Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czy media informacyjne przetrwają rewolucję AI?

W ciągu ostatnich dwóch dekad dochody gazet z reklam spadły o 80 proc. W tym czasie w samych Stanach ubyło 3 tysiące tytułów prasowych, a liczba dziennikarzy zmniejszyła się o 75 proc. Teraz do tego wszystkiego dochodzi AI.

ObserwujObserwujesz
Ściana w redakcji Gazety Radomszczańskiej.
Walka

W ostatnich miesiącach media pełne są dyskusji na temat zmian, jakie przynosi sztuczna inteligencja. Kolejni autorzy próbują odpowiedzieć na pytania, czy AI nie jest bańką, jak zmieni ona gospodarkę, jakie zawody zautomatyzuje i w jakim tempie i czy przy okazji nie stworzy „stałej podklasy”, trwale wykluczonej z prawdziwego udziału w nowej, zbudowanej wokół sztucznej inteligencji gospodarki i możliwości sensownej, godnie wynagradzanej pracy, jakie w niej pozostaną.

Czytaj także Koniec baśni? Użytkownicy odkrywają fizyczne granice wirtualnej inteligencji Xavier Woliński

Jednocześnie AI jest wielkim wyzwaniem dla samych mediów. I nie chodzi tylko o lęki dziennikarzy i innych autorów treści przed tym, że wkrótce zostaną zastąpieni przez wielkie modele językowe – choć ten lęk także z pewnością wpływa na to, w jaki sposób opiniotwórcze media kształtują debatę na temat AI. Problem jest jednak głębszy: AI to kolejna w ostatnim ćwierćwieczu technologiczna rewolucja wywracająca do góry nogami to, w jaki sposób odbiorcy pozyskują informacje, opinie, komentarze i analizy i jak zbudowany jest cały model biznesowy, umożliwiający finansowanie ich produkcji.

Wydawcy ostrzegają

Tematy te poruszane są w trakcie tegorocznego Światowego Kongresu Mediów, odbywającego się w Marsylii. Jak w towarzyszącym Kongresowi tekście, opublikowanym w „Le Monde” przestrzegał dyrektor francuskiej grupy medialnej CMA Media: „Użytkownik [internetu] już nie nawiguje po sieci, tylko zadaje pytania. W efekcie otrzymuje odpowiedzi bez konieczności bezpośredniego kontaktu ze źródłem. […] Znika kliknięcie, a wraz z nim widoczność wydawców, ich kontakt z czytelnikami, a co kluczowe ich zdolność do finansowania niezależnych informacji. Mamy tu do czynienia nie z przejściowym kryzysem, ale ze wzbierającym egzystencjalnym zagrożeniem”.

W podobne tony w swoim wystąpieniu na tym samym kongresie uderzał wydawca „New York Timesa” A. G. Sulzberger. „Technologiczni giganci wydobywają informacje z mediów bez ich zgody i bez zapłaty. Sprzedają pozyskane w ten sposób dobra jako swoje własne produkty, przyciągając publiczność i przychody, które normalnie płynęłyby do organizacji tworzących te treści. To dzieje się nie tylko raz, w ramach szkolenia algorytmów, ale niezliczoną ilość każdego dnia” – tak opisywał sytuację branży.

Inaczej mówiąc: ludzie, zamiast szukać informacji w „New York Timesie”, „Le Monde” czy „Gazecie Wyborczej”, zadają pytanie silnikowi AI i czytają kilkuzdaniowe streszczenie informacji, jakie ten wypluwa z siebie, po przeczesaniu stron z informacjami. Im więcej osób pozyskuje informacje w ten sposób, tym mniej użytkowników wchodzi na strony organizacji medialnych, a im mniejszy ruch na nich, tym mniejsze wpływy z reklam. Jak mówił w Marsylii wydawca „NYT”: dziś uzyskanie kliknięcia w źródło od użytkownika Google’a jest dziesięciokrotnie mniej prawdopodobne, niż było dziesięć lat temu, a Google i tak wyróżnia się pozytywnie, jeśli chodzi o podawanie linków do źródeł na tle innych silników AI.

Czytaj także Polityka jako shitposting i pierwszy postpiśmienny prezydent Jakub Majmurek

Ostatnie ćwierć wieku z hakiem można przedstawić jako ciąg rewolucji podważających dwudziestowieczny model biznesowy mediów, zwłaszcza prasy. Najpierw prasa musiała przenieść się do sieci i nauczyć się tam walczyć o reklamy oraz nauczyć czytelników płacić za dostępne tam treści. Następnie nauczyć się jak poruszyć się w sieci zapośredniczonej przez algorytmy wyszukiwarek albo media społecznościowe.

Ta nauka dla większości graczy w branży była bolesna. Według statystyk przytaczanych przez Sulzbergera, w ciągu ostatnich dwóch dekad dochody gazet z reklam spadły o 80 proc. Dziś sama tylko Meta – gigant kontrolujący między innymi Facebooka i Instagrama – ma ośmiokrotnie większe przychody z reklam niż cała globalna prasa razem wzięta. W ciągu ostatnich dwóch dekad w samych Stanach ubyło 3 tysiące tytułów prasowych, a liczba dziennikarzy zmniejszyła się o 75 proc. Teraz do tego wszystkiego dochodzi AI.

Problem całej demokratycznej sfery publicznej

Problem ten nie dotyczy tylko samej medialnej branży, ale mówiąc patetycznie – całej demokratycznej sfery publicznej. Media zajmujące się informacjami i opiniami nie są po prostu biznesem takim jak inne, są krwioobiegiem demokracji liberalnej. Nie jest ona w stanie funkcjonować bez mediów patrzących władzy na ręce, zdolnych przeprowadzić solidne dziennikarskie śledztwo, bez miejsc, gdzie może toczyć się publiczna debata na sensownym poziomie, zdolna konfrontować odbiorców także z poglądami, z którymi przynajmniej początkowo radykalnie się nie zgadzają. Jeśli taką sferą publiczną zastąpimy rzeczywistością, gdzie każdy ma swojego agenta AI, filtrującego, interpretującego i komentującego mu informacje i opinie zgodnie z wcześniej wprowadzonymi – ideologicznymi, tożsamościowymi czy innymi – kryteriami to demokracja liberalna w istotnym sensie tego słowa nie przetrwa.

U części gigantów technologicznych widać wręcz wrogość do liberalnej sfery publicznej. Elon Musk nie ukrywa, że jego Grok ma być odtrutką na „uprzedzenia” tradycyjnych mediów opanowanych przez „ideologię woke”. Zamiast sfery publicznej, gdzie debatę publiczną kształtują „liberalne elity” z mediów, Muskowi marzy się sfera publiczna tożsama z jego medium społecznościowym, gdzie sztuczna inteligencja pełni rolę ostatecznego arbitra. Nawet niezależnie od tego, jak skrajne – np. w kwestiach rasowych – są ostatnio poglądy Muska, to bardzo niebezpieczna wizja, choćby ze względu na to, jak wielką władzę koncentruje ona w rękach osób kontrolujących platformy społecznościowe i algorytmy rządzące takimi urządzaniami jak Grok.

Czytaj także Nie palcie społecznościówek, zakładajcie własne Michał Woźniak

Sam Altman, szef Chata GPT, powiedział niedawno, że zbliżamy się do przyszłości, w której inteligencja będzie czymś w rodzaju dobra użyteczności publicznej, jak woda czy elektryczność, a ludzie będą ją „kupować od nas od metra”. Nie bez powodu jednak w większości państw rozwiniętych dostępu do wody czy elektryczności nie kontroluje niewielka grupka miliarderów. Tym bardziej nie powinna kontrolować dostępu do inteligencji – choćby po to, by ludzie mogli dotrzeć do tych jej ustaleń, które niekoniecznie zgodne są z interesami technooligarchów.

Co robić?

W tej nowej rzeczywistości organizacje medialne próbują sobie radzić na różne sposoby. Jedne pozywają firmy AI i negocjują z nimi finansowe porozumienia, ale to droga dostępna wyłącznie dla największych. Inne stawiają na model subskrypcyjny i budowanie lojalności swoich klientów, tworzących wspólnotę wokół danego medium. Problem w tym, że im bardziej informacje, analiza czy opinia traktowana będzie jako dobro, które można dostać za darmo, odkręcając kurek silnika AI, tym mniej osób będzie skłonna płacić za treści.

Czytaj także Amerykanizacja TikToka. Większy apetyt na dane i nowa, subtelniejsza cenzura Artur Troost

Problem nie zostanie rozwiązany bez mocnej regulacyjnej interwencji czynników politycznych. I organizacje medialne starają się wpłynąć na polityków, by podjęli działania w tym obszarze. W marcu Parlament Europejski przyjął rezolucję rekomendującą Komisji Europejskiej wprowadzenie regulacji gwarantujących ochronę praw własności intelektualnej organizacjom medialnym, których treści wykorzystywane są przez AI – czy to do treningu algorytmów, czy generowania odpowiedzi dla użytkowników. Realny nowy europejski ład medialny, dostosowany do zmian powodowanych przez wielkie modele językowe, skutecznie wymuszający na gigantach technologicznych sprawiedliwą zapłatę za korzystanie z treści tworzonych przez media pozostaje jednak ciągle raczej postulatem, niż rzeczywistością.

Wielkim problemem jest oczywiście to, że jeśli chodzi o rozwój AI, Europa znajduje się daleko za Stanami, gdzie przynajmniej obecna administracja rozwija czerwony dywan przed gigantami branży, odrzucając wszelkie żądania regulacji branży w interesie publicznym. Jednocześnie także w Stanach społeczny i polityczny klimat wokół sztucznej inteligencji staje się coraz bardziej napięty – ludzie buntują się przeciw centrom danym pochłaniającym wodę i energię, obawiają się tego, co sztuczna inteligencja zrobi z ich pracą i dochodami.

Senator Bernie Sanders zapowiedział niedawno, że wkrótce przedstawi ustawę, nakładającej jednorazowy podatek na gigantów AI, przekazujący połowę udziału w największych spółkach pod publiczną własność. Ma to zagwarantować dwie rzeczy: po pierwsze to, że decyzje o rozwoju przełomowej technologii będą podejmowane nie tylko przez kilku miliarderów, ale także przez instytucję, na którą pośrednio, przez swoich przedstawicieli będą mieli wszyscy Amerykanie. Po drugie, że zyski, jakie może wygenerować AI, będą służyć wszystkim, w tym inwestycjom w cele pożyteczne społecznie.

Na pewno do czasu następnych wyborów prezydenckich taka ustawa nie ma żadnych szans, a i z demokratycznym prezydentem i kontrolowanym przez demokratów Kongresem może być ciężko ją przyjąć. Po zmianie administracji wróci jednak dyskusja nad regulacjami. I także w interesie europejskich demokracji jest to, by obejmowały one sprawiedliwą redystrybucję dochodów między gigantami technologicznymi a mediami oraz wykorzystanie zysków z AI do wsparcia tak istotnej części demokratycznej infrastruktury, jak wolne media.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x