„Żydzi w 18’ roku zażądali od Polaków pół Polski. A potem Niemcy, pewnie wiedząc o tym, jak w 39’ roku weszli do Polski, to powiedzieli Żydom: my wam zbudujemy getta. I Żydzi się cieszyli, że będą mieli getta, czyli swoje autonomie. W żydowskich źródłach, jak zamyka się getto, to Żydzi się cieszą, że Niemcy dali im tak ładną część Warszawy” – przekonuje dr Ewa Kurek, a poseł KKP Włodzimierz Skalik przedstawia jej słowa jako „prawdę, której nie mówią w publicznej telewizji”.
83 lata po powstaniu w warszawskim getcie pamięć o prawdzie historycznej zdaje się być bardziej zagrożona, niż kiedykolwiek. Dyskurs publiczny pełen jest dezinformacji, manipulacji i krzywdzących uproszczeń, a polska prawica spod znaku obu Konfederacji wysuwa pod adresem Żydów coraz bardziej groteskowe zarzuty.
Tegoroczna rocznica wybuchu powstania w getcie odbywa się w cieniu wojny na Bliskim Wschodzie, a działania Izraela coraz bardziej rzutują na postrzeganie pamięci o polskich Żydach. Ci, którzy chcą pamiętać, są podzieleni, co dobrze obrazuje afera wokół tegorocznej akcji „Żonkile”.
Co tak właściwie upamiętniamy?
Utworzone w 1940 roku jako zamknięta dzielnica dla Żydów, w szczytowym momencie getto więziło ponad 400 tysięcy osób – głównie warszawiaków żydowskiego pochodzenia, ale też przesiedlonych z okolicznych miejscowości i innych terenów okupowanej Polski oraz Rzeszy.
Od początku panowały w nim koszmarne warunki. Po zamknięciu getta w listopadzie 1940 roku Niemcy blokowali dostawy żywności, co doprowadziło do klęski głodu i epidemii chorób zakaźnych.
– Nie można mówić o powstaniu w oderwaniu od wcześniejszej tragedii getta warszawskiego, bo było tylko aktem końcowym tej wielkiej tragedii – mówi dr Krzysztof Persak, główny specjalista-historyk w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. – Należy pamiętać, co stało się niecały rok wcześniej, czyli o wielkiej akcji deportacyjnej między lipcem a wrześniem 1942 roku, kiedy Niemcy wywieźli do Treblinki prawie 300 tys. osób.
Powstanie wybuchło po tym, jak w ramach Akcji Reinhardt Niemcy zamordowali 80 proc. polskich Żydów, wywożąc ich do obozów zagłady w Bełżcu, Sobiborze i Treblince. Po akcji w Warszawie pozostawiono tzw. getto szczątkowe dla około 65 tysięcy osób. 35 tysiącom z nich przydzielono „numerki na życie” – pozwolenia na pracę w żydowskich manufakturach. Osoby oficjalnie niezatrudnione w razie zadenuncjowania były natychmiast kierowane na Umschlagplatz, a stamtąd wysyłane do obozów śmierci lub rozstrzeliwane na miejscu.
– Po wielkiej akcji deportacyjnej Żydzi warszawscy zdawali sobie sprawę, że nastąpi ostateczna likwidacja getta – podkreśla Persak.
W obliczu nieuchronnej śmierci zaczęto organizować zbrojny opór. Powstała Żydowska Organizacja Bojowa (ŻOB).
– ŻOB nie była jednolitą formacją zbrojną z jasno określonym łańcuchem dowodzenia – tłumaczy Persak. – Stanowiła raczej federację organizacji, głównie syjonistycznych ruchów młodzieżowych, a także Bundu – żydowskiej partii socjalistycznej i antysyjonistycznej– oraz komunistów związanych z Polską Partią Robotniczą. W historiografii przyjmuje się, że w chwili wybuchu powstania ŻOB składała się z 22 grup bojowych.
Mimo głębokich podziałów ideologicznych, powstańcy solidarnie podjęli walkę z okupantem. Równolegle działał Żydowski Związek Wojskowy (ŻZW), prawicowa organizacja syjonistów-rewizjonistów. Wiosną 1943 roku oba ugrupowania uzgodniły podział odpowiedzialności za obronę getta. Akcja styczniowa stała się impulsem do wzmożenia konspiracyjnej samoobrony. ŻOB, dysponująca niewielką ilością broni, stawiła Niemcom spontaniczny opór, podczas gdy ludność cywilna zaczęła się ukrywać.
19 kwietnia 1943 roku, w wigilię Pesach, Niemcy ponownie wkroczyli do getta celem jego ostatecznej likwidacji. Słabo uzbrojeni, ale zdeterminowani Żydzi zaczęli się bronić, co początkowo zaskoczyło hitlerowców i zdezorganizowało ich działania.
– Niemieckie kolumny wkraczające do getta zostały ostrzelane i obrzucone granatami oraz butelkami z benzyną – mówi Persak. – Po kilku godzinach powstańcy wycofali się do kryjówek. Po południu rozpoczęła się obrona Placu Muranowskiego przez Żydowski Związek Wojskowy. Walki trwały tam do 22 kwietnia, czyli przez cztery dni. Następnie członkowie ŻZW wycofali się na stronę aryjską, korzystając z wykopanego tunelu pod ulicą Muranowską.
Powstańcy wykorzystywali bunkry, piwnice i kanały. Niemcy niszczyli getto, podpalając budynki i wysadzając schrony. 8 maja 1943 roku w bunkrze przy ul. Miłej 18 machabejską śmiercią zginął dowódca ŻOB, Mordechaj Anielewicz. 16 maja Niemcy wysadzili Wielką Synagogę na Tłomackiem, co symbolicznie zakończyło powstanie.
Powstanie żydowskie a sprawa polska
Wieść o wybuchu powstania dotarła do aryjskiej części miasta niemal natychmiast. W sąsiednich dzielnicach słychać było odgłosy walk, a nad gettem unosiły się kłęby dymu widoczne w całej Warszawie. Dla nieżydowskiej części miasta był to szok – antysemicka prasa i nazistowska propaganda przez lata utrwalały obraz Żydów jako narodu tchórzliwego i niezdolnego do walki.
„Ostatni raz Żydzi walczyli 1800 lat temu. Od tego czasu pasożytowali na ciele narodów europejskich, powszechnie znienawidzeni i pogardzani. Walczyli ze wszystkimi, lecz tylko podstępem, nigdy otwarcie, nigdy z bronią w ręku. […] Tchórzostwo żydowskie stało się przysłowiowe. Zatracili godność ludzką. Dziesiątki tysięcy Żydów szło biernie do komór gazowych lub pod kulę, płaszcząc się nikczemnie przed wrogiem. I oto nagle ten sam naród żydowski chwyta za broń. Ten sam naród walczy heroicznie” – pisała w opublikowanym w prasie konspiracyjnej artykule Wokół płonącego ghetta Zofia Kossak-Szczucka.
Podziw dla żydowskiego bohaterstwa i współczucie dla ofiar mieszały się z obojętnością, a czasem z odrazą. Sam akt zbrojnego oporu sprawił jednak, że wielu po raz pierwszy dostrzegło żydowską podmiotowość. Dla niektórych stanowi to dowód, że aby być traktowanym poważnie, Żydzi muszą demonstrować siłę. Patrząc przez pryzmat powstania w getcie trudno odmówić tej interpretacji pewnej słuszności. Otwartym pozostaje pytanie, czy ten sposób rozumowania ma uzasadnienie w dowolnym kontekście historycznym i politycznym.
Powstanie w getcie było – i pozostaje – problematyczne dla nieżydowskiej większości w Polsce. Środowiska endeckie zwalczają jego pamięć z oczywistych względów, zaś w PRL osamotniony żydowski bunt nie pasował do oficjalnej narracji o wspólnej walce polskiego ludu przeciw okupantowi.
– W okresie stalinowskim powstanie w getcie przedstawiano przede wszystkim jako zryw ludu pracującego, żydowskich proletariuszy walczących z faszyzmem – mówi prof. Dariusz Stola, dyrektor Muzeum POLIN. – Taka interpretacja nie była całkowicie fałszywa, lecz służyła wyraźnym celom politycznym: wyolbrzymiano rolę komunistów, a marginalizowano udział ich dawnych rywali politycznych na żydowskiej scenie, czyli syjonistów i socjalistów. Narracja miała mieć charakter antyfaszystowski i proletariacki, ale też oskarżycielski względem podziemia lojalnego wobec rządu polskiego na emigracji.
Bezpośrednio po wojnie w Polsce znajdowało się do 240 tysięcy Żydów. W latach 1944-1946 większość z nich wyjechała do Palestyny, Stanów Zjednoczonych i innych krajów. Jedni wobec zagłady ich żydowskiego świata zwyczajnie nie widzieli przyszłości w Polsce. Inni wyjechali w reakcji na wrogość ze strony Polaków: przez kraj przetaczała się fala antysemickich napaści, a ocaleli z Zagłady mierzyli się z nieufnością społeczności większościowej. Byli i tacy, którzy wyjechali na Bliski Wschód, by po wojnie realizować marzenie o „państwie żydowskim”. Cywia Lubetkin i Icchak Cukierman, którzy przeżyli powstanie, założyli w Galilei istniejący do dziś kibuc Lochamej ha-Geta’ot, czyli Bojowników Gett.
Wraz z kurczeniem się żydowskiej społeczności w Polsce pamięć o powstaniu stawała się organicznie zagrożona. Po kolejnych falach emigracji i „kampanii antysyjonistycznej” z 1967-1968 roku, w wyniku której Polskę opuściła większość pozostających w niej Żydów, obchody rocznicy powstania służyły poprawie wizerunku kraju na Zachodzie.
– Władze zdawały sobie sprawę ze swojej złej reputacji za granicą – tłumaczy Stola. – Działania podejmowane w tym czasie miały w dużej mierze charakter rytualny. Chciano pokazać, że Polska Ludowa nie jest antysemicka. Jednak niewielu już ostało się Żydów, którzy mogliby pamiętać i opowiadać o wojnie z własnej perspektywy. Temat stał się trudny do podejmowania także dla historyków: Zagłada była politycznie wrażliwa, a publikowanie rzetelnych opracowań trudne, bo przyciągało uwagę cenzorów.
Trzy płatki, które tworzą gwiazdę Dawida
Po przemianach ustrojowych w Polsce pojawiła się potrzeba, a przede wszystkim możliwość przywrócenia pamięci o powstaniu w getcie. Z inicjatywy Muzeum POLIN w 2013 roku po raz pierwszy zorganizowano akcję „Żonkile”. Jak wyjaśnia Dariusz Stola, pomysł na tę formę upamiętnienia powstania wyszedł od pracownicy muzeum, Ewy Budek. Sam żonkil nawiązuje do postaci Marka Edelmana, jednego z uczestników powstania, który przetrwał je i do końca życia pozostał w Polsce.
– Edelman, zrażony do uroczystości z udziałem członków rządu czy Biura Politycznego PZPR, organizował coś w rodzaju obchodów alternatywnych – mówi Stola. – Był wtedy nie tylko świadkiem historii, ale i ważną postacią w ruchu „Solidarności”. Co roku 19 kwietnia, składał żółte kwiaty pod Pomnikiem Bohaterów Getta.
– Przyjęłam założenie, że przypinka ma być łatwa i tania do wykonania – wyjaśnia Helena Czernek, graficzka i designerka, autorka projektu papierowego kwiatu. – Żonkile, które rozdawane są na ulicach przez wolontariuszy, nie są w pełni skończone. Otrzymuje się je w postaci zamkniętego pączka kwiatu, który następnie każdy samodzielnie może rozłożyć, tworząc gwiazdę Dawida i tym samym stając się współtwórcą budowania pamięci o powstaniu, jego bohaterach i ofiarach.
W rozdawanie papierowych żonkili angażuje się ponad 120 wolontariuszy, a pamięć o bohaterskim zrywie na stałe wpisała się w lokalną tożsamość Warszawy.
– Podczas pierwszej akcji muzeum wydrukowało 30 tysięcy żonkili – wspomina Stola. – W ostatnich latach drukowaliśmy już po 300 tysięcy papierowych kwiatów. Z czasem akcja zaczęła obejmować także inne miasta, jednak jej cel pozostał niezmienny: przypominać o tym ważnym wydarzeniu w historii Warszawy i Polski: pierwszym zbrojnym powstaniu miejskim w okupowanej Europie.
Kultura pamięci w dobie totalnej polaryzacji
Tegoroczna akcja „Żonkile” nie obyła się bez kontrowersji. Pojawiły się żądania wykluczenia Marcina Szczygła z grona ambasadorów akcji z uwagi na jego „jednostronne” wypowiedzi o Izraelu. Równolegle do prezydenta Warszawy wpłynęła petycja, aby podczas oficjalnych obchodów miejskich nie wywieszać flagi Izraela. Niektórzy widzą w tym próbę zakłamania historii – wszak walczący w powstaniu posługiwali się zarówno polską, jak i syjonistyczną flagą.
Dziś coraz głośniej i wyraźniej rozbrzmiewają głosy tych, którzy pamięcią o walkach w getcie chcieliby uciszyć wszelką dyskusję o odpowiedzialności Izraela. Przybywa też osób, które pragną pamięć o powstaniu zdejudeizować. Wykreślić niewygodne wątki, które nie pasują do opowieści o krwiożerczych syjonistach i nieskalanych moralnie antysyjonistach (albo na odwrót).
Jakości debaty nad pamięcią i jej formami nie sprzyja przeniesienie się dyskusji do platform społecznościowych. Nastawione na podgrzewanie emocji i przyciąganie uwagi algorytmy zwiększają zasięgi skrajnych i jednostronnych przekazów kosztem wyważonej, merytorycznej wymiany zdań.
To, co jest nie tak z debatą o pamięci, obrazuje obecny dyskurs wokół Marka Edelmana. Jedni przekonują, że jako zdeklarowany antysyjonista Edelman popierał utworzenie państwa żydowskiego w… Bawarii. Inni argumentują, że owszem, może i był antysyjonistą, ale takim, który lubił Izrael, a gdyby żył, na pewno stanąłby w obronie jego dobrego imienia podczas wojny w Gazie. I tylko Edelman, jak na złość, nie chce wstać z grobu, by przyznać rację jednej lub drugiej stronie.
Pamięć o powstaniu dzieli. Dlatego musi być wspólna
Nie sposób patrzeć na wzmagającą falę antysemityzmu w całkowitym oderwaniu od działań Izraela. Przekonanie to podziela coraz liczniejsza grupa Żydów. „Netanjahu potrzebuje antysemityzmu” – ostrzegał podczas spotkania autorskiego w Muzeum POLIN Etgar Keret. Narastająca wrogość pomaga Netanjahu i jego faszystowskim koalicjantom konsolidować poparcie. Skoro wszyscy są przeciwko Żydom i Izraelowi, to czy istnieje jakaś alternatywa dla ciągłej eskalacji konfliktu?
Stosujący głód jako narzędzie broni lub wprowadzający karę śmierci za morderstwa popełnione z „zamiarem wyrządzenia szkody państwu” Izrael coraz bardziej oddala się od demokratycznych wartości. Dlatego nie wolno przekształcić pamięci o tragicznej historii europejskich Żydów w pałkę służącą do uciszania krytyki państwa.
Przeciwko takiemu zawłaszczeniu pamięci protestował w rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz Andrzej Leder. W swym poruszającym tekście ostrzegał, że pamięć jako narzędzie w rękach izraelskiej propagandy niechybnie doprowadzi do upadku kultury pamięci, a może nawet jej inwersji. Artykuł Ledera skierowany był do wszystkich, którym pamięć o historii Żydów jest dziś bliska. I chociaż autor ujawnił się jako przeciwnik Hamasu, a obronie syjonizmu poświęcił cały akapit, nie uniknął oskarżeń o „żydożerstwo”. W opublikowanej na łamach Onetu polemice Beata Lewkowicz, Anne Goldshmid i Jan Hartman słowo „antysemityzm” odmieniali przez wszystkie przypadki.
Jednocześnie w trwającej debacie o Izraelu trudno nie dostrzegać odniesień do niechlubnej tradycji polskiego antysemityzmu. W dodatku coraz mniej osób dba o rozróżnienie pomiędzy Żydami, Izraelczykami, Izraelem, a jego rządem. „Naród żydowski oszalał, tak jak kiedyś Niemcy” – ogłosił w trakcie rozmowy dla Kanału Zero Piotr Ikonowicz. Czy naprawdę chcemy, aby porównywanie Żydów do nazistów było domyślnym sposobem dyskusji o żydowskości na polskiej lewicy?
– Napisałem książkę o antysemickiej kampanii z lat 1967-1968 i często miewam déjà vu, bo znam ten język, jego pokrętną gramatykę i słownik – mówi Stola. – Nie twierdzę, że każdy krytyk Izraela jest spadkobiercą propagandystów z lat 60., ale niektórzy przekraczają granicę, przemycając antysemickie treści pod antysyjonistycznym listkiem figowym.
Warto przywołać tu dyskusję na temat artykułu Kacpra Maxa Lubiewskiego, który ukazał się niedawno na łamach OKO.press. Autor wyraził w nim tęsknotę za czasami, w których przyznanie się do bycia Żydem w Polsce nie prowadziło natychmiast do zbiorowego ostracyzmu. Ośmielił się też zawrzeć kilka banałów na temat tego, jaką rolę w życiu polskich Żydów odgrywają Izrael i syjonizm, nie narzucając własnej interpretacji jako jedynie słusznej.
Nic, że Lubiewski poświęca lwią część swej uwagi Palestynie. Pal licho, że prawie każdy jego tekst jest aktem oskarżenia wobec fundamentalnych zasad izraelskiego systemu politycznego, a on sam udziela głosu osobom, które otwarcie nazywają sytuację Palestyńczyków apartheidem. Lubiewski został w komentarzach zmieszany z błotem i napiętnowany jako syjonista, a dyskusję pod postem na popularnej platformie społecznościowej trzeba było zablokować.
Pamięć o powstaniu pozwala nam dostrzec siebie nawzajem
Walczący w getcie warszawskim Żydzi wyznawali skrajnie różne poglądy. W obliczu nieuchronnej zagłady zdecydowali się jednak podjąć wspólną walkę. Także dziś pamięć musi mieć wiele głosów. Ta o getcie albo będzie polifoniczna, pogmatwana i uwikłana politycznie – albo nie będzie jej wcale. Tuż za rogiem czai się bowiem szeroki front gaśnicowy, który jest wrogi wszystkiemu, co żydowskie, i który może przejąć władzę w Polsce. Dlatego też, choćby na ten jeden dzień, powinniśmy zjednoczyć się wokół hasła pamięci.
– Hasło „Łączy nas pamięć” jest właśnie takim pomostem – mówi Miriam Synger, autorka książek edukująca o judaizmie. – Pomostem ponad Gazą, ponad IDF-em, ponad syjonizmem i antysyjonizmem, a nawet ponad współczesnymi sporami między Żydami i antysemitami, ponad osobistymi poglądami osób noszących żonkile w klapie. Odnosi się do wybuchu powstania w getcie warszawskim. Dobrze byłoby móc w spokoju oddać cześć walczącym – bohaterom nie tylko żydowskim, lecz także polskim.
**
Aleksander Kamkow – absolwent hebraistyki na Uniwersytecie Warszawskim i semitystyki na Freie Universität Berlin. Częstochowianin i socjalista. Interesuje się Bliskim Wschodem i dialektologią języka arabskiego. Publicysta, pisał dla OKO.press, magazynu „Kontakt” i „Magazynu Muzułmańskiego Al-Islam”.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.