce o pracy w pogotowiu ratunkowym. I jeszcze o tym, że już bodaj kilka tygodni pracy w karetce leczy z „judymizmu”, czyli idealistycznego poczucia misji społecznej. Co zatem motywuje ludzi, żeby wykonywać tak stresującą, niezbyt dobrze płatną i ryzykowną pracę, owocującą psychicznym spustoszeniem?

Jakub Sieczko: Bo oni wszyscy, czyli ratownicy i lekarze pogotowia, tego nie wiedzą, jak idą do tej pracy. Ratownictwo medyczne ma dobry PR – że to przygoda, że ratowanie ludzi. No i coś w tym wizerunku jest. Ja bardzo to cenię w moim zawodzie, a jestem lekarzem, który przez pół dekady pracował w pogotowiu, że tam się naprawdę realnie wpływa na rzeczywistość. Pracownicy wielu branż nie mogą tego o swojej pracy powiedzieć – to z pewnością nie jest bullshit job, mówiąc słowami Davida Graebera.

W dyplomatycznym tłumaczeniu – praca bez sensu.

I dalej uważam to za wielką wartość, choć wiem o niej dużo więcej, niż kiedy zaczynałem.

I choć skończyłeś to robić 2,5 roku temu, na kilka miesięcy przed wybuchem pandemii.

Tak, odszedłem wtedy z pracy w karetce, aczkolwiek dalej pracuję w pogotowiu, tyle że lotniczym.

Duża różnica?

Tak, bo Lotnicze Pogotowie Ratunkowe jest perłą na tle ogólnej nędzy polskiej ochrony zdrowia. Są tam dobre pieniądze, przestrzegane są sensowne procedury, pracują zmotywowani ludzie, jest zapewniona opieka psychologiczna dla pracowników.

A czemu tam jest to wszystko, a gdzie indziej nie ma?

Polska medycyna ma takie nieliczne wyspy, gdzie są dobre warunki i dla pracowników, i dla pacjentów. To jest na przykład kardiologia inwazyjna. W Polsce relatywnie dobrze jest dostać zawału, bo mamy na tyle gęstą sieć ośrodków kardiologii inwazyjnej, że prawdopodobieństwo trafienia szybko pod dobrą opiekę jest bodaj największe w Europie. Z pogotowiem lotniczym jest podobnie. Jako ratownik medyczny bardzo trudno się dostać do tej pracy, jest około stu chętnych na jedno miejsce.

Fot. Mariusz Chilmon/flickr.com

Czyli nietypowo jak na polską medycynę?

To są niemal odwrócone proporcje w porównaniu z innymi placówkami, gdzie zdarza się np. sto wakatów i pięciu chętnych. Do pogotowia lotniczego można wybierać najbardziej zmotywowanych – kandydaci przechodzą testy psychologiczne, no i z samej wiedzy medycznej. Mit wielkiej przygody, latania śmigłowcem sprawia, że trafia tam specyficzny materiał ludzki.

Zawały serca to była za komuny „choroba dyrektorów”, no i Zbigniew Religa zbudował status tego sektora ochrony zdrowia. A czemu w LPR jest tak dobrze?

Trochę dlatego, że samego lotnictwa nie da się robić tanio, więc przy okazji też i medycynie coś skapuje. To samo dotyczy procedur, bo Lotnicze Pogotowie Ratunkowe działa według przepisów lotniczych, dużo bardziej restrykcyjnych niż te naziemne.

Exodus pielęgniarek gorszy od exodusu menadżerów

Nakłady na sprzęt robią różnicę?

Chyba nie. Bo też nie uważam, żeby problemem polskiego pogotowia było wyposażenie karetek czy stare samochody.

Skoro sprzęt nie gra takiej roli, to pozostają ludzie…

Tak. W pogotowiu naziemnym, jeśli chodzi o lekarzy, to selekcji nie ma prawie w ogóle, wystarczy spełniać wymogi formalne – i bierze się każdego. To widać. Lekarzy pogotowia można według mnie podzielić na dwie grupy: jedna to młodzi pasjonaci, którzy dopiero skończyli studia i którzy z wielką energią angażują się w tę pracę.

A druga?

To ci zdecydowanie starsi – i niestety często trudno uniknąć zadania sobie pytania, co też wydarzyło się w życiu 60-letniego lekarza, że wciąż pracuje w pogotowiu ratunkowym. Jest spory odsetek ludzi, którzy nie powinni już w tym zawodzie pracować. Ratownicy to widzą i to ich bardzo frustruje.

Dlaczego?

Wszyscy wiemy, że lekarze zarabiają dużo więcej, a jednocześnie ratownicy widzą, że dany lekarz nie nadaje się do pracy. Że trzeba wiele rzeczy robić za niego, np. intubację dotchawiczą, czyli zabezpieczenie rurką dróg oddechowych u osób nieprzytomnych. Jeżeli w karetce jest zespół specjalistyczny, czyli z lekarzem w składzie, to domyślnie pierwszy do wykonania takiej procedury jest lekarz. Ale często nie umie jej wykonać, więc robią to za niego ratownicy.

Z czego to wszystko wynika? Tylko „zesłańcy” wśród lekarzy trafiają do karetek? No i ci idealiści?

Dyskusja w środowisku toczy się od lat: czy lekarze w karetkach są potrzebni, czy nie. Problem w tym, że jest ich po prostu coraz mniej, nawet tych starszych i wypalonych.

Ale dlaczego?

Jak to często w Polsce bywa, wiele rzeczy dzieje się trochę przypadkiem. W 2006 roku weszła w życie ustawa o państwowym ratownictwie medycznym, z którą wiązał się plan, że do 2020 roku wykształci się lekarzy specjalistów medycyny ratunkowej. I oni będą kadrą dla zespołów specjalistycznych, czyli tych karetek z lekarzami, a obok będą działać zespoły podstawowe, złożone z samych ratowników.

I czemu są prawie wyłącznie te drugie?

Bo przez 14 lat nikt tych lekarzy w odpowiedniej liczbie nie wykształcił. W systemie wszystkich lekarzy jest dziś za mało: chirurgów, anestezjologów, rodzinnych. Tym bardziej nie dziwi, że pierwszym wyborem dla ludzi po studiach nie jest specjalizacja z ratownictwa – żeby potem pracować na SOR-ze czy w pogotowiu do końca życia. Kiedy już okazało się, że tych ludzie nie ma, zareagowano – znów, jak zwykle – doraźnie. Najnowszy pomysł to nadać więcej uprawnień ratownikom medycznym.

Żeby byli takimi prawie lekarzami?

Ponieważ ministerstwo nie zrealizowało planów sprzed kilkunastu lat, to tym ludziom, którzy są do dyspozycji, niemal z dnia na dzień – bo vacatio legis tej ustawy wynosi 14 dni – nadaje się uprawnienia do podawania leków, których nieprawidłowe użycie może skutkować zgonem pacjenta.

I ratownicy nie powinni ich podawać?

Nie uważam, że co do zasady nie potrafią tego robić, ale trzeba by ich najpierw rzetelnie przez np. rok przeszkolić. Niechby poćwiczyli pod okiem lekarzy. Tymczasem zmiany wprowadza się błyskawicznie, w dość typowej w naszym systemie logice łatania dziur.

Medycy w momencie granicznym

A czemu ratowników też jest tak mało? Chodzi o niskie płace?

Kiedyś państwo kształciło bardzo wielu ratowników medycznych, ale przestało – bo po zmianie prawa nie mogli się już uczyć w szkołach policealnych. W Warszawie regularnie do pacjentów nie wyjeżdżają karetki, bo brakuje obsady zespołów. Kiedy ja pracowałem w pogotowiu, było 79 zespołów, ale są takie dni, że przez np. niedyspozycje zdrowotne ratowników w stolicy jest ledwie 60 zespołów.

W swojej książce Pogo piszesz, że często zdarzają się wezwania, których w ogóle nie powinno być. Że część spraw powinien załatwić kto inny, bo wy jesteście od wypadków nagłych.

Jedna z lepszych definicji klasy średniej mówi, że należą do niej ci, którzy mają numer telefonu do znajomego lekarza. A jak mają, to korzystają z tego przywileju i dzwonią, by się poradzić w sprawach zdrowotnych. Czasem błahych, czasem poważnych.

A jak nie mają, to dzwonią na pogotowie?

Tak. I także dlatego dyspozytorzy mają tak ciężką pracę. Ja sam jej nie wykonywałem, ale moi koledzy tak, bo w dyspozytorni pracują ratownicy lub pielęgniarki z co najmniej kilkuletnim stażem w systemie. Oni muszą, na podstawie czasem bardzo skąpych danych, ocenić, czy sytuacja wymaga wysłania zespołu, czy nie, i jakiego – choć ostatnio często nie ma takiego wyboru.

Gdzie jest najsłabszy punkt obecnego ratownictwa? Co sprawia, że karetki nie zawsze dojeżdżają na czas i nie do tych, którzy najbardziej potrzebują?

Polskie ratownictwo medyczne to trójkąt, w obrębie boków którego zachodzą napięcia: SOR, czyli szpitalne oddziały ratunkowe, dyspozytornia oraz zespoły ratownictwa. Każdy z każdym się kłóci w tym układzie. Załoga karetki z SOR-em…

O co?

Najbardziej wyświechtany tekst po przyjeździe karetki pod SOR brzmi: a czemu do nas?! Za to my mamy pretensje do dyspozytorni: a po co żeście nas tu wysłali?! Bo dyspozytor wydaje nam polecenie, gdzie mamy jechać, i nie ma dyskusji. Dlatego złośliwie mówi się o nich, że są pelikanami, bo łykają wszystko. A dyspozytornia to pelikanarium. Oczywiście, jak mówiłem, to jest naprawdę bardzo trudna praca. Zwłaszcza że dyspozytorniom skarżą się również SOR-y – dlaczego przysłaliście nam karetkę, skoro zgłaszaliśmy, że nie mamy miejsc?!

I kto tu rządzi?

Co do zasady, to dyspozytor decyduje, gdzie mamy jechać z pacjentem, choć w niektórych przypadkach – np. pacjenta z udarem – istnieje czytelna procedura, oparta na rozporządzeniu ministra zdrowia, że jedziemy po prostu na najbliższy SOR. Jeśli mamy pacjenta z urazem ciężkim i jesteśmy np. w połowie drogi między Szpitalem Bródnowskim a tym na Szaserów – obydwa duże, pełnoprofilowe, z neurochirurgią – to pytam dyspozytora, gdzie jechać, bo on wie, że np. śmigłowiec przywiózł motocyklistę po wypadku na Szaserów, więc będą zajęci.

A jak przywozicie, to czemu mają do was pretensje? Skoro to nie wasza decyzja?

Ludzie na SOR-ze wiedzą, że muszą pacjenta z karetki odebrać, ja wiem, że muszę go zostawić, więc awanturowanie się to trochę taki nużący rytuał. Co prawda, teoretycznie mogą napisać na karcie „odmowa przyjęcia”, np. z powodu braku miejsca, ale jak ten pacjent umrze w drodze do kolejnego szpitala, to naprawdę nikt nie chce mieć swojego nazwiska z pieczątką przybitą na takiej karcie.

Co tu zatem szwankuje?

Po prostu wszystkiego jest za mało w systemie: miejsc na SOR-ach, lekarzy rodzinnych i innych, karetek i ratowników. Każdy próbuje upchnąć pacjenta, gdzie się da. Oczywiście ekstremum tego problemu przeżyliśmy w pandemii – w sieci krążyły nawet nagrania z dyspozytorni czy radia pogotowia warszawskiego, gdzie mowa była o tym, jak zespół ratowniczy odbijał się od kolejnych szpitali przez osiem godzin, z pacjentem, któremu zmieniano tylko butle tlenowe, a na każdym SOR-ze panował sajgon.

Piszesz, że ludzie w tym zawodzie szybko się wypalają, że można go wykonywać maksymalnie 4–5 lat bez uszczerbku na zdrowiu. Ale czy to nie jest czas pracy, po którym człowiek dopiero nabiera doświadczenia i wtedy powinien uczyć w praktyce młodszych kolegów? A nie zmieniać robotę, żeby nie zwariować?

Ten system dobrze buduje kompetencje u ludzi, ale bardzo szybko ich zużywa.

Co to znaczy?

Polscy lekarze tak dobrze się odnajdują na Zachodzie, bo bardzo dużo pracują. Skoro mają taki przerób, to znaczy dużo bardzo różnych pacjentów, to i krzywa ich uczenia się jest bardziej stroma. Ratownik ma tak samo, bo jak ma kilkanaście wyjazdów na dobę, to szybko osiąga wysoki poziom kompetencji.

A jakby tak intensywnie nie pracowali, to byłoby z kolei jeszcze mniej wyjeżdżających karetek, tak? I robi się błędne koło?

Pytanie brzmi, czy zespoły ratownicze naprawdę muszą aż tyle jeździć, czyli 13–15 razy na dobę.

To znaczy?

Czy jak pacjentka ma nadciśnienie, a pacjent ból brzucha, to nie powinni zadzwonić raczej do lekarza rodzinnego? Oczywiście, że powinni, ale tych jest za mało i nie jeżdżą na wizyty domowe. Przeciętny polski pacjent nie ma z nimi na co dzień kontaktu. Ludzie więc jadą na SOR lub po prostu dzwonią na pogotowie.

Ile jest takich przypadków wezwań, których nie powinno być?

Więcej niż połowa.

Rodzinni pracują za mało?

Nie, to ich jest za mało. Moja mama jest lekarką rodzinną i wiem dobrze, że to jest praca przez osiem godzin z przyjmowaniem pacjenta co kwadrans. To jest naprawdę bardzo wyczerpujące i nie mam do lekarzy rodzinnych pretensji, że nie przyjmują tych pacjentów więcej. Problem polega na tym, że pogotowie ratunkowe w Polsce to taki śmietnik dla medycyny.

Co to znaczy?

Nie wiesz, co zrobić z pacjentem? To dzwonisz po karetkę. A kiedy ludzie, zdesperowani, odbijają się od poradni, gdzie mają termin badania wyznaczony na rok 2024, czy od SOR-u, gdzie średni czas oczekiwania wynosi 17 godzin – to w końcu pójdą do domu, zadzwonią po pogotowie, coś nazmyślają i ta karetka przyjedzie.

Samobójcza hipokryzja

Podajesz przykłady różnych zawodów, które wiążą się z negatywnymi skutkami ubocznymi, przywołujesz przykłady z USA czy Polski. Można je uogólnić? Czy takie zawody jak ratownik medyczny wszędzie wiążą się z podobnymi problemami? A może są przykłady jakichś rozwiązań, które dałoby się wprowadzić i u nas?

Kiedy pisałem na ten temat, posiłkowałem się badaniami na temat zdrowia psychicznego w różnych zawodach medycznych i nie tylko – i wyszukiwarka PubMed wskazała mi studia przypadków strażaków z Chicago, pracowników pogotowia z Łodzi i lotniczego pogotowia ratunkowego z Australii.

Co do rozwiązań, to wiem np., że opieka psychologiczna w systemie brytyjskim jest na dobrym poziomie. Ale też nie sądzę, że potrzebujemy jakichś cudownych metod, tu nie trzeba wymyślać prochu ani koła na nowo.

A czego trzeba?

Przestrzegania prawa pracy. Na przykład obowiązkowych przerw między dyżurami, prawa do urlopu, ale też zwolnienia chorobowego – którego dziś nie ma, bo ratownicy medyczni są jednoosobowymi działalnościami gospodarczymi, więc jak chorują, to nie zarabiają. A z drugiej strony pracują tyle, ile chcą…

I chyba trochę muszą, jak zarabiają mało.

Zgoda, ale też system nie chroni przed pazernością, jeśli zaczynają zarabiać dużo. Nie każdy umie się zatrzymać i nieraz myśli sobie – a wezmę ze trzy dyżury w miesiącu więcej, to sobie fajniejszą furę wezmę w leasing. Widzę ten mechanizm u kolegów, bo i też można tak sobie zorganizować życie, pracując w zawodzie medycznym, że zarobi się naprawdę dużo, ale kosztem setek godzin pracy w miesiącu. Jeśli jesteś lekarzem, to dzisiaj wszyscy cię chcą, po prostu biją się o ciebie stawkami – i można się w tej sytuacji zapomnieć.

A co to znaczy, że teraz już się dobrze płaci?

Celowo nie piszę w książce ani razu o tym, ile się zarabia. W swoim imieniu powiem, że ja dziś absolutnie nie narzekam na swoją sytuację. Przy czym jestem lekarzem anestezjologiem, a jest ich bardzo mało, więc panuje rynek pracownika. Ale też powiedzmy jasno, że dzisiaj w polskiej medycynie problem płac lekarzy nie jest palący, mówiąc oględnie. Nie tylko specjalistów, bo nawet u lekarzy rezydentów sytuacja się poprawiła.

A u ratowników?

Kiedy ja pracowałem w pogotowiu, mój kolega ratownik na początku pracy, tuż po studiach zarabiał 18 złotych za godzinę. Teraz stawki są zdecydowanie wyższe, ostatnio podwyższono też dodatek ministerialny, bodaj o 30 procent. Środowisko ratowników też walczy o płace i tam też nastąpiła pewna poprawa.

I mogą już nie pracować po kilkaset godzin w miesiącu?

Mogą, tyle że jak pracujesz za nędzne pieniądze przez tyle lat, za te 18–22 złote brutto za godzinę, jak żyjesz od pierwszego do pierwszego – i nagle zaczynają ci płacić lepiej, to nie wszyscy chcą zmniejszyć liczbę godzin pracy, tylko odbić sobie lata skromnej egzystencji, żeby nie powiedzieć: upokorzeń.

Dlaczego lekarzom łatwiej było wywalczyć wysokie zarobki niż ratownikom? Bo jest ich po prostu mniej?

To raz, a dwa, że w przypadku lekarzy ogromną rolę zaczął grać sektor prywatny. Ofert pracy z prywatnych jednostek ochrony zdrowia, przychodni, klinik itp. jest tak dużo i są tak atrakcyjne finansowo, że gdyby system publiczny nie zaczął płacić więcej, toby niemal wszyscy odeszli do prywatnego.

Ratownicy nie mają takiej dźwigni negocjacyjnej?

Nie, bo mają zasadniczo dwa dostępne miejsca pracy: SOR albo pogotowie ratunkowe, a poza tym za bardzo nie ma ofert – poza obsługą imprez masowych czy ostatnio wymazami covidowymi. Co najwyżej mogą wyjechać za granicę – Wielka Brytania jest bardzo popularnym kierunkiem.

Mówiłeś, że wszystkich jest w systemie za mało.

W moim szpitalu często jest tak, że na części sal operacyjnych się nie pracuje, bo nie ma anestezjologów.

Da się tak zrobić, żeby było więcej?

Na szczęście lekarzy dzisiaj kształci się dużo, otwiera się nowe uczelnie medyczne. Jak zdawałem na studia w 2003 roku, to w Kielcach nie można było studiować medycyny, a w Warszawie tylko na Akademii Medycznej, obecnym Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Teraz można się uczyć w Kielcach na uniwersytecie, a w Warszawie aż w czterech miejscach na wydziałach lekarskich.

Pełne wykształcenie lekarza trwa kilkanaście lat. A potrzeba ich więcej już teraz.

To prawda, ale w związku z wojną pojawiły się w Polsce dwa miliony Ukraińców, w tym pewnie kilka, jeśli nie kilkanaście tysięcy osób z wykształceniem medycznym, które często nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Jasne, że chcielibyśmy, aby wojna się skończyła, a oni mogli wrócić do siebie i wziąć udział w odbudowie kraju, ale na razie są tutaj i nie wiemy, jakie plany ma Władimir Putin. Możliwość wykonywania zawodu w Polsce, w tym system szybkich kursów języka polskiego plus wdrażanie ich do pracy w publicznym systemie, wyszłoby na dobre wszystkim. Włącznie z uchodźcami, dla których bycie nieprzydatnym musi być trudnym doświadczeniem.

Kto uważał, że lekarze to „czynnik kosztotwórczy”? I czy za komuny było lepiej? Krótka historia problemów ochrony zdrowia

Czy więcej kadr – ratowników i lekarzy – rozwiązałoby najważniejsze problemy, z którymi się stykałeś w pracy?

Nie, bo jednym z nich jest brak kontroli jakości i nadzoru nad pracą ratowników.

Chyba że pacjent umrze, a rodzina robi problemy – wtedy się coś sprawdza?

Nic się nie sprawdza, jak umarł, to umarł. No chyba że w „Gazecie Wyborczej” czy w TVN pojawi się artykuł, że pogotowie coś spieprzyło, to robi się afera. Jeśli nie – pracujemy spokojnie dalej.

Każda stacja pogotowia ratunkowego jest osobną firmą, więc standardy są bardzo zróżnicowane. W Siedlcach na przykład zaczęli robić audyt pracy i wyłapują, gdzie ratownikom brakuje jakichś kompetencji, a potem ich doszkalają w tym obszarze. I to jest bardzo dobre, ale już np. w Warszawie tego nie ma – po prostu gdzieś jakiś dyrektor stacji pogotowia ratunkowego wpadł na dobry pomysł, a inni już nie wpadli. To nie jest to prawnie usankcjonowane w żaden sposób, nie ma takiego wymogu ustawowego.

Wojewódzki Szpital Zakaźny. Fot. Monika Bryk
Fot. Monika Bryk

Piszesz w książce, że „nie da się w tym fachu pracować z oddaniem, nie ponosząc żadnych kosztów psychicznych”. Ale też – jeszcze mocniej – „czasem wydaje mi się, że kłopoty omijają szerokim łukiem tych, którym nigdy nie przyszło do głowy, by włożyć w swoją pracę choć odrobinę serca”. Czyli co, nie da się dobrze wykonywać pracy w pogotowiu i np. nie pić, nie niszczyć siebie i własnej rodziny?

Są różne strategie przetrwania tej pracy. Jedną z nich jest chamstwo i obojętność – i być może ta grupa, mówiąc skrótowo, mniej pije. Jest też strategia destrukcyjnych zachowań – nadużywania alkoholu i innych substancji psychoaktywnych, ale też tzw. ryzykownych zachowań seksualnych. No i jest ta bodaj najpowszechniejsza, czyli rezygnacji po kilku latach. Spośród kolegów, z którymi pracowałem w stacji ratownictwa na Grochowie – to było w sumie 15 osób – do dziś zostało tam może dwóch–trzech.

Czyli można nie nadużywać i nie wyniszczać sobie organizmu, można być zaangażowanym i empatycznym ratownikiem, można wreszcie pracować w karetce przez bardzo wiele lat – ale nigdy te trzy rzeczy naraz? Albo inaczej mówiąc: dobry ratownik, żeby nie zostać wrakiem, musi wyjść z tej roboty po kilku latach?

Takie jest moje doświadczenie. Choć oczywiście każdy człowiek to osobna historia i wiem, że są ratownicy nawet 50- czy 60-letni, którzy jakoś sobie radzą. Ale jeśli nawet komuś się udało połączyć wszystkie elementy – dobrej pracy, wykonywanej przez wiele lat, oraz zdrowia fizycznego i psychicznego – to świetnie, ale to byłby argument za… niczym dokładnie. Bo system nie powinien być tak skonstruowany, żeby ludzie musieli być super jednostkami na wejściu, by przetrwać, robić dobrą robotę i nie zwariować.

100 tysięcy Polek i Polaków umarło na covid, ale „Polska zyskuje na pandemii”

Trudniej być lekarzem ratownictwa w karetce w czasach „normalnych” czy anestezjologiem na oddziale intensywnej terapii w czasie covidu?

W pandemii było gorzej. Bo w świecie medycznym przestały obowiązywać reguły, które w „zwykłym” pogotowiu jednak działały – w trudnej, ale jednak jakoś przewidywalnej rzeczywistości. Na przykład takie, że pacjent wymagający wentylacji respiratorem otrzymuje respirator. Albo że karetki nie czekają osiem godzin pod SOR-ami, tylko że pacjenta się po prostu odbiera od razu, najpóźniej w kwadrans. Poza tym w pogotowiu ma się jednak poczucie sprawczości, widać efekty pracy, co jakiś czas ratuje się komuś życie i zdrowie. A w pandemii na intensywnej terapii najtrudniejsze było to, że nasze wysiłki zazwyczaj były bez sensu – praktycznie wszyscy umierali. Ile byśmy nie wymyślali ustawień respiratora, ile razy nie przekładali pacjentów na brzuch i nie próbowali różnych metod wentylacji; ile byśmy nie nabiegali się w tych kombinezonach – efekt był zazwyczaj ten sam.

Mówisz, że zaczęto kształcić lekarzy, że coraz lepiej płaci się ratownikom medycznym – to niewątpliwe plusy. Ale jest też demografia, czyli starzenie się społeczeństwa, no i efekty zdrowotne covidu, w tym opóźnienia diagnostyki. Nie masz wrażenia, że grozi nam teraz apokalipsa?

Przeżyliśmy już apokalipsę, przez ostatnie półtora roku. 150 tysięcy nadmiarowych zgonów, dające nam drugie miejsce na świecie po Rumunii. I na kim to zrobiło wrażenie?

**

Jakub Sieczko – lekarz, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii, przez sześć lat pracował w stołecznym pogotowiu ratunkowym. Autor książki Pogo (Dowody na Istnienie, 2022)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij