Kraj

Brunatny zmierzch republiki

Marsz Niepodległości w Warszawie Fot. Jakub Szafrański

Jeśli dojdzie do trwalszego układu między liberałami a skrajną prawicą, to zawiąże się on na bazie polityki gospodarczej. Nie będzie żadnego Paryża, chociaż z pewnością będą msze.


O tym, że polski mainstream oswaja opinię publiczną z ekstremalnymi poglądami radykalnej nacjonalistycznej prawicy i wprowadza ją na polityczne „salony”, wiemy aż za dobrze. Wymienić wszystkie przypadki z ostatniego miesiąca to prawie przekleić ramówkę liberalnych (i nie tylko) mediów i serwisów internetowych – pisał o tym Artur Troost.

Ocieplanie wizerunku skrajnej prawicy zaczęło się już dawno. Wzmogło się niedawno, w okolicach marca–kwietnia, gdy w czasie pandemicznych głosowań Konfederacja została uznana za sojusznika przeciwko sposobowi prowadzenia obrad Sejmu przez PiS. Teraz jesteśmy już na takim etapie, że narodowi radykałowie są nie tylko normalizowani, ale wręcz ugłaskiwani i wskazywani jako potencjalni partnerzy do kształtowania społeczno-gospodarczego porządku w Polsce. Nie chodzi tylko o uśmiechanie się do bosakowego elektoratu, który jest potrzebny Rafałowi Trzaskowskiemu do wygrania w drugiej turze z Andrzejem Dudą, ale o długi ciąg zdarzeń i wypowiedzi. Czego tu nie mamy? Od zachwytów nad retoryczną sprawnością Bosaka w mediach i zdjęć szczęśliwych państwa Bosaków w słomkowych kapeluszach, aż po nieszczęsny raport ING, który pod marką poważnego banku chwali program gospodarczy Konfederacji jako „znacząco pozytywny” dla równowagi budżetowej.

O tym zjawisku pisałem w maju, próbując przewidzieć, jak potoczą się dalej uśmiechy do skrajnej prawicy i jak będą usprawiedliwiane na potrzeby politycznego marketingu. Póki co, niestety, teoria się sprawdza, a bieg wydarzeń idzie jak po sznurku.

To nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy

Oczywiście, że umizgi do narodowców to tylko farsa obliczona na przeciągnięcie konfederackiego elektoratu na stronę opozycji i przy jego pomocy przegnanie PiS. Oczywiście, że Rafał Trzaskowski nie jest faszystą, tylko gra na swój wynik, cynicznie migdaląc się do korwinistów i narodowców z myślą, że zapomni o nich dzień po wygranych wyborach.

Liberalne bezkręgowce, czyli o zalotach do skrajnej prawicy

Równie oczywiste jest jednak także to, że cała strategia oparta jest na błędnych założeniach oraz jest zwyczajnie nieskuteczna, jeśli spojrzy się na komentarze kuszonego w ten sposób elektoratu. Narodowcy doskonale zdają sobie sprawę, w co gra Trzaskowski i jak byli traktowani za czasów PO (co można przeczytać w komentarzach pod tweetem Donalda Tuska). Ale gra toczy się nie tylko o prezydenturę. Wygrana Trzaskowskiego odmieni układ polityczny i otworzy drogę do zmiany warty w kolejnej kadencji Sejmu. Dlatego decyzje podjęte dzisiaj będą rodzić skutki jeszcze długo po tych wyborach, niezależnie od ich wyniku – i niewykluczone, że przesądzą o kształcie przyszłego rządu.

To nie jest tak, że można sobie pompować skrajną prawicę, głaskać, obwozić po mediach, udostępniać im łamy, kamery i mikrofony do głoszenia poglądów, a potem jej to wszystko z dnia na dzień odebrać i mieć nadzieję, że ten radykalny głos zamilknie. Im bardziej się Konfederacja utuczy, korzystając ze strategicznego położenia, tym trudniej będzie się jej pozbyć. Konfederacja nie zniknie z politycznej mapy. Nie zniknie też elektorat PiS, a to oznacza, że przy podejmowaniu strategicznych decyzji obraz duopolu trzeba będzie uzupełnić o Konfederację jako „obrotowego” w środku. Już dziś Konfederacja chełpi się, że wyrosła na trzecią siłę polskiej polityki, mimo że technicznie to miejsce przysługuje sejmowej lewicy.

Prezydencki Paryż wart jest konfederackiej mszy

Nie rozmawiamy więc o Konfederacji jedynie w kontekście wyborów prezydenckich. Na skutek wielu okoliczności skrajna prawica stała się siłą polityczną, która zostanie z nami na dłużej. Pytanie, jak realne zagrożenie ona dzisiaj stanowi i jak głęboko nieodpowiedzialne jest dalsze jej hodowanie.

Zło jest złem, ale jego waga to wybór polityczny

Odpierając zarzuty o umizgach do faszystów, komentariat tłumaczy, że nie ma żadnego zagrożenia faszyzmem: Konfederacja jest zbyt słaba, żeby przesądzać o kształcie polityki, a nawet gdyby weszła z liberałami w koalicję w jakimś przyszłym rządzie, to musiałaby schować ideologiczny zamordyzm i programowe deptanie praw człowieka, by się utrzymać w mainstreamie. Zgoda – ryzyko obrócenia Polski w nową Trzecią Rzeszę jest minimalne, chociaż nie możemy zapomnieć, że takie zmiany zachodzą małymi krokami aż do momentu, kiedy nie da się już ich zatrzymać. Jednak jeśli nawet nie ma obecnie bezpośredniego zagrożenia faszyzmem, to jeszcze nie oznacza, że nie ma się czym martwić. Jeśli dojdzie do jakiegoś trwalszego układu pomiędzy liberałami a skrajną prawicą, to zdecydowanie zawiąże się on na bazie polityki gospodarczej, a taka sytuacja jest równie groźna.

Kto zadecyduje o przyszłości Polski? Między innymi młodzi narodowcy

To właśnie porozumienie na płaszczyźnie gospodarczej, które wydaje się całkiem naturalne, porównując przeciętne poglądy ekonomiczne w obu obozach, jest największym zagrożeniem w całej tej układance. Wybór Trzaskowskiego na prezydenta głosami konfederatów jawi się jako mniejsze zło niż dalsze trwanie rządu PiS nie dlatego, że taka jest obiektywna i bezsprzeczna prawda, ale dlatego, że wynika to z narzędzi użytych do pomiaru wagi tego zła. Z punktu widzenia gospodarki i kondycji polskiej państwowości sojusz liberałów z libertariańską ekstremą jest mieszanką wybuchową podkładaną pod ostatnie filary republiki polskiej.

Wszyscy wrogowie republiki

Ten aspekt wymaga szerszego komentarza. Wbrew tezie o końcu demokracji wraz z nastaniem rządów PiS kolejne wybory pokazują, że proces wyłaniania przedstawicieli władz nadal opiera się na mniej lub bardziej demokratycznych regułach. Trzaskowski po wygraniu wyborów na prezydenta Warszawy nie został aresztowany i osadzony w Berezie, Senat po odwołaniu marszałka Karczewskiego nie został otoczony wojskami obrony terytorialnej i nikt nie wyprowadził marszałka Grodzkiego pod lufami karabinów. W kryzysie znajduje się nie tyle demokracja przedstawicielska jako forma sprawowania rządów, ile republika jako forma organizacji państwa.

Podstawą istnienia nowoczesnej republiki jest właśnie „rzecz publiczna”, czyli przestrzeń zarządzana w imieniu i w interesie całego społeczeństwa. Oczywiście cały czas trwa konflikt interesów klasowych o kształt tej przestrzeni, który objawia się (mniej lub bardziej) w tym, co nazywamy debatą publiczną. Jej wynikiem jest kształt usług publicznych, takich jak edukacja, opieka zdrowotna, infrastruktura, energetyka, kultura, system emerytalny, mieszkalnictwo itp., ale także kształt polityki publicznej: polityki społecznej (w tym programów socjalnych takich jak 500+), polityki legislacyjnej i tak dalej. Dopiero nad tymi obszarami i politykami pieczę sprawują instytucje publiczne takie jak np. sądy i urzędy, których kondycja tak martwi dzisiaj przeciwników PiS. Tylko że instytucje te marnieją, usychają i są tak bardzo podatne na zawłaszczanie nie dlatego, że obsiadła je jakaś kasta (jak twierdzi obóz rządzący), ale dlatego, że kurczy się publiczna domena, której ochrona stanowi sens ich istnienia.

Weźmy sądownictwo. Krzywdzące wyroki, które zapadają przeciwko pracowniczkom i pracownikom, lokatorkom i lokatorom – czy szerzej, przeciwko tzw. „zwykłym ludziom” niemającym wsparcia wyspecjalizowanych kancelarii prawniczych – nie zapadają w takim kształcie tylko dlatego, że sędziowie to źli ludzie, ale przede wszystkim dlatego, że obszary, których dotyczą spory, zostały sprywatyzowane, a prywatyzacja to zawsze konkurencja, w której wygrywa silniejszy i bogatszy. Zjednoczona Prawica po przejęciu władzy nie uratowała publicznej domeny, tylko ją przejęła i skolonizowała aparatczykami, w rękach których niszczeje ona jeszcze bardziej. Czym innym jest jednak zawłaszczanie i szkodliwe zarządzanie, a czym innym – postępująca likwidacja, wynikająca wprost z poglądów głoszonych przez liberałów i skrajną prawicę.

Czucie i wiara, ale też szkiełko i oko

W drugiej turze wyborów prezydenckich nie ma dobrego kandydata, a łudzenie się korzyścią ze zwycięstwa jednego lub drugiego to szukanie nagrody pocieszenia tam, gdzie jej nie ma. Jeśli jednak dochodzimy do momentu, w którym zdajemy sobie sprawę, że znów czeka nas wybór mniejszego zła, to zwróćmy uwagę na sposób, w jaki oceniamy „ciężar” tego zła. Ocena każdego z kandydatów to wynik decyzji o charakterze politycznym, a nie obiektywnych okoliczności.

Instytucje publiczne marnieją i są tak podatne na zawłaszczanie nie dlatego, że obsiadła je jakaś kasta, ale dlatego, że kurczy się publiczna domena, której ochrona stanowi sens ich istnienia.

Z punktu widzenia kondycji państwa większym zagrożeniem może się okazać dopuszczenie do władzy obozu liberalnego wspieranego przez skrajną prawicę, grozi bowiem nie tyle zawłaszczeniem państwa, co wręcz likwidacją resztek jego społecznego charakteru. Prywatyzacja szkolnictwa, służby zdrowia, likwidacja mediów publicznych czy obniżka podatków, która ograniczy wpływy budżetowych do minimum (Trzaskowski zdążył już zapowiedzieć, że zawetuje każdą próbę podniesienia danin), to recepta na zapaść ostatnich filarów domeny publicznej. Wraz z jej upadkiem nadejdzie kres projektu republikańskiej Polski, który zastąpi prywatyzacja na sterydach spychająca masy ludzi w biedę, niewykształcenie i wyzysk.

Oczywiście Zjednoczona Prawica ma również swoje zasługi w „zwijaniu” i wyniszczaniu państwa. Jednak o ile każdy krok w tym kierunku może kosztować rządzących utratę poparcia elektoratu, który zapewnia im władzę, o tyle elektoraty PO i Konfederacji przyjmą likwidację i prywatyzację owacjami na stojąco i ze łzami radości, bo po to właśnie do tej władzy idą.

Ten scenariusz przekreśla zarazem szanse na zmierzenie się z cywilizacyjnymi i politycznymi zagrożeniami XXI wieku. Państwowość skurczona do wojska, policji i sądownictwa stojącego na straży wszechwładzy bogatych nad biednymi to twór bezbronny wobec zmian klimatycznych, zagrożeń ze strony agresywnej polityki mocarstwowej sąsiadów, to twór niezdolny do obrony swoich interesów na arenie międzynarodowej i obrony społeczeństwa przed całkowitą zależnością społeczno-kulturalno-ekonomiczną od lepiej zorganizowanych sąsiadów i konkurentów. Nie będzie żadnej transformacji energetycznej, żadnej innowacyjnej gospodarki, żadnych szans w wyścigu nowoczesnych technologii i żadnego wpływu na peryferyjne miejsce, które wyznaczy nam nowy światowy ład. Nie będzie żadnego Paryża, chociaż z pewnością będą msze.

Epidemia nędzy

czytaj także

Epidemia nędzy

Bartosz Migas

Tak mogą wyglądać konsekwencje alternatywy, jaką nam przedstawiono: zły Andrzej „Długopis” Duda kontra rozsądny Rafał „Realpolitik” Trzaskowski. Wyboru, którego większość aktywu i elektoratu lewicowego już dokonała, nie stawiając żadnych warunków, nie zmuszając do żadnej refleksji, nie wywierając żadnej realnej presji i w konsekwencji sprowadzając trzecią siłę polskiego parlamentu do roli przystawki, której nikt nie bierze na poważnie, bo sama kładzie się na talerzu. W tym wypadku wina lewicy za odstąpienie roli „obrotowego” skrajnej prawicy jest namacalna, a kara wymierzana jest właśnie na naszych oczach.

I właśnie z taką perspektywą na przyszłość będziemy dokonywać wyboru mniejszego zła.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać