Kraj

Nowy ład czy nowe wybory?

Polski Ład nie wygląda jak projekt ze środka kadencji. Bardziej przypomina zestaw obietnic składanych na początku roku wyborczego.

Polski Ład spełnił z pewnością swoje podstawowe, krótkoterminowe zadanie: od soboty wszystkie media, politycy, komentatorzy, polityczny Twitter i Facebook nie rozmawiają o niczym innym. Raz jeszcze to Jarosław Kaczyński i PiS narzucają temat debaty, określają linie podziału i definiują warunki sporu na polskiej scenie politycznej.

Spór wokół Polskiego Ładu toczy się przy tym w dużej mierze po omacku, będziemy musieli poczekać na szczegóły, pozwalające dopiero ocenić, jak dalece sensowne są składające się na niego propozycje. Nie tylko duży stopień ogólności prezentacji z soboty prowadzi do refleksji, że Polski Ład, w takiej wersji, w jakiej został przedstawiony 15 maja, nie wygląda jak projekt ze środka kadencji. Bardziej niż program na następne 2,5 roku rządzenia przypomina on zestaw obietnic składanych na początku roku wyborczego. Partia rządząca zapowiada nowe otwarcie, obniżenie podatków mniej zamożnym obywatel(k)om, zwiększenie wydatków, nowe świadczenia na dzieci, gwarancje kredytów mieszkaniowych, odbudowę Pałacu Saskiego i innych zrujnowanych zabytków, oraz żłobek w każdej gminie. Przedstawiciele rządu już objeżdżają kraj, „sprzedając” Polski Ład „w terenie” – w gminach i powiatach, gdzie są wyborcy Zjednoczonej Prawicy.

Polski Ład, czyli wspaniała fantazja o poprzedniej cywilizacji

W perspektywie 2,5 roku wiele projektów Polskiego Ładu może po prostu utknąć w biurokratycznym marazmie – zwłaszcza że jak wiemy, PiS nie radzi sobie z niczym bardziej skomplikowanym niż programy polegające na uruchomieniu transferu środków budżetowych. PiS jednak wyzwolił wokół Polskiego Ładu entuzjazm. Może jakąś część propozycji uda się zrealizować. Ale zainteresowanie projektem rozejdzie się do 2023. Czy ogłoszenie Polskiego Ładu zapowiada więc, że wybory będą wcześniej?

Kaczyńskiego może kusić

Wcześniejsze wybory to zawsze ryzykowna operacja. Zwłaszcza w tak nieprzewidywalnych czasach jak okres ciągle nieopanowanej pandemii. Z drugiej strony, trudno nie zauważyć, że wcześniejsze wybory w tym lub na początku przyszłego roku mogą wydawać się Kaczyńskiemu optymalnym rozwiązaniem.

Program szczepień przebiega dość szybko, drugą dawkę dostają pomału trzydziestolatkowie. Owszem, problemem jest to, że takie tempo wynika z tego, iż wielu ludzi nie szczepi się, bo – jak to powiedział kiedyś Andrzej Duda – nie. Niemniej jednak, dopóki nie skończy się to ewentualną czwartą falą i ponownym zatkaniem systemu ochrony zdrowia z nowym lockdownem na deser, to z takiego stanu rzeczy zadowoleni będą zarówno zaszczepieni, jak i ci, którzy szczepić się nie chcą.

Społeczeństwo i gospodarka wracają do życia. Co tydzień znoszone są kolejne obostrzenia. Za tym pewnie pójdzie gospodarcze odbicie w sektorach zamrożonych przez lockdown – to, co działo się w ostatni weekend w Warszawie, pokazuje, że przynajmniej w wielkich miastach ludzie są złaknieni powrotu do normalności i chętnie wydadzą swoje pieniądze na niedostępne przez kilka miesięcy usługi. Powrót do normalności i spodziewane gospodarcze odbicie z pewnością pomogą PiS w odrabianiu sondażowych strat. Być może nawet do poziomu pozwalającego myśleć o samodzielnych rządach.

Opozycja w tym czasie znajduje się w najgorszym stanie od 2019 roku. Lewica i PO walczą ze sobą na wszystkich możliwych frontach. Lewicy od tego nie spada (poza ostatnim sondażem Kantaru), ale też nie rośnie, Platforma z kolei przeżywa chyba najgłębszy kryzys od czasu odejścia Donalda Tuska. Walczy z PiS, z Lewicą, z samą sobą – posłowie piszą listy podważające politykę obecnych władz partii, te wyrzucają część buntowników. Jeszcze inne kojarzone z partią osoby – jak europosłanka Róża Thun – odchodzą same. Ludowcy nie są w stanie się przebić z własną narracją i oscylują wokół progu wyborczego. Na fali wydaje się zdolna im urwać kluczowe 1–2 punkty procentowe AGROunia. Rośnie w tym wszystkim tylko Hołowni, ale też raczej kosztem Platformy niż obozu rządzącego i nie na tyle, by zagrozić temu ostatniemu.

Klasie średniej trzeba zaglądać do portfela

W tej sytuacji Kaczyńskiego może kusić, by jednym cięciem rozsupłać wszystkie pętające jego politykę węzły. Uchronić się przed naturalnym zużywaniem się formacji rządzącej i poddać ją kolejnej wyborczej weryfikacji w momencie, gdy jeszcze nie zdążyła wszystkich zmęczyć i zniechęcić samym tym, jak długo rządzi. Pozbyć się Ziobry i Gowina – drugi jakoś odnajdzie się w PSL, pierwszy będzie musiał nagle porozumieć się ze skrajną i niestabilną Konfederacją – albo dać im miejsca na listach, niepozwalające marzyć o takim wyniku jak w 2019 roku. Co najważniejsze, Kaczyński może w ten sposób pokonać opozycję, zapewniając sobie władzę do 2025, a nawet 2026 roku, gdyby wybory były na wiosnę przyszłego roku – co biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej czynniki, wydawałoby się optymalnym terminem. Kaczyński nie robi się też coraz młodszy. Za rok pewnie jeszcze pociągnie kampanię PiS, tak jak z zaskakującą wielu żywotnością zrobił to w 2019 roku. Jak będzie w 2023, nie wiadomo.

Opozycja na razie nie wie, jak to ugryźć

Polski Ład z pewnością pomoże Kaczyńskiemu w kampanii – zwłaszcza w jego bardzo ogólnej, pozbawionej szczegółów formie. Do szczegółowych rozwiązań łatwiej się przyczepić niż zbić wielką polityczną narrację lub przykryć ją swoją własną. Widać to niestety w ostatnich dniach. Jak dotąd żadna partia opozycyjna nie przedstawiła przekonującej całościowej odpowiedzi na to, co zaprezentowali Kaczyński z Morawieckim.

Platforma na Polski Ład odpowiada na razie językiem Leszka Balcerowicza z okolic roku 2000. Słyszymy o marksizmie, łupieniu klasy średniej, karaniu za pracę itd. Taka krytyka Polskiego Ładu jest z punktu widzenia KO jakoś politycznie racjonalna, ale tylko do pewnych granic.

Sok z liberalnego komentatora A.D. 1999. Na przykładzie Rafała Grupińskiego

Jest w Polsce z pewnością nie tak mały elektorat, który na zmianach zapowiedzianych w Polskim Ładzie straci: osoby na jednoosobowej działalności gospodarczej, ich rodziny, osoby mające mniej lub bardziej uzasadnione oczekiwania, że wkrótce zaczną przekraczać próg dochodów, za którym zmiany w Polskim Ładzie przestaną być korzystne. Te osoby mają prawo do politycznej reprezentacji – i lepiej, by była to Platforma niż Konfederacja – ich interesy też powinny być uwzględnione w debacie nad Polskim Ładem. Ta grupa jest jednak zbyt mała, by partia, która mówi wyłącznie w ich imieniu – a tak od kilku dni zachowuje się PO – miała szansę na wygranie wyborów, czy nawet usytuowanie się w miejscu, z którego da się realnie odgrywać rolę politycznego lidera.

Suma egoizmów nie obali rządów PiS

Lewica miałaby teoretycznie kilka gotowych krytyk Polskiego Ładu. Na przykład, że to tak naprawdę żadna progresja podatkowa, że program drenuje dochody państwa i będzie prowadził do dalszej zapaści usług publicznych, że zamiast budowy mieszkań na wynajem mamy program Fawela+ (do czego sprowadzić się może budowanie bez pozwoleń) i pompowanie bańki na rynku nieruchomości. Wszystko to prawda, problem w tym, że nic nie wskazuje, by takie krytyki przebiły się poza grupę wyborców, którzy i tak już do lewicy są przekonani.

Hołownia na razie komunikuje, że niektóre zmiany są słuszne, ale wprowadzane zbyt gwałtownie: np. nie można nagle, z roku na rok, skokowo zwiększać nawet nieźle zarabiającym ludziom klina podatkowego – czy z drugiej strony, skokowo obniżać kwotę wolną, stawiając niejeden samorząd pod ścianą. To wszystko prawda, tylko to nie jest atrakcyjna, porywająca kontrnarracja wobec tego, co zaprezentował Kaczyński.

Wszystkie główne partie opozycji demokratycznej – najbardziej Polska 2050 i Lewica – mogłyby się spotkać w krytyce Polskiego Ładu jako programu anachronicznego, zupełnie ślepego na większość wyzwań, przed jakimi stoi Polska w perspektywie następnego ćwierćwiecza. Z tych kluczowych problemów Polski Ład dostrzega dwa – spójności społecznej i demograficzny. Na pierwszy odpowiada w sposób dalece niesatysfakcjonujący, na drugi dokłada więcej paliwa do metod, o których wiemy, że nie działają – dosypuje rodzinom jeszcze więcej pieniędzy, by jeszcze więcej i jeszcze szybciej „produkowały” kolejne dzieci. O pozostałych kluczowych wyzwaniach Polski Ład nie ma nic do powiedzenia: nie ma w nim prawie nic o energetyce i wyzwaniu dekarbonizacji, kryzysie klimatycznym i hydrologicznym, pułapce średniego wzrostu, pomyśle na koła zamachowe polskiej gospodarki, przyszłości pracy wobec nowej rewolucji przemysłowej itd.

Tylko by wiarygodnie krytykować anachroniczny plan PiS, opozycja musiałaby mieć własny, formułujący jakieś odpowiedzi na te wyzwania. Na razie żadna siła opozycyjna takiej całościowej, zdolnej się przebić narracji nie ma.

Co zrobi Kaczyński?

Co więc zrobi Kaczyński? Będą na wiosnę nowe wybory czy nie będą? Myślę, że tego dziś może nie wiedzieć nawet sam Jarosław Kaczyński. Lider PiS, jak każdy znający swoje rzemiosło polityk, jest politycznym koniunkturalistą, trzymającym żagle zwinięte, dopóki nie wyczuje korzystnego wiatru. Na pewno jednak wcześniejsze wybory są opcją, z którą opozycja liczyć się musi.

I niestety nie muszą to być wcześniejsze wybory na warunkach opozycji, do których PiS przystąpi osłabiony za sprawą wewnętrznych konfliktów, niemożliwości przeprowadzenia żadnego projektu przez Sejm itp. Konflikty w Zjednoczonej Prawicy ciągle są żywe, nawet jeśli uśpione, i mogą narobić Kaczyńskiemu mnóstwo problemów. Ale na razie to on odzyskał tak ważną we współczesnej polityce narracyjną inicjatywę. Opozycja z kolei nie posiada dziś czegoś, co jest kluczowe dla głosujących osób bez wyrazistej afiliacji. Niemcy, jak to Niemcy, mają na to jedno zgrabne słówko: Regierungsfähigkeit. Znaczy ono m.in. społecznie postrzeganą gotowość partii do objęcia władzy. Regierungsfähigkeit naszej opozycji jest dziś tymczasem na poziomie najgorszym od 2019, jeśli nie 2015 roku. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli w tej sytuacji Kaczyński zdecyduje się zalicytować ostro.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij