Czytaj dalej

Ciała i widma, czyli Polska 2012

Preferowana w zeszłym roku konwencja to horrorowa makabra. Czyżby literatura podchwytywała jakieś wielkie starcie w sferze społecznej?

Można powiedzieć, że najważniejszą polską powieścią minionego roku jest Fantomowe ciało króla Jana Sowy. Książka o nieistnieniu I Rzeczpospolitej i długofalowych konsekwencjach tego Braku. O lukach w tkance społecznej. O podwójnej kolonizacji. O wspólnocie narodowej, która w takich warunkach powstała. O kłopotach z nowoczesnością wynikających z peryferyjnego statusu. 

Można, ale nie ma potrzeby uciekać się do efekciarskich bon motów. Wśród powieści wydanych w 2012 roku jest bowiem kilka dotyczących podobnych spraw i nawet jeśli podtrzymują one polityczne iluzje, które Sowa demaskuje, dokonuje się w nich nader interesująca praca symboliczna nad przeszłością i współczesnością. 

Orzeł wzlatuje – jesteśmy zbawieni

Elżbieta Cherezińska napisała Koronę śniegu i krwi tak, jakby przeczytała Fantomowe ciało króla i doszła do wniosku, że Sienkiewicz, chcąc krzepić serca, źle wybrał epokę. Ona zdecydowała się na drugą połowę XIII wieku – nowy początek polskiej państwowości po rozbiciu dzielnicowym. Na kanwie wydarzeń historycznych w powieści toczy się realna, ale przede wszystkim symboliczna, gra o Polskę, której rezultat jest z góry znany. 

Nieistniejąca Polska tej epoki to zbiór doraźnych sojuszy i zdrad, ziemia jałowa czekająca na powrót króla. Tymczasem rządzą nią coraz liczniejsi książęta i mnogość ciał biologicznych władców przekłada się na rozdrobnienie ciała politycznego. Dynastyczna ciągłość, wyraz jego cudownej wieczności, uległa zawieszeniu czy inflacji. Pozwala to literacko wykorzystać zarówno jej brak, jak i przywrócenie. Przemysł II zaczyna i kończy sukcesem starania o jedynowładztwo i zjednoczenie.

Czeka na niego gotowa forma, wielkość, majestat. Ciało polityczne jest fantomowe, ale o krok od zaistnienia. Są insygnia i tron dawnych królów. Ambicje i przepowiednie o zdjęciu klątwy Wielkiego Rozbicia domagają się spełnienia. Wystarczy śmiało użyć słowa „król”, by prędzej czy później nim zostać. Społeczne i gospodarcze szczegóły znajdują się na dalszym planie. Rozwój miast jest ważny ze względu na planowaną koronację. Władza liczy się dla władzy. 

Korona… jest wyjątkowo współczesna. Przemysł II Cherezińskiej to idealny bohater naszych czasów, piękna fantazja o władcy. Osiąga cel godnie, honorowymi metodami, w miarę możliwości bez rozlewu krwi, dzięki pracy nad braterskim porozumieniem, niezależnie, nie z łaski sąsiednich państw. Oczywiście w sojuszu z Kościołem katolickim. Jest potężny, ale nie nadużywa pozycji. Wykłada, że „władza to nie jest trzymanie za mordę. To równowaga między szacunkiem a oddaniem. To moralne prawo wsparte ludzką wolą. To naznaczenie przez Boga”. 

Zawiłą intrygę polityczną zamyka kilka pustych haseł o narodowej wspólnocie, zgodzie i nadrzędnym celu – ojczyźnie. Co prawda doszło do królobójstwa, ale odrodziło się królestwo. Do braku biologicznego ciała króla jesteśmy już w 2012 roku przyzwyczajeni, choć przyjemnie poczytać o jego powrocie. Brak ciała politycznego wciąż nam doskwiera, więc powieść o restytucji tego organizmu musi sprawiać satysfakcję. Orzeł wzlatuje ku niebu. Jesteśmy zbawieni.

Warszawa żywych trupów

Fantastyczna gra o Polskę toczy się także w Widmach Łukasza Orbitowskiego i Nocy żywych Żydów Igora Ostachowicza. W obu powieściach historyczne traumy przybierają postać żywych trupów, mnogich, ale tworzących jedność, niespokojnych, domagających się ukojenia. Zombi jako nieproszeni delegaci ciała politycznego zapełniają ulice Warszawy w poszukiwaniu właściwej koleiny historii, a okazuje się nią nasza późnokapitalistyczna, konsumpcyjna nowoczesność, której upojną wizję przedstawiają obaj autorzy.

W Widmach nie wybucha powstanie warszawskie, więc nie dochodzi do masakry ludności i ruiny miasta. Ocalenie biologicznej i fizycznej substancji stolicy jest jednak klęską symboliczną. Alternatywna Warszawa pod rządami komunistów staje się bowiem miastem brzydkim i okrutnym, przeludnionym i zagraconym, klaustrofobicznym i nieskończonym jednocześnie, a przede wszystkim apokaliptycznie plebejskim. Niezaistniała trauma pojawia się w innej postaci, jakby była czymś koniecznym. Ludzie, którzy mieli zginąć w powstaniu, zmienią się w gnijące żywe trupy, a fałszywe miasto zacznie się rozpadać, a potem pogrąży w chaosie i zdziczeniu wojny domowej.

Zdeklasowana metropolia musi przejść przez stadium koszmarnej degradacji, by dzieje wróciły do jedynego słusznego koryta. Głównym bohaterem horroru jest Krzyś Baczyński, który ze sfrustrowanego socrealistycznego literata staje się ślepo dążącym do bohaterskiej śmierci zombi. Baczyński i Warszawa w powstańczym wzlocie osiągnęli szczyt swoich możliwości. To był moment nadzwyczajnej mocy i szlachetności, w którym wszystko mogło się zdarzyć, więc ostateczna klęska nie ma w dłuższej perspektywie znaczenia.

Alternatywna historia bez powstania jest groźnym fantomem – grzęźnie na mieliźnie zadowolonej z siebie, pęczniejącej plebejskości. Nadmiar nieprzetrzebionej materii sprawia, że ciało polityczne przyrasta, ale się nie rozwija. Pozbawiona aspiracji historia nigdy nie osiągnęłaby obecnego stanu, który w powieści Orbitowskiego przedstawiony jest jako ekstatycznie nowoczesny ruchliwy, kolorowy, elektroniczny, hedonistyczny, konsumpcyjny raj. Popowstaniowe losy ciała politycznego nie były najgorsze, bo nas do tego raju doprowadziły.

W Nocy żywych Żydów potworna historia też okazuje się nie najgorsza, skoro skończyła się powstaniem centrum handlowego Arkadia. Potwierdzają to najbardziej wiarygodni świadkowie – zamordowani przez hitlerowców warszawscy Żydzi. Niby wychodzą spod ziemi jako upiorna materializacja nieodkupionej winy, ale szybko rezygnują z zemsty, kiedy ogarnia ich szał zakupów. Błyskawicznie asymilują się w społeczeństwie konsumpcyjnym, a w finale nawet ożywają. Nie tylko nie dochodzi do drugiej Zagłady (na co początkowo się zanosi), ale wręcz unieważnieniu ulega długi cień pierwszej Zagłady, a więc pośrednio i ona sama.

Obrońcą żydowskich zombi zostaje wściekły neoliberał. Nowy holokaust nie jest możliwy, bo Polacy w większości nie tworzą wspólnoty, w imię której szerzy się przemoc. W centrum handlowym Arkadia tępi się tylko tych, których nie stać na konsumpcję, a wyposzczeni długim leżeniem w ziemi Żydzi są konsumentami idealnymi – nie mają hamulców i bez trudu zdobywają pieniądze. Polscy konsumenci spoglądają na nich łaskawie, a nawet romantycznie biją się za ich prawo do kupowania.

Chwilowy organiczny chaos – tłum nieumarłych na ulicach przemieszany z tłumem żywych, hałdy ponownie uśmiercanych zwłok, mała wojna domowa w Arkadii – kończy się zniknięciem bez śladu przywróconych życiu i znormalizowanych Żydów, którzy rozchodzą się bezpiecznie „do domów”. Jakby ciało polityczne tylko czekało, by ponownie wchłonąć te nieukojone, opieszale rozkładające się członki, które dotąd spoczywały gdzieś w jego podziemiach. Szkoda, że gwarantem tego przyswojenia autor uczynił wolny rynek.

Forum nigdy nie zasypia

Orbitowski i Ostachowicz przedstawiają współczesność jako koniec historii i wielkie spełnienie. Nie chcą też sugerować, że przeszłość mogła być inna, niż była, na przykład mniej okrutna. Joanna Bator wręcz przeciwnie. Ciemno, prawie noc to również horror o ciele politycznym, ale niekończący się w raju. Prowincjonalny Wałbrzych ukazany w tej powieści nie może być zbawiony. Bieda, upokorzenie, rozpacz i agresja wespół ze złą historią czynią zeń organizm chory, rozkładający się, cuchnący siarkowodorem, obleziony przez robactwo.

Po ciałach Niemców i Żydów zostały budzące grozę resztki – paznokcie i włosy, kości, które sprzedaje się jako talizmany, snująca się po okolicy ektoplazma. Jeszcze straszniejsza jest jednak żywa zbiorowość mieszkańców obecna na lokalnym forum internetowym i na miejskim rynku. Forum nigdy nie zasypia i nie przestaje bluzgać nienawiścią zmieszaną z pogardą. Sprzeczne stanowiska i spory przy którejś kolejnej rundzie nieodróżnialnej od poprzednich zaczynają wydawać się pozorne – to w istocie jeden podmiot nienawidzący samego siebie, używający słów fizjologicznie, by dawać upust frustracji.

Podobnie przemawia zbiorowy podmiot zgromadzony na rynku. Tłum skarży się i atakuje pojedynczymi słowami-kluczami albo zbitkami („Nienadarmomamękaomękamakrwawa”). Autorka porównuje go do żywiołu, lawiny czy tsunami, organizmu zwierzęcego – ośmiornicy, oraz superorganizmu – ławicy ryb. To ciało bez twarzy, z którym nie da się porozmawiać. Gniewne i czujne, ale bezrozumne. Wydzielające eksplozyjne opary. Tężejące, gęstniejące, napierające, miażdżące. Na koniec staje się krwiożerczą sforą – rzuca się na zwłoki proroka, rozszarpuje je zębami i rozpierzcha się na wszystkie strony.

W literaturze minionego roku ciało polityczne przedstawiane jest w kryzysie, często apokaliptycznym. Preferowana konwencja to horrorowa makabra. Uderzająco łatwo jednak o rozgrzeszenie i pocieszenie. Dochodzi do starcia sił demonicznych i opatrznościowych, a także wrogiego zwarcia zbiorowości, które następnie rozchodzą się do domów jako pojedynczy i szczęśliwi konsumenci albo równie pojedynczy, ale zrozpaczeni biedacy. Czytelnikowi zaś tak czy owak pozostaje pewien niepokój. Konsolacja wypada mało przekonująco, wizje konfliktu są z kolei sugestywne. Czyżby literatura podchwytywała/projektowała jakieś wielkie starcie w sferze społecznej? Czy tylko wykorzystuje ideologiczno-estetyczne zapotrzebowanie na fantazje o wojnie domowej?

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Eliza Szybowicz
Eliza Szybowicz
Krytyczka literacka
Polonistka, współautorka (z Przemysławem Czaplińskim, Maciejem Lecińskim i Błażejem Warkockim) Kalendarium życia literackiego 1976-2000. Publikuje teksty o książkach i filmach na łamach internetowych i papierowych, m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Dwutygodniku” i „Czasie Kultury”. Prowadzi blog poświęcony peerelowskiej powieści dla dziewcząt: nietylkomusierowicz.wordpress.com. Interesuje się współczesnymi przedstawieniami i zastosowaniami PRL-u.
Zamknij