Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Trzaskowski na Paradzie Równości to znak, że ta impreza nic już politycznie nie znaczy

Aktywność uliczna nie tylko przestaje być motorem jakichkolwiek politycznych zmian, ale staje się wygodnym wentylem bezpieczeństwa dla rzekomo progresywnych polityków. Przejście Parady Równości do niczego władzy nie zmusi.

ObserwujObserwujesz
Walka

Za nami być może jedna z bardziej smutnych Parad Równości w Warszawie. Smutnej nie z powodu ich uczestników. Ci przecież przybyli jak co roku i szli przez stolicę barwnym korowodem. I nie z powodu organizatorów, chociaż zarzuty o korporacyjny pinkwashing są coraz głośniejsze na lewicy. Tegoroczna parada była smutna z powodu politycznej obojętności, z jaką się spotyka. Po prostu parada już mało kogo politycznie grzeje.

Czytaj także Tęczowa koalicja jednej sprawy Agnieszka Wiśniewska

Z jednej strony, owszem, można uznać to za sukces. Gdyby się cofnąć o te kilkadziesiąt lat, gdy parady próbował blokować homofob Lech Kaczyński, albo o kilka lat do Białegostoku, gdzie napadano ludzi, trudno nie mieć wrażenia, że społeczeństwo odbiera dziś paradę zupełnie inaczej. Przede wszystkim inaczej odbiera ją homofobiczna prawica. Ta już dawno zrozumiała, że walka z paradą to walka z wiatrakami. I jeśli ma przejść, to przejdzie.

Największym sukcesem jest więc trwałe wpisanie się Parady Równości w społeczny kontekst uliczny. Jest to święto nieodwołalne i „niezakazywalne”, a co za tym idzie, powoli staje się elementem pewnej progresywnej tradycji. Tyle że konsekwencją owego trwałego wpisania się w istniejący porządek rzeczy jest zwykle niewielka rola w jego dalszej zmianie. Parada przejdzie, ileś osób zademonstruje swoją obecność i siłę – i co? I to wszystko.

Nie będzie parada ani źródłem lęku konserwatywnych polityków przed zmianą prawa, ani środkiem nacisku na wyborców, żeby uzależnili swoje poparcie od stosunku polityków do praw osób LGBTQ.

Ot, przeszli, to przeszli, ale mamy tu ważniejsze sprawy.

To wpisanie się Parady Równości w trwały krajobraz polityki ulicznej podobne jest więc nieco do… marszów 11 listopada. Oczywiście nie chodzi o podobieństwo przekazu ani o podobieństwo uczestników. Chodzi o to, że tak jak marsz 11 listopada nawet w roku wyborczym nie dał władzy prawicy, tak Parada Równości do niczego władzy nie zmusi.

Czytaj także Liberalne bezkręgowce 2: zwolennicy Trzaskowskiego jak zwykle nie ułatwiają Artur Troost

Tak jak wiadomo, że w listopadzie maszerują nacjonaliści, i nie jest to żaden gamechanger, bo w ostatnich wyborach parlamentarnych Konfederacja (z Braunem) miała słabszy wynik od sojuszu partii lewicowych, tak samo wiadomo, że parada nie spowoduje nagle wzrostu poparcie dla lewicy, a tym bardziej nie przyspieszy realizacji lewicowych postulatów.

Ba, trwałe wpisanie marszów, parad i demonstracji w polityczny krajobraz sprawia, że owa aktywność uliczna nie tylko przestaje być motorem jakichkolwiek zmian, ale staje się wygodnym wentylem bezpieczeństwa dla polityków rzekomo progresywnych.

Przypomnijmy, jak w kampanii Trzaskowski chował flagę osób LGBTQ, gdy przymilał się do narodowców. Jak mataczył w sprawie (nie)uznawania wyroków sądów odnośnie transkrypcji zagranicznych aktów małżeńskich. Czy wreszcie, że przecież przez lata był w zarządzie Platformy Obywatelskiej, gdzie jakoś problemy osób LGBT go nie interesowały.

Dziś zaś bez cienia zażenowania, jak gdyby nigdy nic, Trzaskowski pojawia się na Paradzie Równości jako przyjaciel środowiska. A pojawia się właśnie dlatego, że dziś nic go to politycznie nie kosztuje. Zupełnie tak jak nic nie kosztuje pisowców pojawienie się na Marszu Niepodległości, przed którym kiedyś, na czele z Dudą, tak przecież uciekali.

Podobnie w przypadku polityków Nowej Lewicy. Mogą oni sobie pląsać radośnie na paradzie, wykrzykiwać równościowe frazesy, ale następnego dnia potulnie wrócą do koalicji i nawet nie pisną Tuskowi w sprawie praw osób LGBT, a projekt związków partnerskich wykastrują tak bardzo, jak bardzo wykastrowani są z własnej sprawczości.

Sukces zarówno Marszu Niepodległości, jak i Parad Równości sprawił, że obie tak przeciwne sobie imprezy weszły do mainstreamu, a w konsekwencji zaczęły przyciągać całą masę oportunistów, którzy chcą się ogrzać w cieple queeru czy też parafaszystowskich pochodni. W tym sensie widok Trzaskowskiego i całej zgrai potakiewiczów Tuska na paradzie nie napawa optymizmem, a smutkiem. Bo skoro już tacy tam się pojawiają, to wiadomo, że Parada Równości niczego istotnie nie zmieni. Stała się już tylko politycznym folklorem.

Pytanie, czy kiedykolwiek mogła stać się czymś więcej?

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x