Kraj

Vattimo: Staram się ocalić Kościół od samobójstwa

Mówiąc Kościół, nie mam na myśli tego czy innego biskupa.

Tomasz Stawiszyński: Znany i powszechnie czytany filozof musi chyba szczególnie uważać na to, co mówi, a może też i na to, co myśli. Czuje pan takie brzemię?

Gianni Vattimo: Mniej lub bardziej. Ale jest to jednak zrównoważone tym, że nie czuję się jeszcze wystarczająco znany. Oczywiście, chciałbym trafiać do wszystkich – ale uświadamiam sobie co jakiś czas, że środowisko filozofów jest raczej ograniczone. Staram się więc zachowywać rozsądek. Rozumiem także, że w wielu krajach – we Włoszech czy Europie zwłaszcza – filozof jest tym bardziej poważany i słuchany, im bardziej ekstrawaganckie są jego tezy. W języku włoskim mamy nawet przysłowie, które brzmi mniej więcej tak: im bardziej absurdalnie mówisz, tym bardziej cię słuchają. Ale oczywiście staram się – przynajmniej jak dotąd – zachowywać odpowiedzialnie.

Myślę, że dla wielu religijnych ludzi w Polsce, i nie tylko, to, co pan mówi, może zdecydowanie brzmieć ekstrawagancko. Przestrzegają przed panem nawet niektórzy polscy biskupi, którzy twierdzą, że stanowi pan dla katolicyzmu zagrożenie. Naprawdę jest pan taki niebezpieczny?

Z pewnych określonych, całkiem zasadnych moim zdaniem powodów, mówię zazwyczaj, że staram się ocalić Kościół od samobójstwa. Nauczanie ostatnich papieży – nie mam na myśli aktualnego papieża, ale z pewnością Jana Pawła II – cechuje się bardzo twardym, ortodoksyjnym podejściem do rozmaitych zagadnień związanych z praktycznym życiem. Weźmy na przykład kwestię profilaktyki w czasach AIDS. Myślę, że to coś w rodzaju morderstwa. Oczywiście, to wspaniale, jeśli ludzie dochowują wierności, ale nie można stawiać ich w sytuacji, w której są skazani na śmierć, bo nie potrafią albo nie chcą powstrzymać się przed seksem. Pod wieloma względami więc myślę, że moje chrześcijańskie powołanie – a myślę o tym w tych kategoriach – polega na ratowaniu Kościoła przed samobójstwem. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że dzisiaj Kościół także robi w tym kierunku całkiem sporo, więc być może nie będę już dłużej potrzebny. Papież Franciszek wprowadził wiele zmian w administracji kościelnej, nauczaniu, podejściu do dyscypliny czy ocen moralnych.

Ale poza wszystkim sądzę, że taka obrazoburcza postawa jak moja może być po prostu pomocna. Nigdy nikogo nie zdeprawowałem i mam nadzieję, że starałem się jakoś dbać o moje własne zbawienie, ale także pomogłem wielu ludziom pozostać w jakimś sensie przy Kościele i sakramentach.

Mówi pan otwarcie o swoim homoseksualizmie, o tym, że nie wierzy pan w transcendencję, w osobowego Boga żyjącego w zaświatach; podkreśla pan, że najważniejszym – i jedynym – przykazaniem chrześcijańskim jest przykazanie miłości bliźniego. A jednocześnie uparcie nazywa pan siebie katolikiem. Ciśnie mi się na usta pytanie – po co? Skoro nie wierzy pan w dogmaty…

Wychowałem się w wierze katolickiej. Nie mam żadnych pokus, żeby zostać na przykład luteraninem, bo zawsze wydawało mi się, że źródłem objawienia nie może być tylko Biblia – tradycja też jest niezwykle ważna. A jest to jedno z podstawowych założeń katolicyzmu. Przy okazji, nawet Biblia jest przecież częścią tradycji, nie odwrotnie. Poza tym konwersja z jednego chrześcijańskiego wyznania na inne niesie ze sobą tyle biurokracji, że już choćby z tego powodu nigdy bym tego nie zrobił. Nie zostałbym na przykład baptystą. Cały czas wierzę w bardzo wiele rzeczy, które są zapisane w Ewangeliach. Czasami tylko to, co tam czytam, nie pokrywa się z tym, co słyszę w kościele – zwłaszcza w odniesieniu do polityki, a nawet kwestii etycznych, związanych na przykład z seksualnością. Kiedy muszę się jakoś określać wobec katolików, mówię – żeby okazać im szacunek – że jestem po prostu chrześcijaninem. Jestem chrześcijaninem wewnątrz tradycji katolickiej. Interesują mnie szczególnie kwestie związane z Kościołem, bo bez Kościoła nie mielibyśmy całego tego bogatego piśmiennictwa.

Istnieje wiele aspektów katolickiego credo, które można rozmaicie rozumieć. Dlaczego na przykład miałbym wierzyć, że Jezus dosłownie siedzi po prawicy Ojca? To jest całkowicie absurdalne. Mam wrażenie, że upodobanie, jakie wielu katolików żywi do partii prawicowych, ma z tym pewien związek (śmiech).

Ale jeśli to możemy potraktować jako przenośnię – dlaczego miałbym uważać, że Bóg jest ojcem? Dlaczego nie może być matką?

We Włoszech niektórzy uważają, że Jan Paweł I został zamordowany między innymi dlatego – nie wiem, czy w ogóle został, rzecz jasna, ale jest to bardzo prawdopodobne – że zamierzał dotknąć dwóch bardzo czułych punktów w Kościele. Watykańskiego banku po pierwsze, a po drugie tego, że Bóg może być również matką.

Cóż – z pewnością zatem musiał zginąć.

Umówmy się, że po prostu nagle umarł (śmiech). Faktem jest, że nacisk kładziony na literalną interpretację Biblii niesie ze sobą bardzo wiele problemów. Trzeba na przykład wytłumaczyć, dlaczego starotestamentowy Bóg nakazywał Żydom zabijanie babilońskich dzieci. A przecież należy brać pod uwagę czasy, w jakich te teksty powstawały – i w szerokim kontekście rozpatrywać ich znaczenie. Kościół twierdzi, że kobiety nigdy nie będą mogły być księżmi. Dlaczego? Wiadomo, że za czasów Jezusa kobiety nie uczestniczyły w życiu publicznym, nie pracowały, nie sprawowały żadnych funkcji. Ale dzisiaj świetnie sprawdzają się w biznesie czy polityce. Z jakiego powodu nie miałyby także otrzymywać święceń? Nawiasem mówiąc – kiedyś czytałem coś takiego w „New York Timesie” – święty Piotr był Żydem i rybakiem, a dzisiejszy papież nie jest ani jednym, ani drugim (śmiech).

Kiedy mówię o wadze Kościoła, mam na myśli żywy Kościół. Kiedy mówię, że należę do Kościoła, mam na myśli wspólnotę wierzących, a nie tego czy innego biskupa, który to czy tamto potępia.

Kościelnym hierarchom – ze zrozumiałych względów – bardzo trudno zaakceptować takie podejście.

Nie jestem pewien. Ludzie w Kościele katolickim mają często odmienne opinie od hierarchów. Weźmy kwestię małżeństw gejowskich. Bardzo wielu wiernych, którzy uczęszczają na mszę i przystępują do sakramentów – na przykład we Włoszech – wcale nie jest zbulwersowanych takim pomysłem, a część sama jest tym bezpośrednio zainteresowana. Byłaby to dla nich bezpośrednia korzyść. Jeśli nie można zalegalizować swojego związku, jest się postrzeganym jako… cóż, we włoskim mamy słowo puttaniere, oznaczające człowieka lekkich obyczajów, który musi korzystać z usług prostytutek, żeby uprawiać miłość. Określano tym słowem skądinąd jednego z naszych niedawnych włoskich premierów (śmiech). Jednym słowem, katolicy są często znacznie bardziej postępowo nastawieni niż hierarchia. Tradycjonalizm i dogmatyzm tej ostatniej bardzo często związany jest natomiast z władzą. Bo dlaczego ktokolwiek miałby tak bardzo naciskać, żebym wierzył, że Jezus naprawdę siedzi po prawicy? Otóż dlatego, że chce w ten sposób potwierdzić i zaznaczyć swój autorytet.

Albo inna teza: istnieje coś takiego, jak naturalna esencja człowieka. Oznacza to, że jeśli jesteś człowiekiem, musisz respektować prawa wynikające z owej naturalnej esencji. Kto wie, jakie to prawa? Oczywiście Kościół. Dlatego na przykład Kościół przez wieki zakazywał rozwodów, ponieważ rozwody są „z natury” niedopuszczalne. Ale co to znaczy „z natury”? Z pewnością nie to, że zawsze i wszędzie tak było, bo w bardzo wielu kulturach wygląda to zupełnie inaczej. Sądzę więc, że jest to coś, przeciwko czemu powinniśmy aktywnie występować. A propos małżeństwa i etyki społecznej: przychodzi mi do głowy pewna hipoteza. Z jakiego powodu Kościół stał się silną, autorytarną instytucją? Pod koniec trwania Imperium Rzymskiego święty Augustyn musiał łączyć rolę filozofa i biskupa, a biskup był właściwie jedynym autorytetem w swoim regionie. Kościół pod wieloma względami zaczął więc przejmować rolę państwa, w tym także rolę strażnika zastanego społecznego porządku, nie zaś siły, która mogłaby ten porządek wywrócić. To się dzieje już na początku historii Kościoła.

prof. Gianni Vattimo i Tomasz Stawiszyński podczas debaty w Krytyce Politycznej w ramach festiwalu im. Jacka Kuronia, fot. Agata Kubis

Ale znacznie później dzieje się coś, co Nietzsche opisuje jako śmierć Boga. Bóg był kiedyś przydatny, mówi, ponieważ ludzie musieli w niego wierzyć, żeby respektować prawo i zasady życia społecznego. Ale teraz nie potrzebujemy już wiary w Boga, żeby uświadomić sobie wartość społecznego porządku. Oczywiście nie mówimy tutaj o Jezusie, ale o pewnej idei Boga, który pomaga ludziom utrzymywać wspólnotę w stanie względnego ładu. Społeczeństwo wykonało ogromną pracę w kierunku samokontroli i samoorganizacji, która być może zaszła nawet za daleko, bo kontrolujemy dzisiaj gigantyczną część tego, co robimy. Misja i zadania, jakie stoją współcześnie przed Kościołem, są zupełnie inne.

Papież Franciszek powiedział niedawno podczas spotkania z grupą młodych ludzi, że powinni być wywrotowcami, powinni siać ferment. Sądzę, że trafił w sedno, bo w sytuacji, w której cała społeczna struktura tak mocno nas uciska, widzę Kościół nie tyle jako część aparatu społecznego, ile raczej jako siłę, która może go rozsadzić.

Wydaje mi się to bardzo ważne.

Ale ludzie Kościoła, którzy nie identyfikują się z postawą, którą pan opisał, twierdzą często, że Kościół jest ostatnim bastionem moralności w zdemoralizowanym świecie. I tylko tradycyjnie pojmowana religijność – zakorzeniona w tradycyjnej moralności, tradycyjnej teologii i metafizyce – może mu zagwarantować trwałość oraz powodzenie. W innym przypadku ziszczą się słowa Dostojewskiego – jeśli nie ma Boga, wszystko wolno.

Mówię często, że, paradoksalnie, dzięki Bogu jestem ateistą. Nie wierzę w idoli. Żyjemy w świecie tak wielu pomieszanych wartości i nieprzekraczalnych ograniczeń, że trudno byłoby mi nie deklarować się jako ateista. To wielki niemiecki teolog Dietrich Bonhoeffer powiedział, że Bóg, który istnieje, nie istnieje. Jeśli bowiem Bóg byłby kimś, kto jest gdzieś tam – w niebie czy świątyni – byłby kolejnym z obiektów. Musimy więc, jeśli chcemy tchnąć w chrześcijaństwo nowe życie, potraktować poważnie to, co napisane jest w Piśmie. A jedyną rzeczą, która z takiej lektury naprawdę pozostanie, jest miłość, dobroczynność. Nie wiara i nie nadzieja. Kiedy misjonarze przekazują nowinę ludziom w zakątkach świata, w których nikt nie słyszał o Chrystusie, nie zaczynają od nauczania o Świętej Trójcy, tylko budują szkołę albo ośrodek pomocy. Wiara nie ma już dzisiaj takiego znaczenia.

Przeprowadźmy mały eksperyment myślowy. Papież spotyka się z Dalajlamą, razem się modlą i rozmawiają, a potem się żegnają. Co później robi papież? Przechodzi na emeryturę i odbywa ciężką pokutę. Pozwolił bowiem temu nieszczęsnemu człowiekowi odejść, nie nawróciwszy go uprzednio na jedyną prawdziwą wiarę – z pewnością więc Dalajlama pójdzie przez niego do piekła. W dzisiejszym świecie wiara – jedna z trzech najważniejszych teologicznych cnót obok nadziei i miłości – nie jest już tak istotna. Nieważne, w co wierzysz, ważne, co robisz. Jeśli chodzi o nadzieję, ona także traci na znaczeniu. Dlaczego mielibyśmy dzisiaj żywić nadzieję na lepsze życie w innym świecie? Kiedy byłem młody, interesowałem się polityką. Mój znajomy duchowny mówił mi, żebym przestał się tym zajmować i koncentrował się przede wszystkim na bardziej cnotliwym życiu – a więc, co wbija się do głów wszystkim młodym katolikom i katoliczkom, przede wszystkim unikał seksu (śmiech). A ja chciałem zajmować się polityką. On powtarzał mi jednak, że muszę pracować nad zbawieniem i życiem wiecznym.

Możemy rzeczywiście wyłączyć transcendencję z chrześcijańskiej perspektywy? Kim wówczas będzie dla nas Bóg? Kim jest dla pana?

Mój Bóg jest Bogiem tradycji judeochrześcijańskiej. Ale wiem, że jeśli Bóg jest Bogiem, nie możemy go poznać jako jeden z obiektów. Myślę, że o kwestiach religijnych możemy mówić tylko językiem mitologicznym. Możemy tylko opowiadać różne historie. Weźmy stworzenie. Kiedyś nastąpił jakiś początek. Dziś wiemy, że początek niekoniecznie musiał być zdeterminowany czymś wcześniejszym. Coś w każdym razie się stało – a jeśli się stało, możemy o tym mówić wyłącznie w kategoriach historycznych. Możemy mówić o jakiejś strukturze następstwa, o jakimś arche i logos. Nawet teoria wielkiego wybuchu jest w mniejszym lub większym stopniu mitologią alternatywną wobec mitologii chrześcijańskiej, bo tak naprawdę nic o wielkim wybuchu nie wiemy, możemy tylko wnioskować z dostępnych danych o tym, co stało się w pierwszej sekundzie. Myślę po prostu, że najgłębsze fundamenty naszego życia nie mogą być przedmiotem racjonalnych rozważań. Weźmy fakt narodzin. Jakiś czas temu pewien Francuz pozwał do sądu państwo, ponieważ jego matce odmówiono aborcji. Był zrozpaczony tym, że się urodził, i żądał za to odszkodowania.

Bardzo gnostyckie podejście…

O pewnych kwestiach można więc myśleć wyłącznie z konkretnej perspektywy. Narodziny są okrucieństwem. Nietrudno tego dowieść, wystarczy spojrzeć na noworodka, który natychmiast zaczyna płakać (śmiech). Okrucieństwo polega oczywiście nie na tym, że jesteśmy poddawani jakiejś fizycznej przemocy, ale na tym, że nikt nas nie pyta, czy chcemy się narodzić. Cała historia rodziny i kultury jest historią łagodzenia pierwotnego okrucieństwa narodzin. Czymś bardzo podobnym jest rewolucja. Kiedy wybuchła rewolucja francuska – która jest początkiem nowoczesnej państwowości – i ścięto króla, nie poprzedziło tego żadne referendum. Ktoś to po prostu zrobił. A dopiero później napisano konstytucję. W tym sensie jest to postawa gnostycka. Mój francuski przyjaciel ujmuje to w taki sposób – diabeł stworzył świat, a Bóg robi, co może, żeby jakoś to wszystko poprawić.

Sądzę, że życie ma u podstaw coś niezrozumiałego i niewyjaśnialnego – a czynnikiem łagodzącym jest kultura. Jest to również ważne, kiedy patrzymy na historię. O powstaniu Unii Europejskiej, która jest jednym z pierwszych z definicji pokojowych projektów w dziejach cywilizacji, zdecydowano demokratycznie, mając na względzie wszystkie straszne doświadczenia nowoczesności. U podstaw takiego projektu musi stać wolny akt, decyzja.

Wracając do tego, co myślę o Bogu – rezygnuję z wszelkich prób ujmowania Go w sposób racjonalny. Nawet Arystoteles mówił, że czysty akt jest niepoznawalny. Rezygnuję więc także z demitologizacji, ale nie mogę przecież powiedzieć, że wierzę, że Maria została wzięta razem z ciałem wprost do niebios. Mój znajomy, z którym czasem o tym dyskutujemy, uważa, że powinniśmy zorganizować międzyplanetarną ekspedycję, żeby jej ciało odnaleźć (śmiech). Nie mówmy przez chwilę o Jezusie, ale jeśli chodzi o świętą Marię – dogmat mówi, że jej ciało zostało bezpośrednio wzięte do nieba. Gdzie zatem jest to ciało? Cóż – wierzę, że tak było, ale tego nie wiem.

Ale co to znaczy, że pan w to wierzy? Wierzy pan, że się tak naprawdę stało?

Nie. Wierzę, że Ewangelia jest niezbędna do życia. Benedetto Croce, znany włoski filozof – znacznie bardziej znany niż ja – napisał kiedyś esej „Dlaczego nie możemy o sobie powiedzieć, że nie jesteśmy chrześcijanami?”. Nie dlatego, że chrześcijaństwo jest prawdziwe w sensie logicznym, ale dlatego, że bez niego nie potrafilibyśmy nawet o sobie mówić. Jest to więc rodzaj przynależności do pewnej historycznej tradycji, która oczywiście nie musi być jedyna. Czy więc papież musi pokutować, bo nie udało mu się nawrócić Dalajlamy? Absolutnie nie. Zgadzają się oni co do pewnych podstawowych kwestii w odniesieniu do człowieka, świata, polityki. Kiedy na przykład się modlę – a cały czas to robię…

O to właśnie chciałem pana zapytać – czy się pan modli?

Oczywiście. Często odmawiam różaniec. Ale czy to znaczy, że rozmawiam z Maryją Dziewicą? Nie, raczej łączę się z pewną wspólnotą. Kiedy się w kimś zakochujemy, nie motywuje nami przekonanie, że dobrze jest zakochać się w tej akurat dziewczynie czy chłopaku. To się po prostu dzieje. W Ewangeliach opisane jest spotkanie Jezusa z młodym bogaczem. Jezus zobaczył go i pokochał. Nie dał mu wykładu o teologii naturalnej, o rozdawaniu bogactwa biednym, nic z tych rzeczy. Współczesny racjonalizm był pod wieloma względami ważny dla rewolucji. W tym sensie Wolter jest znacznie bardziej chrześcijański od jezuitów.

To, co pan mówi o Bogu, jest bardzo bliskie tradycji teologii negatywnej. Czuje pan z taką perspektywą jakieś filozoficzne powinowactwo?

Bliska jest mi idea, że Boga tu nie ma. Mojżesz nie mógł zobaczyć jego twarzy. Wydaje mi się, że Bóg jest wszystkim, czego nie ma. A to, czego nie ma, jest najlepsze. Oczywiście, jest sporo retoryki w tym, co mówię, ale myślę, że Bóg jest raczej w przyszłości.

Wielki marksistowski myśliciel Ernst Bloch mówił o Bogu w kategoriach nadziei, a nie teraźniejszości. Myślę, że może to być do przyjęcia także dla ortodoksyjnych chrześcijan – bo w pełni pasuje do chrześcijańskiej etyki dobroczynności.

Odebrałem bardzo restrykcyjne katolickie wychowanie, byłem młodym działaczem katolickim, ale od pewnego momentu zacząłem określać siebie mianem katokomunisty. Ludzie wierzący, których znam – wierzący bardziej ode mnie – nie podzielają rozpowszechnionego konsumpcjonizmu, starają się w praktyczny sposób pomagać innym, chodzą do kościoła, wierzą w credo, ale nigdy nie pozwoliliby się zabić za wiarę, że Jezus siedzi po prawicy Ojca, nie są także zwolennikami zakazu antykoncepcji. Oczywiście, kwestie bioetyczne są bardzo delikatne, zdaję sobie z tego sprawę. Jako gej nie mam żadnego problemu z reprodukcją. Katolicy często podnoszą ten zarzut, mówią, że gdyby taka postawa się rozpowszechniła, ludzkość by wyginęła. Cóż – jeśli wszyscy zostaliby księżmi, efekt byłby identyczny (śmiech). Niemniej jednak zagadnienie życia traktuję z wielkim szacunkiem, rozpatrując to z naciskiem na równowagę z prawami kobiet – bo ciało należy do kobiety i ma ona prawo decydować, podobnie jak w wielu innych sytuacjach życiowych często decydujemy o życiu innych. Gdybym miał siostrę albo żonę, nie namawiałbym jej nigdy do aborcji. Problem polega na tym, że nawet święty Tomasz uważał, że płód staje się istotą ludzką dopiero po pewnym czasie. Antykoncepcja nie jest przecież w żadnym sensie zabójstwem, choć sądzi tak wielu księży. Podobnie w kwestii eutanazji – podejmuję decyzję o śmierci, kiedy moje cierpienie jest beznadziejne i nieznośne. Dlaczego ktoś miałby mi tego zabronić? Bo życie należy do Boga? Dobrze – ale to jest moje życie.

I czemu właściwie Bóg miałby nam takiej decyzji zabronić?

No właśnie, czemu miałby się zachowywać w tak irracjonalny sposób? We Włoszech za czasów faszyzmu samobójstwo karano tylko w przypadku wojskowych. Traktowano je jako przestępstwo, osłabianie armii. To naprawdę straszna wizja państwa – nie masz prawa umrzeć, bo musisz służyć ojczyźnie. Oczywiście, wiele problemów tego typu narodziło się niedawno, w związku z rozwojem technologii, która potrafi bardzo długo utrzymywać nas przy życiu biologicznym. Ale także w tych kwestiach pytanie brzmi: czy musimy opierać etykę na wierze? Jeśli jest to tak ścisły związek, powinniśmy stworzyć po prostu państwo wyznaniowe. Jest takich skądinąd sporo do dzisiejszego dnia. Ale skoro nie ma chrześcijańskiej czy katolickiej astronomii, dlaczego miałaby istnieć chrześcijańska etyka? Czasami w dyskusjach o małżeństwie czy innych kwestiach mówi się o biblijnej antropologii. Cóż to do diabła takiego?

A nie boi się pan śmierci? Lęk przed śmiercią to ostatni bastion tradycjonalistów. Często opierają na tym swoje emfatyczne nauczanie.

Boję się umierania. Ale samej śmierci nie – mam bowiem w sobie nadzieję na jakieś przyszłe życie. Jeśli go nie ma, i tak mnie nie będzie. W pewnym sensie doskonale wyraził to Arystoteles, który powiedział, że wieczność przeżywamy w tych momentach, w których jesteśmy z pełną intensywnością połączeni z absolutem czy Bogiem. Wielu moich przyjaciół zmarło w młodym wieku. Żałuję bardziej moich bliskich – których pozostawię, kiedy umrę – niż siebie. Chciałbym wiedzieć, co stanie się z ich życiem. Chciałbym wiedzieć, czy ludziom uda się dolecieć na Marsa. W ogóle myślę, że idea życia wiecznego ma w sobie jakąś straszną nudę. Jak można kochać kogoś przez wieczność? Rozumiem, kilkadziesiąt lat małżeństwa – ale cała wieczność? (śmiech). Jest to rodzaj chrześcijańskich ćwiczeń mających pomóc w akceptacji ludzkiej cielesności, historyczności. Mam teraz prawie osiemdziesiąt lat i nieszczególnie mnie to wszystko przekonuje, ale w imię mojego chrześcijańskiego ateizmu staram się to przyjmować.

 

Fot. Agata Kubis

Prof. Gianni Vattimo – włoski filozof, profesor filozofii teoretycznej na Università degli Studi di Torino, publikuje m.in. na łamach „La Stampa”, „L’Espresso”, „Il Manifesto”, „L’Unità”, „El Pais” i „Clarin”, poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia tzw. Listy di Pietro, członek frakcji ALDE (Grupa Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy); autor wielu książek m.in. Koniec nowoczesności (1985, wyd. polskie 2006), Społeczeństwo przejrzyste (1989, wyd. polskie 2006)., a także Nie być Bogiem. Autobiografia na cztery ręce (2006, wyd. polskie 2011).

Prof. Gianni Vattimo był gościem Krytyki Politycznej w ramach Festiwalu im. Jacka Kuronia. Wywiad jest zapisem rozmowy, która została wyemitowana 15 czerwca 2014 w Polskim Radiu RDC, w audycji Tomasza Stawiszyńskiego “Niedziela filozofów, czyli potyczki z życiem”.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Tomasz Stawiszyński

| Eseista, publicysta
Absolwent Instytutu Filozofii UW, eseista, publicysta. W latach 2006-2010 prowadził w TVP Kultura "Studio Alternatywne" i współprowadził "Czytelnię". Był m.in. redaktorem działu kultura w "Dzienniku" oraz szefem działu krajowego i działu publicystyki w "Newsweeku". W latach 2013-2015 członek redakcji KrytykaPolityczna.pl W Polskim Radiu RDC prowadził audycję "Niedziela Filozofów, czyli potyczki z życiem". Autor książki "Potyczki z Freudem. Mity, pokusy i pułapki psychoterapii" (2013). Obecnie jest członkiem redakcji Kwartalnika „Przekrój”, a na antenie Radia TOK FM prowadzi m.in. audycje „Godzina Filozofów” i „Kwadrans Filozofa”.