Kraj

Czy Kaczyński zakończy wojny kulturowe?

jaroslaw-kaczynski-youtube

Podobno teraz będzie już tylko przechył na socjal i gospodarkę. Koniec szaleństw i ekscesów suwerennizmu, bicia głową w brukselski mur, podsycania „wojen kulturowych” i szczucia na mniejszości. Ale zanim otworzycie szampana, żeby świętować, przeczytajcie komentarz Michała Sutowskiego.

Dzień dobry państwu, na początek cytat.

„«Sieci»: W Polskim Ładzie nacisk położony jest na sprawy materialne, jakości życia […] mamy wyraźne ominięcie punktów najbardziej drażliwych. Dlaczego, ma się to trochę uspokoić? Wygasić? Ułożyć?

Jarosław Kaczyński: Tak uważam. Osiągnęliśmy w sferze kulturowo-cywilizacyjnej bardzo dużo, można nawet powiedzieć, że 110 procent tego, co we współczesnym świecie możliwe”.

Teza z miarodajnego źródła jest, przechył na socjal i gospodarkę w Polskim Ładzie też jest, niewątpliwie. Czy to znaczy, że teraz już – przynajmniej do przyszłej kampanii wyborczej – będzie przepięknie, że już będzie normalnie? Porządny, narodowy kapitalizm z ludzką twarzą, radosna kombinacja Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju z Rodziną 500+ do kwadratu? Bez szaleństw i ekscesów suwerennizmu, bicia głową w brukselski mur, podsycania „wojen kulturowych” i szczucia na mniejszości?

Chcielibyście, drodzy normalsi, których cała ta polityka na co dzień za bardzo nie obchodzi, prawda? I wiem, że chciałabyś tego, „prawdziwa lewico”, która w czasach zaostrzania prawa aborcyjnego i pogromowego języka wymierzonego w osoby LGBT potrafi zamilknąć, ale w kolejnym zwrocie społecznym PiS dostrzeże szansę, że Kaczyński teraz już na pewno, już na zawsze, tych podłych libków dojedzie.

Chcielibyście tego – ale nie dostaniecie. I to pomimo faktu, że Kaczyński może i naprawdę by chciał zostać tym emerytowanym zbawcą narodu. Wspominanym z ciepłym sentymentem niczym Edward Gierek, któremu zbiorowa pamięć z grubsza wybaczyła w końcu i dług zagraniczny, i zimę stulecia, i warchołów z Radomia. Na pewno wolałby tak, niż zapisać się w historii jako operetkowy Jaruzelski czy inny Salazar. Ale z samego chcenia Kaczyńskiego coraz mniej już wynika.

Po pierwsze, polityka społeczna i gospodarcza w trudnych czasach ma to do siebie, że jest niespecjalnie sterowna. Wychodzenie z pandemii (wciąż w trybie niedokonanym – czwarta fala jesienią jest jak najbardziej możliwa przy obecnych wskaźnikach szczepień) to nie jest czas, w którym można by opierać wizerunek partii władzy wyłącznie na odbudowie, stymulowaniu koniunktury, dobrze wycelowanych do elektoratu transferach itp. Za dużo tu zmiennych i niekontrolowanych koniunktur, żeby kurs socjalno-rozwojowy wystarczał za całe divide et impera niezbędne do utrzymania władzy. Czy to niekontrolowana inflacja, czy to kolejne chaotyczne lockdowny mogą program normalizacji załatwić w kilka tygodni.

Po drugie, tzw. konflikt cywilizacyjno-kulturowy ma to do siebie w polskich warunkach, że umiejętnie podsycany raczej dzieli opozycję i raczej konsoliduje obóz władzy. O ile jeszcze w wyniku faktycznego zakazu aborcji – obowiązującego, wbrew temu, co sugeruje prezes Kaczyński – Zjednoczona Prawica utraciła młode pokolenie i zniechęciła część centrowych wyborców, o tyle w pozostałych kwestiach to raczej druga strona miała problem. Zresztą nawet po jesiennych protestach w sondażach zyskał głównie stojący z boku tego konfliktu Szymon Hołownia, Lewicy nie przybyło, a Koalicja Obywatelska zaczęła tracić.

Inne kwestie jeszcze bardziej grają na Zjednoczoną Prawicę: i nagonki na osoby LGBT, i paniki moralne wokół edukacji seksualnej w szkołach, wspierane machiną telewizyjną, prasową i internetową Jacka Kurskiego zwierały szeregi zwolenników władzy. A po drugiej stronie – zasiewały zamęt, obawy i wzajemne oskarżenia. Jeśli dodamy do tego smutny fakt, że opozycji nie pomógł wygrać wyborów nawet wstrząsający film braci Sekielskich, to uzyskamy obraz dość wyraźny. Być może „na dłuższą metę” PiS spór cywilizacyjny faktycznie przegra i być może wielkie wahadło nastrojów solidnie odbije na stronę postępowo-liberalną – niemniej w perspektywie wyborczej PiS w wojnę cywilizacji umie, a opozycja niekoniecznie.

Kościół sam się nie oczyści [o filmie „Zabawa w chowanego”]

Z kolei tematy redystrybucyjne nie grają już tak jednoznacznie na Zjednoczoną Prawicę jak kiedyś. Kiedy bowiem okazało się, że nie da się tylko dawać komuś więcej (jak w przypadku Rodziny 500+), lecz czasem trzeba komuś więcej zabrać (jak w przypadku propozycji wprowadzenia progresji podatkowej), to sprawy się komplikują. I obóz władzy zdążył się już pokłócić (vide zapewnienia Gowina, że będzie Rejtanem bronił przedsiębiorców), i sami wyborcy nie są już pewni, czy na tej zmianie faktycznie straci tylko górne 10 proc.

Jedźmy dalej, czyli po trzecie. Polityka walki z pandemią, mniej lub bardziej udana, to także problem „tożsamościowy”. Antyszczepionkowcy i ich sojusznicy, zwani czasem dla niepoznaki „wolnościowcami”, ostro naciskali na PiS w sprawie lockdownów i innych obostrzeń, ale niedługo mogą zacząć naciskać w sprawie utrudnień dla osób niezaszczepionych. Trudno wprawdzie oczekiwać, by rząd – mając z tyłu głowy scenariusz wcześniejszych wyborów – zdecydował się na jawną przymusowość szczepień, ale i tak wszelkie bodźce i ograniczenia, nakładane choćby w związku z regułami poruszania się po Europie, to dla władzy prawdziwe pole minowe. I znów, w kontekście napięć okołopandemicznych „socjal” nie powstrzyma exodusu do Konfederacji, o ile wręcz go nie przyspieszy; może to uczynić jedynie podkręcanie napięcia w sprawach „cywilizacyjnych”.

Polski Ład, czyli wspaniała fantazja o poprzedniej cywilizacji

Po czwarte, jak w słynnym obrazku z nurkiem i trzema rekinami, za kryzysem pandemicznym i gospodarczym czai się już trzeci, czyli zmiana klimatu. Politycy obozu władzy mogą nie wierzyć, że odpowiada za nią człowiek, ale póki nie wyprowadzą nas z Unii Europejskiej, muszą tak czy inaczej realizować politykę dekarbonizacji. A ta – zwłaszcza w modelu odgórnym, przy zawinionych opóźnieniach i nieporadności dyplomatycznej rządu – będzie bolała i dużo kosztowała. W Zjednoczonej Prawicy już widać linie podziału na tym tle, a Zbigniew Ziobro z Januszem Kowalskim tylko czekają w blokach na odpalenie protokołu „obrony bytu polskich rodzin i polskiego węgla przed szaleństwem ekologizmu z Brukseli”.

Oczywiście, rodzin górników tracących pracę w Turowie i Bełchatowie rząd zwalczaniem „ideologii LGBT” nie nakarmi, ale do obrony przed zarzutem zdrady polskich interesów same rozwiązania socjalne nie wystarczą. Jak w powyższych przypadkach, silny konflikt ideologiczny wiążący prawicowych wyborców z PiS będzie konieczny do powstrzymania odpływu zwolenników na prawo.

Bal na Titanicu, czyli jak Bełchatów odchodzi od węgla (choć jeszcze o tym nie wie)

Wreszcie, po piąte, wojna kulturowa tylko w ograniczonym stopniu dotyczy idei. W każdym obozie zdarzają się fanatycy, gotowi ginąć za swe przekonania (lub przynajmniej tracić znakomite posady, jak niegdyś Marek Jurek, który „dając świadectwo” w kwestii zakazu aborcji, zrezygnował z funkcji marszałka Sejmu), ale wielkie narracje ideologiczne to często wehikuł czystek kadrowych i co za tym idzie, nowych karier i awansów.

Tak jak nie byłoby antysemickiej nagonki w 1968 roku, gdyby nie parcie frakcji Moczarowskiej na partyjne i wojskowe stanowiska, tak też „wojna z gender”, względnie, z „ideologią LGBT” nie miałaby takiego rozmachu, gdyby nie stała za nią szansa marszu przez instytucje, przejmowania synekur, zdobywania wielkich funduszy publicznych. A także mobilizowania niewielkiego, ale zdyscyplinowanego i czasem przesądzającego o mandacie elektoratu. I na odwrót – zdobyte w ten sposób aktywa służą potem do pozyskania kolejnych przyczółków w ideologicznym konflikcie. Zbyt wiele jest grup interesów na zapleczu władzy, zbyt wiele niezaspokojonych ambicji i zbyt wielkie potrzeby klientelistyczne, żeby kampanie „obrony rodziny” czy „szkoły wolnej od dewiacji” miały zniknąć z politycznego repertuaru.

Kaczyński w kolejnych wywiadach uspokaja centrowych wyborców, licząc zapewne na asymetryczną demobilizację – chaos na opozycji w połączeniu ze stabilną polityką „powrotu do normalności” to w teorii dobre warunki do utrzymywania władzy. Ale praktika, jak ponoć mawiają Rosjanie, jebiot teoriju. Na rezygnację z wojny kulturowej nie pozwolą mu ani okoliczności, ani własne zaplecze, nie wspominając o koalicjantach. A czy sam by tego naprawdę chciał, czy tylko nas po raz kolejny zwodzi, nie ma najmniejszego znaczenia.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij